Prezentujemy poniżej "Dzienniki Hathor" - osobisty zapis zdarzeń, odczuć i emocji mających miejsce podczas ostatniego programu IVF naszej koleżanki Hathor. "Dzienniki" zostały zgłoszone do konkursu "Dziennik - Miesiąc z życia kobiety", zorganizowanego przez redakcję "Twojego Stylu" i znalazły się wśród prac, na które jury zwróciło szczególną uwagę. Nagrodzone, wyróżnione i zauważone prace mają być opublikowane na łamach kolejnych numerów "Twojego Stylu" i w specjalnie przygotowanym zbiorczym wydawnictwie.
PS. Nasza koleżanka, autorka Dzienników - Hathor ma się dobrze i już niedługo urodzi od dawna oczekiwane bliźniaki. Cały czas trzymamy za nią kciuki.
Czy jako dziecko marzyłaś, ze będziesz mieć dzieci. Pewnie nie, dzieci są przecież naturalną częścią każdej rodziny. Marzymy o wielkich przygodach a nie o rzeczach zwyczajnych. Dzieci po prostu się rodzą. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Dopóki nie okaże się, że nie chcą się urodzić.
Jesteśmy od prawie 8 lat małżeństwem. Od 5 staramy się o dziecko. Od 3 całe nasze życie podporządkowane jest tylko leczeniu niepłodności, leczeniu, które być może umożliwi nam posiadanie własnego dziecka. Praca i wakacje planowane są pod tym kątem, z tym, że wakacje najczęściej są odreagowaniem na kolejne nieudane zabiegi. Przeszliśmy przez bunt, zniechęcenie i załamanie do akceptacji i walki. Spotkaliśmy niedouczonych lekarzy i oszustów, żerujących na naszym problemie. Myśleliśmy, że jesteśmy sami. Spotkaliśmy ludzi, takich jak my- walczących o prawo do własnego dziecka wbrew naturze. Dzięki internetowi poznaliśmy się i teraz jesteśmy razem, dzięki specjalnej stronie www.nasz-bocian.pl i kontaktom osobistym wspólnie przeżywamy każdy sukces i każdą porażkę. Pomagamy sobie nawzajem – informujemy, ostrzegamy, wspieramy. Taka jest nasza droga do dziecka. Takie jest nasze życie. I nie oddalibyśmy go za żadne inne na świecie.
Miesiąc z mojego życia to wyrywek z przygotowań i przeżyć podczas realizacji czwartej próby zapłodnienia in – vitro. W Polsce co rok jest wykonywanych ponad 2 000 prób in-vitro. Z roku na rok ta liczba dramatycznie rośnie. Moje wspomnienia dedykujeę tysiącom kobiet w Polsce, które podchodzą i będą podchodziły zarówno do swojej pierwszej próby jak i do tej ostatniej.
Dzień Zero
Dzisiaj zaczynam odliczanie choć to dopiero 20 dzień cyklu – jednak czas od jutra będzie wyznaczany inaczej. Będzie mierzony zastrzykami, pastylkami, wizytami lekarskimi i oczekiwaniem. Mój miesiąc będzie podzielony na części – pierwsza: od 21 dnia cyklu przez 14 dni rano zastrzyki z Decapeptylu*. Potem jeżeli badania hormonalne będą OK ... mam nadzieje przejście na kolejny etap, zastrzyki z Gonalu** przez ok. 10-15 dni. Scenariusz optymistyczny zakłada ze dojdzie do punkcji (pobrania komórek jajowych). Potem znów 2 dni przerwy – i embriotransfer, zmiana leków, nowe zastrzyki, pastylki i nowe czekanie- to najgorsze. Wszystkie zastrzyki są podskórne, dzięki temu robię je sobie sama w brzuch lub w rękę. W końcu nie pierwszy raz przechodzę całą tę karuzele lekarstw, nadziei i rozczarowania.. Cale szczęście, że jest trochę tłuszczyku na brzuchu, zawsze to mniej boli. Dziś wieczorem tylko 2 pastylki.
Pierwszy dzień Decapeptylu
To nieuniknione – taka niby jestem doświadczona a gdy rozpakowywałam zastrzyk ręce mi się trzęsły. Cale szczęście, że to już gotowy zastrzyk, tylko wyjąć, odkazić wacikiem miękką fałdkę na brzuchu i wbić. Igła nieco tępawa, ciężko się wbija, ukłucie i wzrok podziwu mojego męża. Sam by tego sobie nie zrobił. Ja też myślałam, że krew to coś na widok czego się mdleje. Medycyna nigdy mnie nie interesowała, od paru lat jest inaczej. Teraz cały proces podczas którego dochodzi do zapoczątkowania życia i jego narodzin mam w głowie. I aż dziw bierze, że niektórym się to udaje – nie tylko począć ale i urodzić dziecko. To naprawdę zakrawa na cud, ale tylko ja jestem tego świadoma. Moje „po prostu” ciężarne koleżanki to wcale nie dziwi. Tylko nam się nie chce zdarzyć ten cud – to wciąż takie dalekie.
Dziwne ze właśnie nam trafiło się parę takich przypadłości, które z medycznego punktu widzenia utrudniają poczęcie a które w normalnej populacji zdarzają się 2-10%. Przypadek czy statystyki kłamią. Moja teoria mówi, że 90% małżeństw z naszymi przypadłościami” ma normalnie dzieci, A my reprezentujemy pozostałe 10%: Pechowcy. Nie, raczej staram się myśleć, ze wybrańcy.
Czwarty Dzień Decapeptylu
Dni mijają normalnie. Czuje się dobrze, staram się wyciszyć i uspokoić. W pracy trzeba pokończyć rożne rzeczy- kto wie może już do niej nie wrócę przed końcem urlopu macierzynskiego. Wieczne marzenia i nadzieje. Są obecne przy każdym zabiegu, programie jak nazywają go w Białymstoku. Marzenia, że w mojej macicy jest miejsce dla nowej istoty, tak jak jest ono w moim sercu. I teraz jak nigdy dotąd nic innego nie jest i nie będzie ważne. Tylko to, żeby się udało.
Siódmy Dzień Decapeptylu
Afera. Bolą mnie węzły chłonne jakbym miała jakąś infekcje. Promieniuje na ucho. O Boże, tylko nie angina. Wszyscy w pracy są chorzy – ja przecież nie mogę być chora. To oznacza przerwanie stymulacji. Panika, co robić? Obdzwaniam wszystkich w nadziei ze ktoś mi powie co to może być. Nareszcie. Być może to rosnąca ósemka. Co za cholera, nigdy mnie nie bolała. Owszem, ta ze lewej strony 10 lat temu została usunięta bo aż wyłam z bólu. Ale ta z prawej cichuteńka jak trusia. I teraz sobie przypomniała, że istnieje. Co za pech, chyba zwariuje. Nie, spokojnie, to tylko ząb, lepiej że teraz niż gdybym była w ciąży. Spokój, spokój, spokój. Jutro idę do dentysty.
