Adopcja oczami Adoptowanych
Moderator: Moderatorzy dorośli adoptowani
-
- Posty: 7
- Rejestracja: 18 gru 2012 16:28
Re: Adopcja oczami Adoptowanych
-- 19 gru 2012 20:24 --
dodam ze dwaj synowie sa po sakramencie chrztu .
-
- Posty: 755
- Rejestracja: 16 kwie 2012 19:38
Re: Adopcja oczami Adoptowanych

Pomyśl, sama masz 3 biologicznych dzieci... biologicznych, nie adopyowanych...
Pozdrawiam.
Cuda czasami przybierają formę, jakiej się nie spodziewaliśmy, o jaką nie prosiliśmy, jaka może nas niekiedy przerażać. Ale nadal są cudami, odpowiedzią na nasze modlitwy... A może po prostu wynikiem naszej pracy...
Miniek już Miniulowy :love:
Nela8
-
- Posty: 7
- Rejestracja: 18 gru 2012 16:28
Re: Adopcja oczami Adoptowanych
-
- Posty: 3
- Rejestracja: 24 lip 2014 18:18
Re: Adopcja oczami Adoptowanych
Najtrudniejszy dla mnie był moment i następne dni gdy dowiedziałem się przypadkowo że jestem adoptowany,grunt usunął mi się spod nóg.A decyzja o odnalezieniu to już nie te emocje.Zajęło mi to jednak sporo lat,ale znalazłem i warto było ale o tym innym razem.KatarzynaB. pisze:Jak postrzegacie adopcję, z punktu widzenia dorosłych ludzi, którzy w dzieciństwie zostali adoptowani ? Co sądzicie o samej „instytucji” adopcji ? Co było najtrudniejsze – moment dowiedzenia się o fakcie adopcji czy podjęcie decyzji o odnalezieniu (lub nie odnajdowaniu) biologicznych rodziców ?
- asia_a
- Posty: 9
- Rejestracja: 03 lip 2014 13:37
Re: Adopcja oczami Adoptowanych
Tak, podobnie było ze mną, ilość emocji, kiedy "trawiłam" informację o adopcji była przeogromna i nie do ogarnięcia. Do odnalezienia rodziny musiałam dojrzeć kilka lat.PRO-VITA pisze:Najtrudniejszy dla mnie był moment i następne dni gdy dowiedziałem się przypadkowo że jestem adoptowany,grunt usunął mi się spod nóg.A decyzja o odnalezieniu to już nie te emocje.Zajęło mi to jednak sporo lat,ale znalazłem i warto było ale o tym innym razem.
-
- Posty: 397
- Rejestracja: 16 lip 2013 16:10
Re: Adopcja oczami Adoptowanych
Rodzice adoptowanych dzieci uważają, że oni sami i ich krewni sa dla tego dziecka rodziną. A kto jest rodziną dla Ciebie?Do odnalezienia rodziny musiałam dojrzeć kilka lat.
Pojechałam z córką po metrykę do miasta urodzenia. Po drodze postanowiła wstapić do babci biologicznej, którą poznala kilka lat temu. Zapomniałyśmy numeru mieszkania, zapytałysmy więc sąsiadki stojące przed blokiem. Od nich córka dowiedziała się, że babcia niedawno zmarła.
Na fejsbuku córka ma wśród znajomych matkę biologiczną i wujka. Żadne z nich nie zadało sobie nawet tyle trudu, żeby ją poinformować o śmierci babci. Moim zdaniem, dla nich ona już do tej rodziny nie należy.
- asia_a
- Posty: 9
- Rejestracja: 03 lip 2014 13:37
Re: Adopcja oczami Adoptowanych
Rodziną dla mnie są wszystkie osoby, na których mi zależy i które kocham.*matula pisze:Rodzice adoptowanych dzieci uważają, że oni sami i ich krewni sa dla tego dziecka rodziną. A kto jest rodziną dla Ciebie?Do odnalezienia rodziny musiałam dojrzeć kilka lat.
edit: * w uproszczeniu oczywiście
-
- Posty: 397
- Rejestracja: 16 lip 2013 16:10
Re: Adopcja oczami Adoptowanych
Asia_a, dla mnie to jest zbyt nieokreślone, taką rodziną może być też przyjaciółka, czy mężczyzna, nie będący mężem.Rodziną dla mnie są wszystkie osoby, na których mi zależy i które kocham.*
Dla mojej córki rodziną są nasi krewni, w chwilach złego nastroju mówi, że nie ma żadnej rodziny.
