Muszę to napisać…
To jest moja spowiedź – w pewnym sensie…
Ja nie modlę się o poczęcie dziecka, ja modlę się o to, by mój mąż zechciał zaadoptować ze mną dziecko!!!
Myślę sobie, że to kara boża, że pogwałciłam sakrament Małżeństwa i teraz za to płacę, choć wmawiam sobie, że Bóg jest miłosierny i że mnie kocha, to wewnątrz siebie czuję, że to jest krzyż który muszę nieść, żeby odpokutować swoje winy…
Żeby było bardziej od początku, zacznę od tego, że jestem po rozwodzie (moje małżeństwo trwało 8 miesięcy i rozpadło się, ponieważ nikt nie walczył o jego przetrwanie – ani ja, ani on).
Znałam i kochałam innego mężczyznę, i to właśnie z nim związałam się po rozwodzie. Oboje czuliśmy całym sercem, że jesteśmy dla siebie przeznaczeni i że zawsze będziemy szczęśliwi, że zawsze będziemy się kochać.
Wyjechaliśmy do innego miasta, by tam, jak to się zwykło mówić, rozpocząć nowe życie i od początku (jeszcze przed ślubem) podjęliśmy starania o dziecko, które miało się zrodzić z wielkiej miłości i na zawsze nas połączyć.
Nie brakowało w naszym życiu trudnych chwil, związanych z przeszłością, nowym miejscem zamieszkania i pracy, niejednokrotnie z brakiem pieniędzy, i stresom z tym właśnie związanym, przypisywaliśmy trudności w zajściu w ciążę. Nie poddawaliśmy się jednak i wciąż co miesiąc, kiedy opóźniał się okres, ale test zawsze wychodził negatywny podnosiliśmy się i nadal próbowaliśmy.
Nie będę w tym miejscu rozwodzić się nad naszymi staraniami, ale były takie jak u większości par starających się o dziecko… mierzenie temperatury, staranne notatki, urywanie się z pracy bo to już, teraz, natychmiast!, często robienie TEGO bardziej z rozsądku niż w mistycznym akcie uniesienia… wiele było łez i nerwów, ale siłą naszego związku była miłość i wspólne rozmowy, które pomagały przezwyciężyć wszelkie problemy.
Pewne wydarzenie losowe sprawiło, że ponownie przeprowadziliśmy się do innego miasta, ponownie zmieniliśmy pracę i ponownie zaczynaliśmy wszystko od początku. Budowanie nowej stabilizacji – naszym zdaniem – miało wpływ na niemożność zajścia w ciążę, więc próbowaliśmy się wyciszyć, odstresować, i dać sobie trochę więcej czasu.
Wzięliśmy ślub i kiedy już poukładało się jakoś nasze życie - mieliśmy stałe prace i mieszkanie – niestety nadal nie mieliśmy dziecka (po w sumie 2,5 latach starań).
Udaliśmy się do lekarza, zrobiliśmy szczegółowe badania, a na potwierdzenie tego co usłyszeliśmy pojechaliśmy do Warszawy, by tam w bardzo znanej klinice leczenia niepłodności usłyszeć to, czego nigdy nie chcielibyśmy usłyszeć.