Dziesiąty Dzień Decapeptylu
Oczywiście lekki stan zapalny. Chirurg najpierw mi chciał od razu wyrywać ale powiedziałam mu, że nie ma mowy w tej chwili o żadnym wyrywaniu. Naciął mi dziąsło i na szczęście dal osłonowo antybiotyk. Dzwonię do dr W. zdaje sprawozdanie, pytam czy brać antybiotyk czy nie. Potwierdza, absolutnie brać. Nie może być w organizmie żadnej infekcji, szczególnie ze biorę lek dodatkowo obniżający odporność. Ma on za zadanie wstrzymać mój bojowy organizm przed odrzuceniem zarodka. W końcu zarodek to pół obce ciało – moja komórka jajowa i plemnik męża. Psychicznie już mi lepiej ale fizycznie czuje się jak wrak. Antybiotyk i ból szczęki wykańcza. Wszystko się kręci wokół jednego. Jak to przetrwać – siłą i godnością osobistą jak mówi moja koleżanka.
Czternasty Dzień Decapeptylu
Dziś wizyta u słynnego doktora L. Tyle się o nim nasłuchałam, głównie słowa uwielbienia od dziewczyn które „maja dzięki niemu dziecko”. Czy to nie brzmi zabawnie. Dr L. zrównany w swej mocy z Bogiem sprawia, że niepłodne małżeństwa maja upragnione dziecko. To zakrawa na fanatyzm i zaufanie graniczące z wiara.
Dr L. bynajmniej nie jest cudotwórcą i nie przypomina ani trochę Davida Copperfielda. Mówi dużo i lekko niewyraźnie, czasem rzuca jakieś uwagi w taki sposób, że nie bardzo wiem o co chodzi i nieustannie domaga się pochwał. Ale ma coś ważnego w sobie. Wiarę i zaangażowanie. Wiarę, że można kobiecie i mężczyźnie pomoc w realizacji ich pierwotnego powołania. Tyle ile może zaoferować nam współczesna medycyna. Nie gwarantuje sukcesu, wzdycha, że do niego trafiają najtrudniejsze przypadki (niby ja po 3 nieudanych próbach w innych klinikach) – no cóż jak wspominałam nie jest łatwo począć i urodzić dziecko. Zaangażowanie dr-a L. jest zdumiewające, to pierwszy taki lekarz. Aż dziwnie się czuję – nauczyłam się radzić sobie z boleśnie szczerymi komentarzami lekarzy, którzy mówili mi, że w tej sytuacji to nie mogę zajść w ciąże ale on (niby ten lekarz) sprawi, że będę szczęśliwą matką, choć oczywiście nie może mi tego zagwarantować. Tu raczej odczulam naturalne współodczuwanie dr-a L. jakby on sam wiedział jak to jest. Jak jest, kiedy lata mijają na nieustannym kontrolowaniu fazy płodnej i kiedy radosny seks zamienia się w rytuał zmierzający do zapłodnienia a oczekiwanie na okres jest czekaniem ...jak na klęskę. Klęskę po której następuje czas przygnębienia.
Siedemnasty Dzień Decapeptylu, Pierwszy Dzień Gonalu
Od dziś biorę Gonal. W ampułkach Gonalu jest płyn i proszek, trzeba mieszać a ręce ciągle mi się trzęsą. Odmierzać bardzo precyzyjnie. Wymieniać igły – inne są do mieszania inne do zastrzyków. Całe szczęście, że zastrzyki są prawie bezbolesne, cieniuteńka jak włos igiełka miękko wchodzi w mój podhodowany na tę okoliczność tłuszczyk na brzuchu i nie zostawia nawet kropelki krwi. No, udało się, przecież to łatwe, tylko te ręce, żeby się nie trzęsły.
Trzeci Dzień Gonalu
Czas płynie monotonnie – powoli wyłączamy się z normalnego życia towarzysko – miejskiego. Weekendy spędzamy wspólnie z mężem wędrując po niewysokich górach lub leniuchując. Życie odmierzamy porami dnia, rano zastrzyki, po śniadaniu 2 pastylki, praca do 18, obiad (staram się dobrze odżywiać), relaks, sen. Tylko ze snem coraz gorzej. Liczne stymulacje wyzwoliły odruchy organizmu, których w normalnym codziennym życiu nie spodziewałabym się. Wprawdzie sen przychodzi szybko ale jest rwany, punktualnie o 3 nad ranem jest pierwsze przebudzenie, potem o 6. Czasem już nie śpię dalej – myśli kotłują się w głowie – co jeszcze mogę zrobić aby pomoc sobie i tym maleńkim zarodeczkom, które będę miała w sobie za parę dni. Praca jest wytchnieniem od tych myśli ale męczy mnie, mimo ze właśnie realizuje najlepsze projekty jakie mam od lat w tej firmie.
Piąty Dzień Gonalu
Próbuję wizualizacji, leżę, gładzę się po brzuchu i wyobrażam sobie jak moje komórki rosną, tylko równiutko - ciągle im powtarzam i w rozsądnych ilościach 12-15 sztuk. I tak to roczna produkcja normalnej kobiety a ja mam wyprodukować je w 10 dni. Szkoda, że nie wolno się czymś doładować (chodzi mi o witaminy) więc jem zdrowo, zresztą jak zawsze, tylko teraz bardziej staram się mieć ciepły posiłek wieczorem. Kompletnie wyeliminowałam kawę z jadłospisu i powoli przestawiam się z czarnej herbaty na malinową i zieloną. Ponoć malinowa pobudza ukrwienie macicy. Podjadam też orzechy, morele i migdały. Praktycznie straciłam apetyt na słodkości. Organizm jest mądry, sam wie co potrzebuje. Litrami piję sok pomidorowy bo jeden z leków powoduje jak napisana w ulotce „czasowy spadek poziomu potasu we krwi”. U mnie objawia się to nierównym biciem serca. Sok pomidorowy pomaga, chyba też psychicznie bo z tym sercem zawsze mam problemy w czasie stymulacji. Ponieważ żaden kardiolog nie znalazł przyczyny –przyczyną jest pewnie stres. Brzuch mi już rośnie. Poprzednio też brałam Gonal i też szybko czułam, że mój brzuch powiększa się pod wpływam powstawania nowych komórek jajowych. Jak kura nioska, produkcja rozpoczęła się i mam nadzieję, że będzie owocna. Akurat przed Świętami Wielkanocnymi – ha, ha, ale zbieg okoliczności.
Siódmy Dzień Gonalu
Brzuch czuję coraz bardziej - maleńkie kuleczki przelewają się wewnątrz, pulsują swoim życiem. Wiem, że jest ich dużo, widzę je – równiutkie, gładkie, jedna obok drugiej, rozpychają się aby mieć więcej miejsca. Nic dziwnego, jest ich 11 sporych oraz dużo mniejszych. Dziś widziałam je na usg. Tam wyglądają po prostu jak czarne dziury nie tak jak je czuję.