-
- Posty: 5
- Rejestracja: 16 sie 2015 17:42
Re: Adopcja oczami Adoptowanych
I ja się ujawnię. Zaadoptowano mnie, kiedy miałam 6 lat (1992 rok). Trudno mi powiedzieć, że czas adopcji był w 100% dobrym czasem. Do jakiegoś momentu mojego życia myślałam, że wygrałam los na loterii. Wiadomo, wzloty i upadki. Niestety, ale dużo było utrat w moim życiu. Raz zostałam oddana- nie wiedzieć czemu. Potem ponowna próba- udana. Małżeństwo adopcyjne było już nie pierwszej młodości. Miałam także brata, który niestety nie poszedł ze mną do adopcji. Rodzice tłumaczyli to faktem braku warunków lokalowych i finansowych- bzdura, dom jednorodzinny z trzema pokojami :/. Z perspektywy czasu nie chcieli mieć syna tylko córkę, szczególnie ojciec adopcyjny nalegał na córkę... Po kilku latach rozumiałam dlaczego... Odnośnie brata, był na wpół bratem, bo po innym ojcu, ale jednak wieź z nim była ogromna. Po śmierci naszej mamy tylko on mi został. Zostaliśmy rozłączeni na ponad 15 lat. Moje życie zapadło się dwukrotnie: najpierw utrata mojej mamy, nagła i niespodziewana, następnie utrata jego, jedynego z którym miałam więź. Dopiero będąc na początku studiów, udało mi się go odnaleźć. O dziwo mieszkał w tym samym mieście, w którym studiowałam, a z którego mnie zaadoptowano. W czasach liceum mieszkał także niedaleko mojej szkoły- jak na ironię. Może nawet mijaliśmy się w tym czasie na ulicy?? Któż to wie... Bardzo mi go brakowało przez wszystkie lata. Obecnie utrzymujemy kontakt, mocno wypracowany i pielęgnowany. Cieszę się z tego

Niestety, wbrew temu jakie opinie macie nt. adopcji, nie mogę powiedzieć, że moja adopcja była w 100% pozytywna. Wiele osiągnięć zawdzięczam własnej determinacji i temu, że byłam w stanie wiele wytrzymać obiecując sobie, że kiedyś stworzę sobie własny dom i zwyczajnie odseparuję się. Ale w życiu nie chodzi o wytrzymywanie. Trafiłam do rodziny, w której dziecko było ostatnim brakującym ogniwem, aby móc mówić o pełnej rodzinie "bo wszyscy mieli dzieci a oni nie". Z perspektywy czasu patrząc, chyba w ogóle wolałabym tutaj nie trafiać. Jeśli ktoś czytał książki z serii "Skrzywdzone", będzie wiedział o czym piszę, bo moja historia mogłaby w jednej z takich książek być opisana. Trudno pisać o tym, bo w trakcie adopcji na mojej drodze spotkałam wielu fajnych i mądrych ludzi, którzy dodawali mi otuchy i nadziei, ale to co zostało mi zaszczepione nadal się za mną ciągnie. Mój ból i cierpienie odbijają się echem teraz, w dorosłym życiu. Trafiłam do rodziny, w której miałam spełnić rolę, dopasować się do otoczenia idealnych dzieci z osiągnięciami, prestiżowymi wynikami itd. Ale ja taka nie byłam, przez wiele lat, kilkanaście lat byłam porównywana do tychże przyszywanych kuzynów i kuzynek. Miałam zapomnieć o przeszłości tak, jakby nigdy się nie wydarzyła, tak jakbym nigdy wcześniej nie przynależała gzie indziej... To było straszne uczucie wiedzieć, że nie pasuje się do tego miejsca i lepiej gdybym pozostała tam, gdzie byłam. Żyłam w ogromnej presji dotyczącej tego, iż nie jestem takim dzieckiem, jakim moi rodzice chcieliby, abym była... Teraz mam już męża, staramy się także o dziecko i obecnie dokonuję własnych wyborów, nikt mnie do niczego nie zmusza. Wtedy było inaczej... Trudniej, ciężej.