Pan doktor, bez większych emocji – przecież takich jak my ma tysiące – po spojrzeniu na wyniki zapytał kiedy chcemy podejść do in vitro… zamurowało mnie… jaka byłam naiwna, myślałam, że zechcą nas leczyć, operować, ale on wziął kalendarz i podał nam najbliższy wolny termin… nieśmiało zapytałam, czy mamy jakieś szanse na naturalne poczęcie, ale Pan doktor był zaskoczony moim pytaniem, stwierdził, że skoro tu jesteśmy to chyba po to, by poddać się sztucznemu zapłonieniu! – dodam że nasieniem dawcy, którym nie mógłby być mój mąż…
Wyszłam stamtąd nie pamiętam jak, tylko ten szum w uszach słyszę bardzo wyraźnie... Widzę wielki korytarz… ludzi w fartuchach oraz Panią która podnosi listek opadły z drzewa, które zajmuje centralną część owej kliniki… tylko to pamiętam…
Było chłodno, więc w drodze do auta owiało mnie rześkie powietrze, które podziałało na mnie zbawiennie… W aucie odwracałam głowę, żeby mój mąż nie widział moich łez, dławiłam się nimi, bo nie chciałam szlochać, tak bardzo nie chciałam, żeby poczuł się winny… W końcu powiedziałam, że adoptujemy dziecko, że to nie jest dla mnie żaden problem, że zawsze chciałam adoptować dziecko (taka jest prawda). Mąż się zgodził!!! Byłam szczęśliwa w moim nieszczęściu! Nie urodzę nam dziecka, ale i tak będziemy je mieli.
Mąż się załamał, długo tłumaczyłam mu, że nadal ogromnie go kocham, że gdyby było odwrotnie, to on też kochałby mnie, że nic się w naszym związku nie zmieniło, że kiedyś będziemy mieli adoptusia i będziemy szczęśliwi. Słuchał, ale nie słyszał… Miał w głowie swoje poczucie winy i zmienił się w stosunku do mnie. Nie chciał się ze mną kochać, mówił, że nie ma sensu się kochać, bo i tak mnie nie zapłodni… Łzy płynęły w tamtym czasie wielką rzeką, ale zawsze tak, żeby on tego nie widział, pod prysznicem, w nocy pod poduszką, w toalecie w pracy, itd…
Zadzwoniłam do Ośrodka Adopcyjnego w moim mieście z wielką euforią i entuzjazmem, który bardzo szybko został ugaszony… Mieliśmy wówczas niecały rok stażu małżeńskiego, no i jeszcze jesteśmy w kolejnych związkach, więc musimy wykazać trwałość naszego małżeństwa… Proszę zadzwonić jak będziecie mieli 2, a najlepiej jakieś 2 i pół roku stażu. Telefon do drugiego Ośrodka, bo przecież jak nie drzwiami to oknem, i dokładnie ten sam tekst… Boże!, pomyślałam, jeszcze tyle czasu musimy czekać… damy radę! Powiedziałam mężowi, nie wyglądał na zmartwionego. Zaczęliśmy jakoś od początku układać i przewartościowywać swoje życie, już nie było w nim miejsca na starania, na odliczanie kolejnych miesięcy i kupowanie testów. Wycofałam się ze staraniowych forów, przestałam czytać o tym jak inni się starają i jak im się udaje, bądź nie… Musiałam się oczyścić. Staliśmy się szczęśliwi we dwoje. Cały wolny czas poświęcamy tylko sobie, spotykamy się ze znajomymi, wyjeżdżamy na wakacje i prowadzimy w ocenie wielu KONSUMPCYJNY TRYB ŻYCIA.
Ja nie ukrywam przed innymi, że nie możemy mieć dzieci, głośno mówię o adopcji i nie boję się reakcji innych. Mój mąż przeciwnie – za każdym razem, kiedy poruszałam ten temat zmieniała mu się twarz, nie chciał rozmawiać, unikał tego tematu i denerwował się na mnie, mimo iż ja bardzo delikatnie traktowałam temat adopcji, zawsze tak żeby go nie urazić, żeby nie poczuł się winny. Kiedyś wykrzyczał mi, że koledzy w pracy się z niego śmieją, że nie ma dzieci – o mało mi serce nie pękło, jak sobie pomyślałam, co on musi czuć. On nie powiedział nikomu, nawet swojej rodzinie – u mnie wiedzą wszyscy – jednak nikt nie wie po czyjej stronie jest przyczyna. Powiedziałam mu, że jeśli chce mogę powiedzieć jego rodzinie, że to ja nie mogę mieć dzieci.