Zmniejszono mi dawkę Gonalu i wizyta w sobotę. Super, pakujemy się i przenosimy w sobotę do Warszawy, tam już zostanę do końca. Znaczy się do transferu.
Dziesiąty Dzień Gonalu
Komórki jajowe są już właściwego wzrostu, czuję je coraz bardziej – jak siadam ugniatam je wewnątrz brzucha. Punkcja już w poniedziałek, komórek jest znacznie więcej – to dobrze bo będzie więcej później do transferu ale i źle bo jak będę przestymulowana to nie tylko nie dostanę zarodków ale i mogę wylądować w szpitalu. Na razie próbuję zachować spokój. Łatwo mówić od tygodnia budzę się o 6 rano, niby po 8 godzinach snu bo wieczorem padam przed 10 ale trudno mówić o wyspaniu się. A przecież dla mnie norma to 9-10 godzin snu. No wiem, śpioszek jestem ale każdy ma jakieś słabości. Dziś o 20.30 ostatni zastrzyk przed punkcją i jutro (hurra) jedyny dzień bez zastrzyków. Muszę się wreszcie wyspać, może to warszawskie łóżko będzie dla mnie łaskawsze.
Jedyny dzień bez zastrzyków (Niedziela)
Hurra, wreszcie się wyspałam, dzięki cudownemu łóżeczku w Warszawie. Dziś byliśmy na obiedzie u Ewy i Piotra. Ci szczęściarze – 17 tydzień ciąży po 3 próbie. Wprawdzie ona cały czas leży ale i tak im zazdroszczę. Rozmawiamy jak zwykle w kółko o tym samym czyli naszych sprawach związanych z leczeniem no i o stowarzyszeniu na rzecz leczenia niepłodności. W zeszłym roku prawie byliśmy gotowi, żeby się zarejestrować a jednak ludzie się wycofali. Dzięki Rebasowi i Krzyśkowi powstała fantastyczna strona internetowa (www.nasz-bocian.pl) i na razie realizujemy cele stowarzyszenia przez internet i osobiste kontakty. Chętnych w internecie jest wielu ale nikt nie chce pokazać twarzy i występować z imienia i nazwiska. Ja sama do nich należę. Obiecałam, że gdy zajdę w ciążę to się ujawnię ale na razie jeszcze nie jestem. Ze względu na pracę. Nie wyobrażam sobie, że idę do mojego szefa i mówię: wiesz, będę tak pracować jak potrafię ale trochę będę wyjeżdżać to tu to tam bo chcę zajść w ciąże. A mój szef pewnie powie, że super nie ma problemu i zacznie szukać jakiegoś zastępstwa i przy pierwszej okazji przeniesie mnie na gorsze stanowisko lub po prostu zwolni. Sorry, cieżarna to kłopot, szczególnie taka po in-vitro bo one najczęściej 9 miesięcy są na zwolnieniu, potem na macierzyńskim i jak to cos planować w związku z tym. A taka jak ja: „jeszcze nie ciężarna” tym gorzej. Zajęta własnymi problemami zamiast oddać swą całą energię firmie. A ja liczę się z tym, że może nigdy nie zajdę w ciąże a jak tu żyć bez pracy. I nie chodzi mi o pieniądze (choć trudno nie myśleć o nich gdy każda próba in-vitro to 5-10 tys złotych), tylko o dobre zajęcie. Jeśli nie będzie mi dane zmieniać pieluch to może przynajmniej będę dobrym specjalistą w swoim zawodzie. I każda z nas tak myśli. No są jeszcze takie co maja teorie wyparcia. Nikomu nic nie powiedzą, a jak już są w ciąży to udają, że wszystko było naturalnie i nie że maja szczęście tylko, że my (niby te którym się jeszcze nie udało) jesteśmy z jakimś defektem. Fuj, taką już wyczuwam na odległość. Inne odsuwają się od tych którym się udało bo drażni je ich radość i rosnący brzuch. No cóż, ja też nie ukrywam, że unikam radosnych kobiet w ciąży, które nie maja zielonego pojęcia jak to się stało, że są w ciąży, poszło im jak po maśle. Syty głodnego nie zrozumie. To jak gadanie ze ślepym o kolorach.
Ale pamiętam czas, gdy sama szukałam informacji o leczeniu i dopiero na forum gazety je znalazłam; 2 lata za późno. Teraz próbuje zorganizować nas w Krakowie, abyśmy wzajemnie nie tylko się wspierały ale i wymieniały informacjami. Zresztą mam super grupę w Krakowie.
Dzień Punkcji
Hurra!!! 19 komórek pobranych i wszystkie dojrzałe, 15 się zapłodniło. To absolutny sukces. Nawet przed punkcją tak bardzo się nie denerwowałam. Zanim zostałam uśpiona jeszcze milo pogadałam z anestezjologiem o winach południowo afrykańskich. Niestety nie pamiętam czy mówił, że są dobre czy nie. Kiedyś go podpytam, ale mam nadzieję, że nie podczas następnej punkcji. Teraz kolejne czekanie ile zarodków się rozwinie. Poprzednie moje zabiegi wskazywały, że albo zarodki się nie rozwijają albo kliniki pozostawiają wiele do życzenia. Zobaczymy. Ponoć jestem w najlepszej klinice w kraju.
Dzień Po Punkcji
O rany, transfer mam przesunięty na kolejny dzień czyli na trzeci, normalnie podają zarodki w drugi dzień. Chcą podhodować zarodki, jestem załamana, tylko 4 się rozwijają. Czyli jednak zarodki kiepskie ...... Żeby tylko było co transferować.
Dzień Transferu
Myślałam, że serce mi wyskoczy ze zdenerwowania gdy wchodziliśmy do klinki w czwartek. Modliłam się w duchu, żeby choć dwa zarodki były ładne i aby cały ten czas nie poszedł na marne. A rozradowany dr L. Mówi, że cała piętnastka zarodków jest bardzo ładna i prezentuje mi je najpierw na ekranie w powiększeniu a potem ogłupiałej wręcza elegancki wydruk tych dwóch , które zostaną mi transferowane. Nie buntuję się ż że tylko dwa, jestem lekko przestymulowana a przedtem zawsze dostawałam trzy wiec nie zaszkodzi odmiana. Zresztą niech tu lekarz rządzi. Zarodki podobno piękne, tylko żeby im się moje „mieszkanie” spodobało. Niech tam, jutro pociąg do domu i ... leżenie do przyszłej niedzieli. Nadzieja uczy czekać.