Adopcja jest szansą, ale nie dla każdego. Większość rodziców jest dokładnie sprawdzana, oceniana, moi w jakiś sposób prześlizgnęli się przez to sito... Głównie ojciec- którego wprawdzie już nie ma, a o którym chciałabym jak najprędzej zapomnieć. Ceną jaką płacę za niewłaściwy dom, to terapia i powolne zbieranie się z ziemi. Daję radę, idę do przodu w myśl, że każde nasze upadki czynią nas silniejszymi. Może trochę pesymistycznie brzmi, ale mogłabym podać sobie rękę z Shy Keenan. Nie chcę pisać szczegółów, gdyż nie chcę siać pesymizmu. Jeśli ktoś będzie zainteresowany moją historią, zapraszam do kontaktu. Nawet z chwil potencjalnie negatywnych można wyciągnąć coś pozytywnego. Idę dalej...
Wiem, że gdyby nie adopcja, nie spotkałabym tylu fajnych ludzi i mojego obecnego męża

-
- Posty: 165
- Rejestracja: 04 sty 2014 02:39
Re: Adopcja oczami Adoptowanych
Gdybyś wychowywała się w rodzinie biologicznej, to też byś zapewne nie była w 100% zadowolona z czasu spędzonego z rodzicami.
Do tego dochodzi jeszcze jeden aspekt: jesteś młoda, a w tym wieku łatwo się jeszcze krytykuje swoich rodziców... Potem z upływem lat to się zmienia, człowiek coraz lepiej rozumie postępowanie rodziców i coraz więcej rzeczy potrafi im wybaczyć...
-
- Posty: 5
- Rejestracja: 16 sie 2015 17:42
Re: Adopcja oczami Adoptowanych
Niestety, ale czytając to forum też natrafiłam na historie dotyczące tajemnic, zakłamania, ukrywania czegoś, dawania dzieciom odczuć, że rodzicom adopcyjnym "coś" się od nich należy... To straszne i niestety obecne. Trudno trafić do rodziny, w której powtarza się, że "robimy wszystko dla Ciebie, powinnaś być wdzięczna...". Jakby adopcja była kredytem, które dziecko nieświadomie zaciąga przekraczając próg adopcyjnego domu, i który to kredyt (wdzięczności i Bóg wie czego jeszcze) musi spłacić: "jesteś nam to winna", "gdyby nie my nie wiadomo jak potoczyłoby się twoje życie" etc. Jeśli istotą adoptowania dziecka (a nawet jego posiadania w ogóle, nawet biologicznie) jest to, aby było nam wdzięczne za to, że jest i aby całe życie móc je tym szantażować, to sama przyznaj, że to niezbyt fajny plan na rodzinę... Wtedy dziecko jest tylko i wyłącznie narcystycznym przedłużeniem rodziców a nie istotą odrębną, samą w sobie niepowtarzalną. Jest wychowywane nie dla własnej siły, ale po to, by w przyszłości zaspokajało potrzeby rodziców i spłacało w ten sposób ów magiczny dług, który generalnie rzecz biorąc nie jest żadnym długiem... Myślę, że relacji: dziecko- rodzina adopcyjna, takie rodziny nie powinny rozpatrywać w kategoriach skośnej relacji. A niestety takich podejść nie brakuje... Szybko robi się z tego relacja: ofiara-wybawca...
Jeśli o mnie chodzi, zdaję sobie doskonale sprawę, że rodziny to nie są systemy idealne. Zarówno w tej adopcyjnej jak i biologicznej są błędy, kwestie nierozwiązane, zawiedzione nadzieje, cóż jesteśmy tylko ludźmi. Ale są błędy, które zaprzepaszczają dużo, które nie powinny się wydarzyć, bo wykraczają znacznie poza typowe, zwyczajowe błędy. Wtedy zaczynasz zastanawiać się, co takiego w życiu zrobiłaś, że los kieruje Cię z deszczu pod rynnę... Jestem chyba nielicznym przypadkiem, jak to mój terapeuta mówi, dziecka w adopcji, która od pewnego momentu zaczęła bardziej mnie traumatyzować, niż pomagać... Obecnie jest inaczej, jestem dorosła, wiele spraw przepracowuję... Nawiasem mówiąc, ponoć dzieci zabiera się do adopcji, kiedy w biologicznych rodzinach nie za ciekawie się dzieje, i to z różnorakich powodów (niekoniecznie mając na myśli od razu jakieś patologie, przesłanek jest bardzo wiele: społecznych, prawnych, sama wiesz)... No cóż, z pozoru tak to wygląda... Duża byłam i różne sytuacje pamiętam w swojej rodzinie biologicznej, nie zawsze było ciekawie, ale takich koszmarów jak w adopcyjnej to chyba nikomu bym nie życzyła...