Ten męski honor i duma… Mój mąż zaproponował, żebym poddała się in vitro z nasieniem dawcy, że będzie szczęśliwy widząc mnie z brzuszkiem, że inni będą mnie widzieli w ciąży i wszystko będzie ok… że to będzie choć w połowie nasze dziecko i że takie pokocha, a adoptusia nie pokocha… nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam… im bliżej było tych 2 lat naszego stażu, tym bardziej on się wycofywał… Nigdy nie zdecyduję się na nasienie dawcy, nie mogę, jest mi niedobrze kiedy o tym myślę i w ogóle o tym nie mogę myśleć, nie mogę… On wiedział o tym, że nigdy bym tego nie zrobiła…
Przeprowadziliśmy poważną rozmowę i stanęło na tym, że w Nowym Roku, mając prawie 2 i pół roku stażu udamy się OA. Byłam szczęśliwa, przez chwilę nawet sam pytał mnie jaki on będzie – ten adoptuś? Ponownie łzy – tym razem wielkiego szczęścia, bo światełko w tunelu już tak blisko… Powiem szczerze, że odliczałam dni do końca 2007 r. Nie mogłam się doczekać tego Nowego… wszystkiego co w nim się ma wydarzyć, długo mogłabym pisać o swoich emocjach, odczuciach, snach…
Czułam jednak, jego strach, niechęć, pojawiającą się przy każdym moim planowaniu przyszłości z dzieckiem, nawet w kontekście wakacji itp. Nie podejmował tematu i uciekał od niego. Podsunęłam mu książkę „Bociany przylatują zimą… „ – przeczytał ale nie doznał, jak to powiedział nagłego olśnienia. Książka fajna, ale nic w jego podejściu nie zmieni…
… i tak to, nie dalej jak wczoraj, dowiedziałam się, że mój mąż nie jest gotowy na adopcję, że „chce mieć dziecko, ale swoje, a skoro nie może mieć swojego, to nie wie, czy chce mieć adoptowane”. Długo rozmawialiśmy, mówiłam mu o wszystkich swoich uczuciach, o tym, że pragnę być matką, o tym, że pewne decyzje płynął z serca, nie z rozumu… to wszystko na nic… Jest zatwardziały w swojej decyzji, nie pójdzie ze mną do Ośrodka, nie chce z nikim porozmawiać, nie chce czytać książek, nie chce czytać forum, nic nie chce, czeka tylko na jakieś olśnienie, które ma nadejść nie wiadomo skąd…
Boi się, że nie pokocha dziecka, że będzie głupie, albo chore, że będzie z patologicznej rodziny z ukrytymi wadami genetycznymi, wciąż myśli co powiedzą inni i patrzy na to swoim narcystycznym spojrzeniem.
Już nie potrafię ukrywać emocji, płakałam, bardzo płakałam, nadal płaczę… dziś cały dzień przesiedziałam na forum, próbowałam znaleźć jakąś receptę, może ktoś przeszedł przez podobną drogę, ale nic nie znalazłam oprócz tego, że czekają na dzieci, że już mają dzieci, że są szczęśliwi z małymi adoptusiami…
Bardzo kocham mojego męża i chciałabym mieć z nim dzieci – nie muszę urodzić mu dzieci – chcę aby dojrzał do decyzji adopcji, bo wiem, że wtedy dopiero staniemy się pełną i szczęśliwą rodziną… Ja mam 30, mój mąż 34 lata, ucieka nam czas, a ja bardzo drastycznie to czuję...
Na koniec wczorajszej rozmowy usłyszałam to czego tak bardzo nie chciałam usłyszeć... "że naciskam i że wzbudziłam w moim mężu poczucie winy, że jestem nieszczęśliwa, bo nie mamy dziecka przez niego"...
Jak długo mam czekać, co mam robić, jak pomóc mu w pokonaniu jego obiekcji, by móc w końcu poczuć na swojej szyi te malutkie rączki i usłyszeć wypowiadane szeptem KOCHAM CIĘ MAMO! ???