Trzeci Dzień po Transferze
Odpoczywam i zbieram siły. Teraz dopiero czuję jak strasznie byłam wymęczona i nerwy tłukły mnie jeszcze do wczoraj. Teraz już lepiej, śpię jak suseł i jakoś mnie przestało nosić. Zgodnie z zaleceniami (głównie koleżanek) leżę prawie cały czas. Ha, spróbuj wyleżeć 24 godziny w łóżku kiedy nic ci się nie dzieje. Na dodatek gdy jesteś zodiakalnym Baranem, który czas spędza głównie w biegu. Ja wiem jak ciężko się na początku do tego zmusić (głownie z nerwów) ale przeszłam najgorsze i nawet mi to teraz sprawia przyjemność. Po prostu czuję się jak po ciężkiej chorobie. Wreszcie nabrałam ludzkiego koloru skóry (zniknęła tragiczna bladość, która mi towarzyszyła od punkcji) i dziś po raz pierwszy spodobało mi się moje odbicie w lustrze czyli nie ma tragicznych sińców pod oczami. Leków biorę całe mnóstwo: pastylki, zastrzyki. Mam nad lustrem kartkę z rozpisem: to rano, to popołudniu, to wieczorem. Apetyt mam gigantyczny i to na same konkretne rzeczy, nie tam jakieś ciasta tylko szynka, jaja (ciekawe, nie?) i jarzyny. Trochę sobie leżałam na tarasie ale pod parasolem bo boję się ostrego słońca. Brzuch mam gigantyczny (prawie taki jak Ewy, która jest w 17 tygodniu a może już w 18 ), nic mnie nie boli, nie wiem co to oznacza ale jestem przekonana, że jestem znacznie bardziej przestymulowana niż w Białymstoku, mimo tej samej ilości komórek. W piątek i sobotę miałam lekkie bóle przedmiesiączkowe ale teraz na razie ustąpiły i mam nadzieję, że nigdy nie powrócą.
Piąty Dzień po Transferze
Czas odliczam od posiłku do posiłku. Nic nie planuję, nie zastanawiam się. Właściwie to nie wiem czy dzień transferu to dzień pierwszy czy pierwszy to dopiero dzień po transferze. Zresztą i tak transfer miałam na 3 dzień i to popołudniu a nie na drugi jak to zwykle bywa. Wszystko mi się plącze. Normalnie 11 dnia po transferze dostawałam okres. Co będzie teraz. A co tam zobaczę. Czy nie pisałam przed chwilą, że nie zastanawiam się...
Gdy tak sobie leżę i myślę, a najczęściej jednak myślę, bo ciężko czymś zająć skołowany umysł, to przypominam sobie ostatnie 3 lata. Od momentu kiedy podjęliśmy decyzje o pierwszym in-vitro. Pamiętam, że nie mogliśmy się doczekać pierwszego zabiegu. Jedyną wiedzę jaką wtedy posiadałam to artykuł w „Elle” o szczęśliwych rodzicach, którym się udało. Wydawało się to takie proste, zrobić zabieg i już. Znaliśmy statystyki i byliśmy przygotowani na wielokrotne powtarzanie zabiegu. Tak nam się przynajmniej wydawało. Nikt mi nie powiedział, że przez 2 tygodnie po transferze będę odchodzić od zmysłów z powodu niezwykłego koktajlu niepokoju, nadziei i strachu. Patrzę teraz na zdjęcia z wakacji w Grecji po drugim nieudanym zabiegu i doskonale pamiętam jak pozowanie z wymuszonym uśmiechem mnie męczyło. Nastąpił czas w moim życiu gdy nic już nie cieszy a świat ogląda się z perspektywy porażki. Ja, która śmiałam się do życia nagle przestałam chcieć robić cokolwiek. Opętana myślą o ciąży i dziecku zauważyłam, że wszystko o czym kiedyś w dzieciństwie marzyłam a teraz się realizowało nie sprawiało mi już ani radości ani satysfakcji. Jak robot z wyznaczonym jednym celem. Ciążą. Otrząsnęłam się po pół roku. Zobaczyłam, że życie jest cudowne tu i teraz, że teraz mam niepowtarzalną okazję przeżyć moje życie walcząc o dziecko ale też ciesząc się z innych rzeczy, które zostały mi ofiarowane. I od tej pory, oprócz paru słabszych dni, znowu śmieję się do obiektywu.
Siódmy Dzień po Transferze
Dziś znowu gorzej, pojawiają się wyrzuty sumienia i przeczucia. Wprawdzie nic nie boli ani nie dostrzegam żadnych znaków tylko zastanawiam się, czemu miałoby się właśnie teraz udać i to mnie. Nie chce mi się nawet pisać. W nocy widzę swoje myśli jak błyski przesuwające się pomiędzy różnymi częściami mózgu, promyki, ostre i szybkie, kłujące. Boli.
Ósmy Dzień po Transferze
Niestety ten drugi tydzień zawsze jest zły. Wczoraj dzwonił do mnie dr L. Pytał jak się czuję, czy puchnę czy coś boli. A ja nie wiem czy lepiej żebym spuchła czy nie. Bolą jajniki, boli ta przyczyna i skutek. Pulsują jakimś swoim rytmem, który dla mnie nie jest czytelny. Ciągle mi sucho w gardle. Nic nie sprawia radości. Nie jestem w stanie skupić się na zajęciach, które obmyśliłam sobie na czas leżenia czyli czytanie, słuchanie muzyki i spanie. Głównie jak ostatni debil patrzę w telewizor a i tu przełączam bez przerwy kanały, bo nic mnie nie interesuje. Próbuję zająć się czytaniem kryminału, nie czytałam żadnego od lat, może zawiła intryga odwróci moje myśli. Czy czas biegnie trochę szybciej? Chyba tak, minuty przestały się wlec, choć tak bym chciała zamknąć oczy i otworzyć je już po teście ciążowym. Albo nie, nie otwierać ich -pozostać w tej niewiedzy jeszcze długo, długo.
Dziewiąty Dzień po Transferze
Czuje się dziwnie, raz euforia a potem załamka. Czyli teoretycznie normalnie, to znaczy jak zwykle po transferze. Nobla powinni przyznać komuś kto wymyśli jak spędzić te okropne 2 tygodnie czekania po transferze. Wierzę, że odnajdą jakaś dziurę w czasie i te dwa tygodnie życia chętnie oddam na straty, żeby tylko nie być. Nadzieje na sukces są większe, wiec i klęska będzie boleśniejsza. Myśli krążą tylko wokół jednego nic innego mnie nie interesuje, ledwo się mogę zagłębić w ulubione książki. Nawet nowa książka Tokarczuk, którą uwielbiam i strony jej książek zazwyczaj sobie dawkuje, rozkoszując się nimi powolutku, teraz zmęczyła mnie. W tej chwili tylko kryminał Grishama był w stanie mnie wciągnąć, ale .... przeczytałam go w jeden dzień i dziś znowu zostały mi "ambitniejsze" książki. Do wczoraj leżałam sobie popołudniami na tarasie na słońcu wzbudzając prawdziwa konsternacje wśród moich sąsiadów przyzwyczajonych do faktu, że zazwyczaj wracam z pracy po 18.00. W pracy też lekka konsternacja bo ja zazwyczaj spędzam wakacje aktywnie a tu nagle gdy śnieg na Kasprowym ciągle kusi wabi nęci a ja siedzę niby gdzieś na wsi i się luzuje. Oficjalna wersja w pracy: jestem na urlopie wypoczynkowym. Co to za wypoczynek...