Co do oceniania, nie chodzi o ocenianie błędów i płakanie nad rozlanym mlekiem - no cóż, niby było, minęło. Mam świadomość, że łatwo się ocenia, ale zależy co... Ale ja mam duży żal o to, że nie zostałam w tym miejscu, w którym byłam- mam prawo tak się czuć, bo dużo przeszłam. Żyłabym sobie w Domu Dziecka do 18-tego roku życia i wyszła jako wolny człowiek, może nawet zdrowszy. A może i nawet wcześniej, bo brat mógłby stać się moim opiekunem. Po rozmowach z nim wiem, że tak właśnie sobie planował... Był starszy, więc mogłabym być pod jego opieką, a tak... przyszli ludzie jak do sklepu, wybrali sobie KONIECZNIE córkę, bo taka ładna i w ogóle, na brata w ogóle nie mieli ochoty... I przepadłam jak kamień w wodę. Łez mojego brata nie zapomnę do końca życia, nie mogliśmy się rozstać... To dopiero była masakra. Ja wiem, że wiele dzieciaków marzy o normalnych rodzinach i wielu z nich wygrywa los na loterii. Ale czemu tak mało jest głosów dzieci z rodzin, w których wiele poszło nie tak? Bo nie chcą mówić, bo nie mają siły, bo chcą zapomnieć? Może obok tych cudownie zaadoptowanych dzieci, powinny odezwać się i te, które nie uważają swoich adopcji za szans w życiu lecz coś, przez co musiały przejść, wywalczyć, wytrzymać... To niestety jest ta ciemniejsza strona adopcji, o której też warto rozmawiać. Co do mojego życia po adopcji, mam żal do ludzi, którzy nie widzieli co się ze mną działo, którzy nie wierzyli, że źle się działo i twierdzili, że to tylko urazy dziecka z Domu Dziecka. Wielu z nich podejrzewało, że coś złego się dzieje, ale nikt palcem nie kiwnął, z moją matką na czele tej listy. Nikt nie widział jak cierpię w samotności. Zdysocjowałam swoje wspomnienia między 10 a 16 rokiem życia, aby móc poradzić sobie z tym, że trafiłam do rodziny z problematyką incestu. Mówi Ci to coś?
Obecnie jestem już dorosła i staram się patrzeć na moje doświadczenia z perspektywy tego, co mogłabym wziąć dobrego dla siebie nawet z tych mało dobrych wspomnień. Myślę, że to duża sztuka i odwaga przyznać się, że nawet chorzy ludzie, stosujący przemoc też mają w sobie garść pozytywnych wartości, które mimochodem przejmujemy. Nikt nie jest do końca złym człowiekiem. I chyba tak muszę teraz na moje życie patrzeć. Tylko ciągle kotłuje mi się w głowie pytanie, jak to możliwe, że nikt nie zauważył, nie domyślił się, nie słuchał mojego "wołania"? Odpowiedź jest prosta: problem incestu jest problemem całej rodziny - wiele tutaj podtrzymań, zaprzeczeń, tajemnic i zdarzeń, których woli się nie widzieć... Mam nadzieję, że teraz rozumiesz trochę więcej. Co ciekawe, moja mama, która była elementem podtrzymania tego systemu, po ujawnieniu zaczęła obawiać się, że porzucę ją tak samo jak ona mnie kiedyś... Nigdy tak się nie stanie, bo wciąż ją kocham. Z jednej strony mam żal, że może nie chciała widzieć, nie reagowała, uciekała od problemu, z drugiej strony obecnie tylko ona mi została, plus jeszcze mój brat. Trudne to życie powiem Ci...
-
- Posty: 755
- Rejestracja: 16 kwie 2012 19:38
Re: Adopcja oczami Adoptowanych
Po pierwsze nie rozumiem dlaczego rozdzielono rodzeństwo w momencie, kiedy byłaś tak duża - 6 lat to sporo, miałaś silną więź z bratem, dla mnie to kosmos.
Po drugie jestem uczulona na hasła o wdzięczności dzieci względem rodziców, niezależnie od tego czy są biologiczne czy adopcyjne, może dlatego, że sama przez całe lata musiałam się zmagać z tym, że moje życie miało mojej matce coś rekompensować, a moja postawa miała być wyrazem wdzięczności za jej "poświęcenie" dla mnie. To nieporozumienie, to rodzice decydują się na dzieci, nie odwrotnie. Szacunek - zawsze. Wdzięczność... nie widzę powodu.