To jest moja spowiedź – w pewnym sensie…
Ja nie modlę się o poczęcie dziecka, ja modlę się o to, by mój mąż zechciał zaadoptować ze mną dziecko!!!
Myślę sobie, że to kara boża, że pogwałciłam sakrament Małżeństwa i teraz za to płacę, choć wmawiam sobie, że Bóg jest miłosierny i że mnie kocha, to wewnątrz siebie czuję, że to jest krzyż który muszę nieść, żeby odpokutować swoje winy…
Żeby było bardziej od początku, zacznę od tego, że jestem po rozwodzie (moje małżeństwo trwało 8 miesięcy i rozpadło się, ponieważ nikt nie walczył o jego przetrwanie – ani ja, ani on).
Znałam i kochałam innego mężczyznę, i to właśnie z nim związałam się po rozwodzie. Oboje czuliśmy całym sercem, że jesteśmy dla siebie przeznaczeni i że zawsze będziemy szczęśliwi, że zawsze będziemy się kochać.
Wyjechaliśmy do innego miasta, by tam, jak to się zwykło mówić, rozpocząć nowe życie i od początku (jeszcze przed ślubem) podjęliśmy starania o dziecko, które miało się zrodzić z wielkiej miłości i na zawsze nas połączyć.
Nie brakowało w naszym życiu trudnych chwil, związanych z przeszłością, nowym miejscem zamieszkania i pracy, niejednokrotnie z brakiem pieniędzy, i stresom z tym właśnie związanym, przypisywaliśmy trudności w zajściu w ciążę. Nie poddawaliśmy się jednak i wciąż co miesiąc, kiedy opóźniał się okres, ale test zawsze wychodził negatywny podnosiliśmy się i nadal próbowaliśmy.
Nie będę w tym miejscu rozwodzić się nad naszymi staraniami, ale były takie jak u większości par starających się o dziecko… mierzenie temperatury, staranne notatki, urywanie się z pracy bo to już, teraz, natychmiast!, często robienie TEGO bardziej z rozsądku niż w mistycznym akcie uniesienia… wiele było łez i nerwów, ale siłą naszego związku była miłość i wspólne rozmowy, które pomagały przezwyciężyć wszelkie problemy.
Pewne wydarzenie losowe sprawiło, że ponownie przeprowadziliśmy się do innego miasta, ponownie zmieniliśmy pracę i ponownie zaczynaliśmy wszystko od początku. Budowanie nowej stabilizacji – naszym zdaniem – miało wpływ na niemożność zajścia w ciążę, więc próbowaliśmy się wyciszyć, odstresować, i dać sobie trochę więcej czasu.
Wzięliśmy ślub i kiedy już poukładało się jakoś nasze życie - mieliśmy stałe prace i mieszkanie – niestety nadal nie mieliśmy dziecka (po w sumie 2,5 latach starań).
Udaliśmy się do lekarza, zrobiliśmy szczegółowe badania, a na potwierdzenie tego co usłyszeliśmy pojechaliśmy do Warszawy, by tam w bardzo znanej klinice leczenia niepłodności usłyszeć to, czego nigdy nie chcielibyśmy usłyszeć.