Dziesiąty Dzień po Transferze
Zaczęły się bóle miesiączkowe. Co tym razem oznaczają? Czy jak zwykle zwiastują niepowodzenie czy tym razem będzie co innego. Wsłuchanie w swój organizm przekracza normalne granice rozsądku. Każdy sygnał może być ważny. Każdy sen lub przeczucie. Dziś po raz pierwszy śniło mi się ze robię test i że szukałam tej najważniejszej kreski na tym teście a ona znikała i pojawiała się. Nie chce mi się z nikim rozmawiać, no bo i o czym. Przytulam się do męża i dopiero jak słyszę bicie jego serca to moje się uspokaja. I tak sobie leżymy złączeni maksymalnie na ciasnej kanapie i oglądamy filmy, czytamy książki, słuchamy płyty, rozmawiamy, milczymy. Razem. Czy jemu jest łatwiej? Jutro poniedziałek, chciałam zrobić test ale po tym śnie chyba boję się. Powinnam już udać się do pracy. W sumie mówiłam, że w poniedziałek może mnie jeszcze nie być. Co robić? Czekać, aż bóle się nasila lub znikną, czy robić test. Trochę może być za wcześnie. W sumie będzie to 11 pełny dzień po transferze ale z drugiej strony 15 dzień po punkcji, 13 dzień po transferze gdybym go miała prawidłowo (czyli 2 dni po punkcji). W końcu dostałam o dzień starsze zarodki więc powinny też o dzień wcześniej się zagnieździć. Wiec powinien być już jakiś rezultat. Tylko czy mi się on spodoba, czy się z nim zgodzę. I co dalej, jak żyć gdy kolejna nadzieja umrze. Choć próbuje się nie zastanawiać nad tym co będzie, to trudno uniknąć takich myśli. Odganiam je jak muchę a one brzęcząc nad uchem, powracają w każdej możliwej wolnej chwili. Tak bym chciała mieć pusto w głowie i spać i spać aż do końca. Ciekawe czy dziś dam rade normalnie spać. Jutro test.
Jedenasty Dzień po Transferze
Rano zrobiłam test i wróciłam do łóżka. Trzęsłam się jak galareta i aby nie myśleć o wyniku powtarzałam w kółko „Ojcze nasz”. Leżałam wtulona mocno w męża, który też był bardzo przejęty. Czekaliśmy 10 minut, bo po 5-ciu nikt z nas nie miał odwagi pójść do łazienki. On wiedział, że to jego zadanie. Wreszcie poszedł i .... długo nic. No to nici, pomyślałam, jak tak długo się wpatruje to znaczy, że szuka tej drugiej kreski a jej tam nie ma – jak w moim koszmarnym śnie..... Po chwili wolnym krokiem wychodzi i mówi, że nie jest pewien ale wygląda na to, że ... jestem w ciąży. Kazałam mu szybko przynieść test oraz instrukcje i długo wczytywaliśmy się czy aby na pewno ta druga lekko zarysowana kreska to ciąża. Gdy zrozumiałam, że tak, to ryknęłam płaczem. Nie mogłam się powstrzymać, Mąż tulił mnie osłupiały. Co teraz? Miałam przygotowaną wersję pt. co będzie jak się nie uda. Był poniedziałek, miałam się wykąpać i jak zwykle udać do pracy, żeby nie myśleć, żeby nie cierpieć. Żeby zająć głowę czymś innym niż koszmarnym bólem, który miałam okazje przechodzić już 4 razy. W szafie leżały przygotowane ubrania. Ale na to że jestem w ciąży nie byłam przygotowana. Była 7.30. Zadzwoniłam do mamy. Nie mogąc powstrzymać płaczu powiedziałam, najpogodniejszym głosem jaki z siebie wydobyłam, że test jest pozytywny. Nie zrozumiała, musiałam dwukrotnie powtarzać, że jestem w ciąży, że to właśnie pokazał test. Sama płacząc pytała czemu ja płacze. Bo ja wiem czemu. Z radości chyba. Co teraz? Trzeba dzwonić do dra L. Ledwie dotrwałam do 8. Wtedy otwierają klinikę. Dr L. będzie ok. 8.30. Ok. zadzwonię wtedy. W tym czasie jemy śniadanie. Decyduję, że nie idę jeszcze dziś do pracy. Musze się przestawić i skonsultować z lekarzem. Czas mija tak wolno.... O 8.30 dra L. jeszcze nie ma, lada moment przyjdzie ale ma od razu punkcje. Przekazuje dla niego informacje: imię nazwisko i wiadomość o pozytywnym teście. Pani z recepcji cieszy się, mówi żeby zadzwonić koło 11 wtedy Doktor będzie po punkcjach. Boże, tyle czekania. Co robić. Kładę się do łóżka i czekam. Jakże inne jest to czekanie. Jakie cudowne, z jaką przyjemnością robię sobie kolejny zastrzyk i z radością łykam pastylki. Gdy zamykam oczy, anioły z białymi skrzydłami wirują wokół mnie. Wszystko ma takie inne kolory. Obiecałam moim koleżankom, że dam im znać o wyniku testu. Chyba poczekam aż wynik testu z krwi potwierdzi test domowy. Ewa nie wytrzymała, dzwoni o 10tej. Gdy mówię jej o teście, prawie krzyczy: a nie mówiłam. Wynika z tego, że ona była bardziej pewna niż ja. Wreszcie dodzwaniam się do dra L. Przełączając mnie na wewnętrzny Doktora wszystkie panie się cieszą i gratulują. Dr L. bardzo szczęśliwy to dla niego wielki sukces – po 3 zabiegach w innych klinikach zaszłam w ciążę właśnie u niego. Oczywiście, jak się spodziewałam, każe wykonać test z krwi i badanie progesteronu. Po raz pierwszy od 10 dni wsiadam w samochód i bardzo ostrożnie przemieszczam się w stronę laboratorium. Po dwóch godzinach są wyniki. Bardzo dobre wyniki, wręcz wskazujące na ciąże mnogą. Teraz wreszcie zaczynam naprawdę się cieszyć, mąż odtańcowuje nasz taniec radości tym razem sam (bo to dziki taniec). Zaczynam wysyłać SMS do wszystkich moich cudownych koleżanek, które każdego dnia wspierały mnie myślami, telefonami, emaliami i SMSami. I zaczynam odbierać telefony z gratulacjami. Pierwsze koty za płoty. Najgorsze za nami, teraz trzeba tę ciążę utrzymać. 9 miesięcy to nic w porównaniu do 5 lat walki. Teraz Cel tych wszystkich działań rośnie we mnie, czy będzie łatwiej – nie wiem. Zobaczę.
