Autor:

Data publikacji:

26.11.2006

zaloguj się, żeby móc oceniać artykuły

Bocian i ja

Mijają 3 lata od momentu, kiedy Bocian stał się ważną częścią mojego życia. Prawie 3 lata temu - piątego stycznia, w swoje urodziny, w szpitalu spotkałam dziewczynę, która dobrze znała portal Nasz Bocian i wyrażała się o nim z wielkim entuzjazmem... Po powrocie do domu, oszołomiona szpitalnymi rozmowami z innymi niepłodnymi pacjentkami (jejku, one są takie same jak ja, mają takie same problemy!), postanowiłam znów tutaj zajrzeć i... wpadłam po uszy.


Mijający czas sprzyja refleksji: Jakim byłam człowiekiem, kiedy tu przyszłam i jaka jestem teraz? Co się w moim życiu zmieniło? Oj, zmieniło się wiele...


Kiedy pojawiłam się tutaj pierwszy raz byłam już po drugim poronieniu. Nie byłam jednak załamana, raczej pełna nadziei i wiary w afirmacje, wizualizacje i pozytywne myślenie. Byłam pewna, że za trzecim razem się uda. Pamiętam tę wiosnę, gdy pisywałam na forum "clowiczek" - to było zupełnie nowe doznanie, tworzyłyśmy coś w rodzaju grupy wsparcia, dzieląc się każdym dniem starań. Nagle okazało się, że są ludzie, z którymi mogę porozmawiać o tym, o czym tak trudno było mówić ze znajomymi, nie znającymi problemu. To było jak grom z jasnego nieba - NIE JESTEM SAMA!


Udało się, w maju 2004 roku zaszłam w ciążę. Napisałam o tym w dzienniku i na forum. Bocianowiczki dzieliły moją radość. Za kilka dni - standard: plamienie, ból brzucha, łydek. Rozpacz, niemoc, bunt i odwieczne pytanie: "dlaczego ja?". To był straszny czas - dwa dni leżenia plackiem i oczekiwania na możliwość zbadania bety. Jak bardzo Bocian mi wtedy pomógł! Tu mogłam pisać rozpaczliwe posty, mogłam płakać i... byłam ROZUMIANA. Oczywiście, nie powiodło się. Tym razem podniosłam się szybko, bo były one, wirtualne znajome, które jak papierowa chusteczka ocierały moje łzy i koiły ból... Nie miałam potrzeby z nikim więcej dzielić mojego cierpienia.


Nie wiem kiedy dokładnie zaczęłam myśleć o adopcji. Pamiętam tylko, ze jeszcze przed trzecim poronieniem czytywałam regularnie pamiętnik A., oczekującej na adoptowane dzieciątko. Początkowo czytałam z rozdrażnieniem (jak można kochać jakieś wirtualne dziecko, które nie wiadomo, czy już istnieje?!), potem z coraz większym zainteresowaniem. Już po pierwszym poronieniu przeczuwałam, że adopcja jest naszą drogą, ale były to tylko luźne, niezbyt natrętne myśli. Po trzeciej stracie postanowiliśmy zadzwonić do ośrodka adopcyjnego. Tak po prostu. Myślę, że czytając pamiętnik A. i zaglądając co jakiś czas na wątki adopcyjne, nasiąkałam adopcją, zaczęłam ją - nie mając świadomości tego procesu - traktować jak coś zupełnie powszedniego. Ot, jedni rodzą dzieci, drudzy je adoptują. :-) Bocian sprawił, że po trzech latach starań, bez żadnych wątpliwości, przeszłam drogę, którą niektórzy brną latami, wciąż nie mając pewności, czy to ich przeznaczenie.

Pamiętam kolejny przełomowy moment - rozpoczęcie warsztatów. Na drugim spotkaniu poznałam historię dziecka z chorobą sierocą. Enigmatyczne pojęcie, kojarzące mi się ze ssaniem palca i charakterystycznymi ruchami, zaczęło pokazywać swoją prawdziwą twarz. Pod wpływem spotkania napisałam post, w którym nienachalnie, ale jednak, zachęcałam do adopcji. Nagle to stało się proste: my - niekochani dziecięcą miłością i one - niekochane przez swoich rodziców - pasujące do siebie puzzle, dwie części tej samej układanki! I mój problem - niepłodność - tak maleńki w zestawieniu z chorobą sierocą! Moja tęsknota za miłością - jak główka od szpilki na ocenie cierpienia osieroconych dzieci... Nie mogłam nie krzyczeć - przecież została mi objawiona Prawda. Wtedy myślałam, że to "prawda dla wszystkich", dzisiaj wiem, że każdy ma swój los i swoje powołanie... Czasem jest to powołanie do bezdzietności, czasem do wieloletniej walki o dziecko... Żeby to zrozumieć, znowu potrzebowałam czasu. I mądrości innych. Waszej mądrości.

Dlaczego piszę ten post? Ponieważ mam wobec Was ogromny dług wdzięczności. Wobec osób, które wyraźnie stanęły na mojej drodze, z którymi się zaprzyjaźniłam, dzieliłam swoimi problemami w mailach, na gg, rozmawiając w cztery oczy, i wobec tych, z którymi nigdy nie zamieniłam ani słowa, a które również przyczyniły się do mojego dojrzewania... Wiem, że nie bez przyczyny wyszukiwarka skierowała mnie na tę stronkę - to był przysłowiowy "palec Boży".

Bocian dał mi wiele: poczucie przynależności, możliwość wspierania się na czyimś ramieniu i czasami nadstawiania własnego, dał mi wiedzę, która zweryfikowała moje poglądy na własne doświadczenie, możliwość dzielenia się swoimi myślami w pamiętniku, a także... sprawił, że kilka metrów ode mnie, za drzwiami śpi maleńka dziewczynka (właściwie to całkiem spory już łobuziak), która nadała sens mojemu życiu i rozświetliła je wszystkimi kolorami tęczy... Moja córka.

Taka jest moja bociania historia - opowieść, która, mam nadzieję, jeszcze się nie kończy...