Pan doktor, bez większych emocji – przecież takich jak my ma tysiące – po spojrzeniu na wyniki zapytał kiedy chcemy podejść do in vitro… zamurowało mnie… jaka byłam naiwna, myślałam, że zechcą nas leczyć, operować, ale on wziął kalendarz i podał nam najbliższy wolny termin… nieśmiało zapytałam, czy mamy jakieś szanse na naturalne poczęcie, ale Pan doktor był zaskoczony moim pytaniem, stwierdził, że skoro tu jesteśmy to chyba po to, by poddać się sztucznemu zapłonieniu! – dodam że nasieniem dawcy, którym nie mógłby być mój mąż…
Wyszłam stamtąd nie pamiętam jak, tylko ten szum w uszach słyszę bardzo wyraźnie... Widzę wielki korytarz… ludzi w fartuchach oraz Panią która podnosi listek opadły z drzewa, które zajmuje centralną część owej kliniki… tylko to pamiętam…
Było chłodno, więc w drodze do auta owiało mnie rześkie powietrze, które podziałało na mnie zbawiennie… W aucie odwracałam głowę, żeby mój mąż nie widział moich łez, dławiłam się nimi, bo nie chciałam szlochać, tak bardzo nie chciałam, żeby poczuł się winny… W końcu powiedziałam, że adoptujemy dziecko, że to nie jest dla mnie żaden problem, że zawsze chciałam adoptować dziecko (taka jest prawda). Mąż się zgodził!!! Byłam szczęśliwa w moim nieszczęściu! Nie urodzę nam dziecka, ale i tak będziemy je mieli.
Mąż się załamał, długo tłumaczyłam mu, że nadal ogromnie go kocham, że gdyby było odwrotnie, to on też kochałby mnie, że nic się w naszym związku nie zmieniło, że kiedyś będziemy mieli adoptusia i będziemy szczęśliwi. Słuchał, ale nie słyszał… Miał w głowie swoje poczucie winy i zmienił się w stosunku do mnie. Nie chciał się ze mną kochać, mówił, że nie ma sensu się kochać, bo i tak mnie nie zapłodni… Łzy płynęły w tamtym czasie wielką rzeką, ale zawsze tak, żeby on tego nie widział, pod prysznicem, w nocy pod poduszką, w toalecie w pracy, itd…
Zadzwoniłam do Ośrodka Adopcyjnego w moim mieście z wielką euforią i entuzjazmem, który bardzo szybko został ugaszony… Mieliśmy wówczas niecały rok stażu małżeńskiego, no i jeszcze jesteśmy w kolejnych związkach, więc musimy wykazać trwałość naszego małżeństwa… Proszę zadzwonić jak będziecie mieli 2, a najlepiej jakieś 2 i pół roku stażu. Telefon do drugiego Ośrodka, bo przecież jak nie drzwiami to oknem, i dokładnie ten sam tekst… Boże!, pomyślałam, jeszcze tyle czasu musimy czekać… damy radę! Powiedziałam mężowi, nie wyglądał na zmartwionego. Zaczęliśmy jakoś od początku układać i przewartościowywać swoje życie, już nie było w nim miejsca na starania, na odliczanie kolejnych miesięcy i kupowanie testów. Wycofałam się ze staraniowych forów, przestałam czytać o tym jak inni się starają i jak im się udaje, bądź nie… Musiałam się oczyścić. Staliśmy się szczęśliwi we dwoje. Cały wolny czas poświęcamy tylko sobie, spotykamy się ze znajomymi, wyjeżdżamy na wakacje i prowadzimy w ocenie wielu KONSUMPCYJNY TRYB ŻYCIA.
Ja nie ukrywam przed innymi, że nie możemy mieć dzieci, głośno mówię o adopcji i nie boję się reakcji innych. Mój mąż przeciwnie – za każdym razem, kiedy poruszałam ten temat zmieniała mu się twarz, nie chciał rozmawiać, unikał tego tematu i denerwował się na mnie, mimo iż ja bardzo delikatnie traktowałam temat adopcji, zawsze tak żeby go nie urazić, żeby nie poczuł się winny. Kiedyś wykrzyczał mi, że koledzy w pracy się z niego śmieją, że nie ma dzieci – o mało mi serce nie pękło, jak sobie pomyślałam, co on musi czuć. On nie powiedział nikomu, nawet swojej rodzinie – u mnie wiedzą wszyscy – jednak nikt nie wie po czyjej stronie jest przyczyna. Powiedziałam mu, że jeśli chce mogę powiedzieć jego rodzinie, że to ja nie mogę mieć dzieci.