PS. Nasza koleżanka, autorka Dzienników - Hathor ma się dobrze i już niedługo urodzi od dawna oczekiwane bliźniaki. Cały czas trzymamy za nią kciuki.
Czy jako dziecko marzyłaś, ze będziesz mieć dzieci. Pewnie nie, dzieci są przecież naturalną częścią każdej rodziny. Marzymy o wielkich przygodach a nie o rzeczach zwyczajnych. Dzieci po prostu się rodzą. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Dopóki nie okaże się, że nie chcą się urodzić.
Jesteśmy od prawie 8 lat małżeństwem. Od 5 staramy się o dziecko. Od 3 całe nasze życie podporządkowane jest tylko leczeniu niepłodności, leczeniu, które być może umożliwi nam posiadanie własnego dziecka. Praca i wakacje planowane są pod tym kątem, z tym, że wakacje najczęściej są odreagowaniem na kolejne nieudane zabiegi. Przeszliśmy przez bunt, zniechęcenie i załamanie do akceptacji i walki. Spotkaliśmy niedouczonych lekarzy i oszustów, żerujących na naszym problemie. Myśleliśmy, że jesteśmy sami. Spotkaliśmy ludzi, takich jak my- walczących o prawo do własnego dziecka wbrew naturze. Dzięki internetowi poznaliśmy się i teraz jesteśmy razem, dzięki specjalnej stronie www.nasz-bocian.pl i kontaktom osobistym wspólnie przeżywamy każdy sukces i każdą porażkę. Pomagamy sobie nawzajem – informujemy, ostrzegamy, wspieramy. Taka jest nasza droga do dziecka. Takie jest nasze życie. I nie oddalibyśmy go za żadne inne na świecie.
Miesiąc z mojego życia to wyrywek z przygotowań i przeżyć podczas realizacji czwartej próby zapłodnienia in – vitro. W Polsce co rok jest wykonywanych ponad 2 000 prób in-vitro. Z roku na rok ta liczba dramatycznie rośnie. Moje wspomnienia dedykujeę tysiącom kobiet w Polsce, które podchodzą i będą podchodziły zarówno do swojej pierwszej próby jak i do tej ostatniej.
Dzień Zero
Dzisiaj zaczynam odliczanie choć to dopiero 20 dzień cyklu – jednak czas od jutra będzie wyznaczany inaczej. Będzie mierzony zastrzykami, pastylkami, wizytami lekarskimi i oczekiwaniem. Mój miesiąc będzie podzielony na części – pierwsza: od 21 dnia cyklu przez 14 dni rano zastrzyki z Decapeptylu*. Potem jeżeli badania hormonalne będą OK ... mam nadzieje przejście na kolejny etap, zastrzyki z Gonalu** przez ok. 10-15 dni. Scenariusz optymistyczny zakłada ze dojdzie do punkcji (pobrania komórek jajowych). Potem znów 2 dni przerwy – i embriotransfer, zmiana leków, nowe zastrzyki, pastylki i nowe czekanie- to najgorsze. Wszystkie zastrzyki są podskórne, dzięki temu robię je sobie sama w brzuch lub w rękę. W końcu nie pierwszy raz przechodzę całą tę karuzele lekarstw, nadziei i rozczarowania.. Cale szczęście, że jest trochę tłuszczyku na brzuchu, zawsze to mniej boli. Dziś wieczorem tylko 2 pastylki.
Pierwszy dzień Decapeptylu
To nieuniknione – taka niby jestem doświadczona a gdy rozpakowywałam zastrzyk ręce mi się trzęsły. Cale szczęście, że to już gotowy zastrzyk, tylko wyjąć, odkazić wacikiem miękką fałdkę na brzuchu i wbić. Igła nieco tępawa, ciężko się wbija, ukłucie i wzrok podziwu mojego męża. Sam by tego sobie nie zrobił. Ja też myślałam, że krew to coś na widok czego się mdleje. Medycyna nigdy mnie nie interesowała, od paru lat jest inaczej. Teraz cały proces podczas którego dochodzi do zapoczątkowania życia i jego narodzin mam w głowie. I aż dziw bierze, że niektórym się to udaje – nie tylko począć ale i urodzić dziecko. To naprawdę zakrawa na cud, ale tylko ja jestem tego świadoma. Moje „po prostu” ciężarne koleżanki to wcale nie dziwi. Tylko nam się nie chce zdarzyć ten cud – to wciąż takie dalekie.
Dziwne ze właśnie nam trafiło się parę takich przypadłości, które z medycznego punktu widzenia utrudniają poczęcie a które w normalnej populacji zdarzają się 2-10%. Przypadek czy statystyki kłamią. Moja teoria mówi, że 90% małżeństw z naszymi przypadłościami” ma normalnie dzieci, A my reprezentujemy pozostałe 10%: Pechowcy. Nie, raczej staram się myśleć, ze wybrańcy.
Czwarty Dzień Decapeptylu
Dni mijają normalnie. Czuje się dobrze, staram się wyciszyć i uspokoić. W pracy trzeba pokończyć rożne rzeczy- kto wie może już do niej nie wrócę przed końcem urlopu macierzynskiego. Wieczne marzenia i nadzieje. Są obecne przy każdym zabiegu, programie jak nazywają go w Białymstoku. Marzenia, że w mojej macicy jest miejsce dla nowej istoty, tak jak jest ono w moim sercu. I teraz jak nigdy dotąd nic innego nie jest i nie będzie ważne. Tylko to, żeby się udało.
Siódmy Dzień Decapeptylu
Afera. Bolą mnie węzły chłonne jakbym miała jakąś infekcje. Promieniuje na ucho. O Boże, tylko nie angina. Wszyscy w pracy są chorzy – ja przecież nie mogę być chora. To oznacza przerwanie stymulacji. Panika, co robić? Obdzwaniam wszystkich w nadziei ze ktoś mi powie co to może być. Nareszcie. Być może to rosnąca ósemka. Co za cholera, nigdy mnie nie bolała. Owszem, ta ze lewej strony 10 lat temu została usunięta bo aż wyłam z bólu. Ale ta z prawej cichuteńka jak trusia. I teraz sobie przypomniała, że istnieje. Co za pech, chyba zwariuje. Nie, spokojnie, to tylko ząb, lepiej że teraz niż gdybym była w ciąży. Spokój, spokój, spokój. Jutro idę do dentysty.
Dziesiąty Dzień Decapeptylu
Oczywiście lekki stan zapalny. Chirurg najpierw mi chciał od razu wyrywać ale powiedziałam mu, że nie ma mowy w tej chwili o żadnym wyrywaniu. Naciął mi dziąsło i na szczęście dal osłonowo antybiotyk. Dzwonię do dr W. zdaje sprawozdanie, pytam czy brać antybiotyk czy nie. Potwierdza, absolutnie brać. Nie może być w organizmie żadnej infekcji, szczególnie ze biorę lek dodatkowo obniżający odporność. Ma on za zadanie wstrzymać mój bojowy organizm przed odrzuceniem zarodka. W końcu zarodek to pół obce ciało – moja komórka jajowa i plemnik męża. Psychicznie już mi lepiej ale fizycznie czuje się jak wrak. Antybiotyk i ból szczęki wykańcza. Wszystko się kręci wokół jednego. Jak to przetrwać – siłą i godnością osobistą jak mówi moja koleżanka.