Kwestia incestu... to przekracza moje pojęcie. W jaki sposób mogła powstać ta rodzina? Jak to się stało, że nie zostało to wyłapane w trakcie procesu szkolenia i kwalifikacji w OAO? Jak psycholog, pedagog mogli to przeoczyć? Czy może maska była tak doskonała... System zawiódł. Strasznie mi przykro...
Pozostaje mi życzyć Ci lepszej reszty życia.
Cuda czasami przybierają formę, jakiej się nie spodziewaliśmy, o jaką nie prosiliśmy, jaka może nas niekiedy przerażać. Ale nadal są cudami, odpowiedzią na nasze modlitwy... A może po prostu wynikiem naszej pracy...
Miniek już Miniulowy :love:
Nela8
-
- Posty: 354
- Rejestracja: 27 cze 2002 00:00
Re: Adopcja oczami Adoptowanych
Mam wrażenie, że pracujesz nad tym, by uporać się z tym, co chcesz zapomnieć, i docenić to, co warto było przeżyć, czego przeżycie było możliwe. To dobrze rokuje.
Czuję natłok punktów zapalnych. Rodzina oczekująca wdzięczności - domena nie tylko adopcyjnych rodzin. Wykorzystanie i przemoc - domena nie tylko adopcyjnych rodzin. Brak pomocy i "nie zauważanie" wołania o pomoc - powszechna niestety reakcja. Zerwane więzi z bratem - zaniedbanie instytucjonalne i RA.
Ale widzę też dużo Twoich zasług - mechanizmy obronne, terapia, małżeństwo, przyjaciele, więź z bratem, uczucia wobec matki, wszechstronny ogląd Twojej sytuacji i umiejętność poszukiwania rozwiązań i zaplecza.
Cieszę się, że masz w sobie tę siłę! Trzymam kciuki!
-
- Posty: 2897
- Rejestracja: 06 wrz 2012 15:13
Re: Adopcja oczami Adoptowanych
Miniula, zdarza się. Akurat jestem pedagogiem, ale znam psychologów pracujących w oa, przyglądałam się ich pracy. Nie wszystko można prześwietlić... Nie ma jakiegoś uniwersalnego sita, które zatrzymywałoby potencjalnych pedofili. Z ra, rz jest jak z każdą inną grupą społeczną - w każdej jest jakiś mały procent patologii. Pozostaje tylko zapłakać z tymi, którzy z tego powodu ucierpieli.Miniula pisze:
Kwestia incestu... to przekracza moje pojęcie. W jaki sposób mogła powstać ta rodzina? Jak to się stało, że nie zostało to wyłapane w trakcie procesu szkolenia i kwalifikacji w OAO? Jak psycholog, pedagog mogli to przeoczyć? Czy może maska była tak doskonała...
ciekawska.dusza, masz w sobie wielką siłę, skoro po tym co przeszłaś, stoisz w tym punkcie co teraz. Oby twoje życie na nowo powoli się układało - tego ci życzę.
-
- Posty: 5
- Rejestracja: 16 sie 2015 17:42
Re: Adopcja oczami Adoptowanych
Jeśli o brata chodzi- jedyny komentarz jaki przychodzi mi na myśl to to, iż biologiczny ojciec mojego brata żył, ale miał ograniczoną władzę. Może ta kwestia była przesłanką, aby mój brat nie mógł iść ze mną do adopcji. Tylko, że moja sytuacja była analogiczna jak jego. Mój ojciec biologiczny także żył, ale pozbawienie go władzy było czystą formalnością. Nie wiem, myślę, że można było więcej zrobić w tej sprawie, tylko trzeba było chcieć. Smak samotności, jaką odczuwałam przez tyle lat bez niego, znam tylko ja.