Ten męski honor i duma… Mój mąż zaproponował, żebym poddała się in vitro z nasieniem dawcy, że będzie szczęśliwy widząc mnie z brzuszkiem, że inni będą mnie widzieli w ciąży i wszystko będzie ok… że to będzie choć w połowie nasze dziecko i że takie pokocha, a adoptusia nie pokocha… nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam… im bliżej było tych 2 lat naszego stażu, tym bardziej on się wycofywał… Nigdy nie zdecyduję się na nasienie dawcy, nie mogę, jest mi niedobrze kiedy o tym myślę i w ogóle o tym nie mogę myśleć, nie mogę… On wiedział o tym, że nigdy bym tego nie zrobiła…
Przeprowadziliśmy poważną rozmowę i stanęło na tym, że w Nowym Roku, mając prawie 2 i pół roku stażu udamy się OA. Byłam szczęśliwa, przez chwilę nawet sam pytał mnie jaki on będzie – ten adoptuś? Ponownie łzy – tym razem wielkiego szczęścia, bo światełko w tunelu już tak blisko… Powiem szczerze, że odliczałam dni do końca 2007 r. Nie mogłam się doczekać tego Nowego… wszystkiego co w nim się ma wydarzyć, długo mogłabym pisać o swoich emocjach, odczuciach, snach…
Czułam jednak, jego strach, niechęć, pojawiającą się przy każdym moim planowaniu przyszłości z dzieckiem, nawet w kontekście wakacji itp. Nie podejmował tematu i uciekał od niego. Podsunęłam mu książkę „Bociany przylatują zimą… „ – przeczytał ale nie doznał, jak to powiedział nagłego olśnienia. Książka fajna, ale nic w jego podejściu nie zmieni…
… i tak to, nie dalej jak wczoraj, dowiedziałam się, że mój mąż nie jest gotowy na adopcję, że „chce mieć dziecko, ale swoje, a skoro nie może mieć swojego, to nie wie, czy chce mieć adoptowane”. Długo rozmawialiśmy, mówiłam mu o wszystkich swoich uczuciach, o tym, że pragnę być matką, o tym, że pewne decyzje płynął z serca, nie z rozumu… to wszystko na nic… Jest zatwardziały w swojej decyzji, nie pójdzie ze mną do Ośrodka, nie chce z nikim porozmawiać, nie chce czytać książek, nie chce czytać forum, nic nie chce, czeka tylko na jakieś olśnienie, które ma nadejść nie wiadomo skąd…
Boi się, że nie pokocha dziecka, że będzie głupie, albo chore, że będzie z patologicznej rodziny z ukrytymi wadami genetycznymi, wciąż myśli co powiedzą inni i patrzy na to swoim narcystycznym spojrzeniem.
Już nie potrafię ukrywać emocji, płakałam, bardzo płakałam, nadal płaczę… dziś cały dzień przesiedziałam na forum, próbowałam znaleźć jakąś receptę, może ktoś przeszedł przez podobną drogę, ale nic nie znalazłam oprócz tego, że czekają na dzieci, że już mają dzieci, że są szczęśliwi z małymi adoptusiami…
Bardzo kocham mojego męża i chciałabym mieć z nim dzieci – nie muszę urodzić mu dzieci – chcę aby dojrzał do decyzji adopcji, bo wiem, że wtedy dopiero staniemy się pełną i szczęśliwą rodziną… Ja mam 30, mój mąż 34 lata, ucieka nam czas, a ja bardzo drastycznie to czuję...
Na koniec wczorajszej rozmowy usłyszałam to czego tak bardzo nie chciałam usłyszeć... "że naciskam i że wzbudziłam w moim mężu poczucie winy, że jestem nieszczęśliwa, bo nie mamy dziecka przez niego"...
Jak długo mam czekać, co mam robić, jak pomóc mu w pokonaniu jego obiekcji, by móc w końcu poczuć na swojej szyi te malutkie rączki i usłyszeć wypowiadane szeptem KOCHAM CIĘ MAMO! ???