Czternasty Dzień Decapeptylu
Dziś wizyta u słynnego doktora L. Tyle się o nim nasłuchałam, głównie słowa uwielbienia od dziewczyn które „maja dzięki niemu dziecko”. Czy to nie brzmi zabawnie. Dr L. zrównany w swej mocy z Bogiem sprawia, że niepłodne małżeństwa maja upragnione dziecko. To zakrawa na fanatyzm i zaufanie graniczące z wiara.
Dr L. bynajmniej nie jest cudotwórcą i nie przypomina ani trochę Davida Copperfielda. Mówi dużo i lekko niewyraźnie, czasem rzuca jakieś uwagi w taki sposób, że nie bardzo wiem o co chodzi i nieustannie domaga się pochwał. Ale ma coś ważnego w sobie. Wiarę i zaangażowanie. Wiarę, że można kobiecie i mężczyźnie pomoc w realizacji ich pierwotnego powołania. Tyle ile może zaoferować nam współczesna medycyna. Nie gwarantuje sukcesu, wzdycha, że do niego trafiają najtrudniejsze przypadki (niby ja po 3 nieudanych próbach w innych klinikach) – no cóż jak wspominałam nie jest łatwo począć i urodzić dziecko. Zaangażowanie dr-a L. jest zdumiewające, to pierwszy taki lekarz. Aż dziwnie się czuję – nauczyłam się radzić sobie z boleśnie szczerymi komentarzami lekarzy, którzy mówili mi, że w tej sytuacji to nie mogę zajść w ciąże ale on (niby ten lekarz) sprawi, że będę szczęśliwą matką, choć oczywiście nie może mi tego zagwarantować. Tu raczej odczulam naturalne współodczuwanie dr-a L. jakby on sam wiedział jak to jest. Jak jest, kiedy lata mijają na nieustannym kontrolowaniu fazy płodnej i kiedy radosny seks zamienia się w rytuał zmierzający do zapłodnienia a oczekiwanie na okres jest czekaniem ...jak na klęskę. Klęskę po której następuje czas przygnębienia.
Siedemnasty Dzień Decapeptylu, Pierwszy Dzień Gonalu
Od dziś biorę Gonal. W ampułkach Gonalu jest płyn i proszek, trzeba mieszać a ręce ciągle mi się trzęsą. Odmierzać bardzo precyzyjnie. Wymieniać igły – inne są do mieszania inne do zastrzyków. Całe szczęście, że zastrzyki są prawie bezbolesne, cieniuteńka jak włos igiełka miękko wchodzi w mój podhodowany na tę okoliczność tłuszczyk na brzuchu i nie zostawia nawet kropelki krwi. No, udało się, przecież to łatwe, tylko te ręce, żeby się nie trzęsły.
Trzeci Dzień Gonalu
Czas płynie monotonnie – powoli wyłączamy się z normalnego życia towarzysko – miejskiego. Weekendy spędzamy wspólnie z mężem wędrując po niewysokich górach lub leniuchując. Życie odmierzamy porami dnia, rano zastrzyki, po śniadaniu 2 pastylki, praca do 18, obiad (staram się dobrze odżywiać), relaks, sen. Tylko ze snem coraz gorzej. Liczne stymulacje wyzwoliły odruchy organizmu, których w normalnym codziennym życiu nie spodziewałabym się. Wprawdzie sen przychodzi szybko ale jest rwany, punktualnie o 3 nad ranem jest pierwsze przebudzenie, potem o 6. Czasem już nie śpię dalej – myśli kotłują się w głowie – co jeszcze mogę zrobić aby pomoc sobie i tym maleńkim zarodeczkom, które będę miała w sobie za parę dni. Praca jest wytchnieniem od tych myśli ale męczy mnie, mimo ze właśnie realizuje najlepsze projekty jakie mam od lat w tej firmie.
Piąty Dzień Gonalu
Próbuję wizualizacji, leżę, gładzę się po brzuchu i wyobrażam sobie jak moje komórki rosną, tylko równiutko - ciągle im powtarzam i w rozsądnych ilościach 12-15 sztuk. I tak to roczna produkcja normalnej kobiety a ja mam wyprodukować je w 10 dni. Szkoda, że nie wolno się czymś doładować (chodzi mi o witaminy) więc jem zdrowo, zresztą jak zawsze, tylko teraz bardziej staram się mieć ciepły posiłek wieczorem. Kompletnie wyeliminowałam kawę z jadłospisu i powoli przestawiam się z czarnej herbaty na malinową i zieloną. Ponoć malinowa pobudza ukrwienie macicy. Podjadam też orzechy, morele i migdały. Praktycznie straciłam apetyt na słodkości. Organizm jest mądry, sam wie co potrzebuje. Litrami piję sok pomidorowy bo jeden z leków powoduje jak napisana w ulotce „czasowy spadek poziomu potasu we krwi”. U mnie objawia się to nierównym biciem serca. Sok pomidorowy pomaga, chyba też psychicznie bo z tym sercem zawsze mam problemy w czasie stymulacji. Ponieważ żaden kardiolog nie znalazł przyczyny –przyczyną jest pewnie stres. Brzuch mi już rośnie. Poprzednio też brałam Gonal i też szybko czułam, że mój brzuch powiększa się pod wpływam powstawania nowych komórek jajowych. Jak kura nioska, produkcja rozpoczęła się i mam nadzieję, że będzie owocna. Akurat przed Świętami Wielkanocnymi – ha, ha, ale zbieg okoliczności.
Siódmy Dzień Gonalu
Brzuch czuję coraz bardziej - maleńkie kuleczki przelewają się wewnątrz, pulsują swoim życiem. Wiem, że jest ich dużo, widzę je – równiutkie, gładkie, jedna obok drugiej, rozpychają się aby mieć więcej miejsca. Nic dziwnego, jest ich 11 sporych oraz dużo mniejszych. Dziś widziałam je na usg. Tam wyglądają po prostu jak czarne dziury nie tak jak je czuję.
Zmniejszono mi dawkę Gonalu i wizyta w sobotę. Super, pakujemy się i przenosimy w sobotę do Warszawy, tam już zostanę do końca. Znaczy się do transferu.