Co do samej procedury i tego, że "coś" nie zostało wyłapane, zadaję sobie to pytanie od prawie 30 lat: co się takiego stało, że nikt nie zauważył takich "predyspozycji"? Z drugiej strony dowiedziałam się już dawno temu, że ojciec mojej adopcyjnej matki był wpływowym funkcjonariuszem w miejscowości (nota bene dużej), w której starali się o adopcję. Moja matka- z opinią super pedagoga, mój ojciec równie "wpływowy", wielki działacz i "obrońca" młodzieży. W latach 90-tych widać łatwiej było o przymykanie oka lub powierzchowne badania potencjalnych kandydatów na rodziców. Powinno się badać szczególnie tych, którzy wzbudzają najmniejsze wątpliwości psychologów, pytanie tylko czy na tamten czas, cokolwiek ich zaniepokoiło?... Z drugiej strony rozumiem, że proces oceny potencjalnego rodzica nie może być zbyt ingerujący, bo to z kolei bardzo by stygmatyzowało takich ludzi. Trudno wybrać pośrednio, ale zdarzają się historie, w których adopcje wcale nikomu na dobre nie wyszły. O takich historiach czyta się na forach zamkniętych dla osób dotkniętych tą problematyką- nie masz pojęcia ile jest takich osób.
Patrząc z drugiej strony na samą kwestię uchybień w pracy pracowników OAO, to wydaje mi się, że mogło to wynikać (z mojej obecnej wiedzy) z faktu, iż sprawcy dzielą się na różne kategorie i preferencje. I to co mogło być widoczne trochę później, było nieuchwytne na etapie weryfikacji. Cóż, nierzadko tak się zdarza. Sprawcy stosują różnorodne zabiegi, aby stopniowo urabiać ofiary- można by pisać i pisać. Kiedy dziecko wsiąknie w rodzinę i silnie tkwi w systemie, który jest już odrębnym systemem od OAO, to wtedy trudniej o podjęcie działań z punktu widzenia bacznych obserwacji, bo wtedy rodzina jest już prawnie rodziną i nie ma nalotów opieki społecznej czy innych instytucji. W praktyce powoduje to, że z dziećmi mogą się dziać bardzo wcześnie różne rzeczy, ale nikt tego odpowiednio wcześniej nie wyłapie, bo nie ma kto... Niektórzy sprawcy silnie reagują na małe dzieci, dla innych bodźcem do działania będzie dziecko w preadolescencji lub wczesnej adolescencji (tak jak ja). Z różnych powodów i także z osobowościowych kwestii to wynika, o czym teraz mam szerszą wiedzę. Było i się nie odstanie. Cena jaką płacę za takie życie, które dopiero teraz powoli zaczyna nabierać wartości, to moje problemy z płodnością, lęk przed macierzyństwem i w ogóle bezlik problemów z tym związanych.
Dominiko- Tobie także dziękuję, proces mojej zmiany cały czas się dzieje, kiedy mówię/ piszę o tym otwarcie. Chcę, by to było słyszane, bo przez ponad 20 lat zamknęłam to bardzo głęboko we własnej głowie, co nie okazało się zbyt dobre. Żyłam z maską na twarzy- taką samą maską, jaką miała moja rodzina. Ujawnienie przyszło niespodziewanie, odważyłam się na terapię grupową, na której po prostu te śmieci pewnego razu się ze mnie wysypały... Później trudne było dla mnie to, że wiele osób z mojego otoczenia (znajomi rodziny) zaoferowało pomoc, po czym nie udźwignęło tematu i od ponad roku nie mam z nimi kontaktu... No cóż. Także moja matka bawiła się nadal w szczęśliwą rodzinę, jeżdżąc z ojcem na wspólne zakupy... Poziom zaprzeczenia osiągnął apogeum, no ale czegóż się tu spodziewać. Nie raz i nie dwa miała ochotę kopnąć ją w dupę, ale jakimś cudem boskim udawało mi się wykrzesać z siebie myślenie, że ona też była w pewnym sensie zmanipulowana i okłamywana. Co do jej odpowiedzialności nie mam wątpliwości, ale co do samego procesu i tkwienia w nim, sprawy nie są już tak oczywiste. Tymczasem, ojciec tak się zaparł, że to moja wina, że to ja chciałam, że z tego zaprzeczania, którego ja już nie mogłam znieść, wybawiła go (a może i mnie), jego śmierć... Czuję ulgę, ale i żal, tęsknotę za tym ojcem, którym był zanim to wszystko zaczęło się dziać. I myślę, że to jest ta praca, którą robię każdego dnia: godzenia się z tym, odzyskiwania wiary w siebie, planowania, opiekowania się własnym wewnętrznym dzieckiem, które niestety całe swoje dziecięce życie było samotne. Ta samotność czasami kopie mnie po tyłku, bo mam takie dni, które przesiedziałabym sama pod kołdrą i wtedy nawet mój mąż nie potrafi się przebić- jeden wielki płacz...