Dziesiąty Dzień Gonalu
Komórki jajowe są już właściwego wzrostu, czuję je coraz bardziej – jak siadam ugniatam je wewnątrz brzucha. Punkcja już w poniedziałek, komórek jest znacznie więcej – to dobrze bo będzie więcej później do transferu ale i źle bo jak będę przestymulowana to nie tylko nie dostanę zarodków ale i mogę wylądować w szpitalu. Na razie próbuję zachować spokój. Łatwo mówić od tygodnia budzę się o 6 rano, niby po 8 godzinach snu bo wieczorem padam przed 10 ale trudno mówić o wyspaniu się. A przecież dla mnie norma to 9-10 godzin snu. No wiem, śpioszek jestem ale każdy ma jakieś słabości. Dziś o 20.30 ostatni zastrzyk przed punkcją i jutro (hurra) jedyny dzień bez zastrzyków. Muszę się wreszcie wyspać, może to warszawskie łóżko będzie dla mnie łaskawsze.
Jedyny dzień bez zastrzyków (Niedziela)
Hurra, wreszcie się wyspałam, dzięki cudownemu łóżeczku w Warszawie. Dziś byliśmy na obiedzie u Ewy i Piotra. Ci szczęściarze – 17 tydzień ciąży po 3 próbie. Wprawdzie ona cały czas leży ale i tak im zazdroszczę. Rozmawiamy jak zwykle w kółko o tym samym czyli naszych sprawach związanych z leczeniem no i o stowarzyszeniu na rzecz leczenia niepłodności. W zeszłym roku prawie byliśmy gotowi, żeby się zarejestrować a jednak ludzie się wycofali. Dzięki Rebasowi i Krzyśkowi powstała fantastyczna strona internetowa (www.nasz-bocian.pl) i na razie realizujemy cele stowarzyszenia przez internet i osobiste kontakty. Chętnych w internecie jest wielu ale nikt nie chce pokazać twarzy i występować z imienia i nazwiska. Ja sama do nich należę. Obiecałam, że gdy zajdę w ciążę to się ujawnię ale na razie jeszcze nie jestem. Ze względu na pracę. Nie wyobrażam sobie, że idę do mojego szefa i mówię: wiesz, będę tak pracować jak potrafię ale trochę będę wyjeżdżać to tu to tam bo chcę zajść w ciąże. A mój szef pewnie powie, że super nie ma problemu i zacznie szukać jakiegoś zastępstwa i przy pierwszej okazji przeniesie mnie na gorsze stanowisko lub po prostu zwolni. Sorry, cieżarna to kłopot, szczególnie taka po in-vitro bo one najczęściej 9 miesięcy są na zwolnieniu, potem na macierzyńskim i jak to cos planować w związku z tym. A taka jak ja: „jeszcze nie ciężarna” tym gorzej. Zajęta własnymi problemami zamiast oddać swą całą energię firmie. A ja liczę się z tym, że może nigdy nie zajdę w ciąże a jak tu żyć bez pracy. I nie chodzi mi o pieniądze (choć trudno nie myśleć o nich gdy każda próba in-vitro to 5-10 tys złotych), tylko o dobre zajęcie. Jeśli nie będzie mi dane zmieniać pieluch to może przynajmniej będę dobrym specjalistą w swoim zawodzie. I każda z nas tak myśli. No są jeszcze takie co maja teorie wyparcia. Nikomu nic nie powiedzą, a jak już są w ciąży to udają, że wszystko było naturalnie i nie że maja szczęście tylko, że my (niby te którym się jeszcze nie udało) jesteśmy z jakimś defektem. Fuj, taką już wyczuwam na odległość. Inne odsuwają się od tych którym się udało bo drażni je ich radość i rosnący brzuch. No cóż, ja też nie ukrywam, że unikam radosnych kobiet w ciąży, które nie maja zielonego pojęcia jak to się stało, że są w ciąży, poszło im jak po maśle. Syty głodnego nie zrozumie. To jak gadanie ze ślepym o kolorach.
Ale pamiętam czas, gdy sama szukałam informacji o leczeniu i dopiero na forum gazety je znalazłam; 2 lata za późno. Teraz próbuje zorganizować nas w Krakowie, abyśmy wzajemnie nie tylko się wspierały ale i wymieniały informacjami. Zresztą mam super grupę w Krakowie.
Dzień Punkcji
Hurra!!! 19 komórek pobranych i wszystkie dojrzałe, 15 się zapłodniło. To absolutny sukces. Nawet przed punkcją tak bardzo się nie denerwowałam. Zanim zostałam uśpiona jeszcze milo pogadałam z anestezjologiem o winach południowo afrykańskich. Niestety nie pamiętam czy mówił, że są dobre czy nie. Kiedyś go podpytam, ale mam nadzieję, że nie podczas następnej punkcji. Teraz kolejne czekanie ile zarodków się rozwinie. Poprzednie moje zabiegi wskazywały, że albo zarodki się nie rozwijają albo kliniki pozostawiają wiele do życzenia. Zobaczymy. Ponoć jestem w najlepszej klinice w kraju.
Dzień Po Punkcji
O rany, transfer mam przesunięty na kolejny dzień czyli na trzeci, normalnie podają zarodki w drugi dzień. Chcą podhodować zarodki, jestem załamana, tylko 4 się rozwijają. Czyli jednak zarodki kiepskie ...... Żeby tylko było co transferować.
Dzień Transferu
Myślałam, że serce mi wyskoczy ze zdenerwowania gdy wchodziliśmy do klinki w czwartek. Modliłam się w duchu, żeby choć dwa zarodki były ładne i aby cały ten czas nie poszedł na marne. A rozradowany dr L. Mówi, że cała piętnastka zarodków jest bardzo ładna i prezentuje mi je najpierw na ekranie w powiększeniu a potem ogłupiałej wręcza elegancki wydruk tych dwóch , które zostaną mi transferowane. Nie buntuję się ż że tylko dwa, jestem lekko przestymulowana a przedtem zawsze dostawałam trzy wiec nie zaszkodzi odmiana. Zresztą niech tu lekarz rządzi. Zarodki podobno piękne, tylko żeby im się moje „mieszkanie” spodobało. Niech tam, jutro pociąg do domu i ... leżenie do przyszłej niedzieli. Nadzieja uczy czekać.
Trzeci Dzień po Transferze
Odpoczywam i zbieram siły. Teraz dopiero czuję jak strasznie byłam wymęczona i nerwy tłukły mnie jeszcze do wczoraj. Teraz już lepiej, śpię jak suseł i jakoś mnie przestało nosić. Zgodnie z zaleceniami (głównie koleżanek) leżę prawie cały czas. Ha, spróbuj wyleżeć 24 godziny w łóżku kiedy nic ci się nie dzieje. Na dodatek gdy jesteś zodiakalnym Baranem, który czas spędza głównie w biegu. Ja wiem jak ciężko się na początku do tego zmusić (głownie z nerwów) ale przeszłam najgorsze i nawet mi to teraz sprawia przyjemność. Po prostu czuję się jak po ciężkiej chorobie. Wreszcie nabrałam ludzkiego koloru skóry (zniknęła tragiczna bladość, która mi towarzyszyła od punkcji) i dziś po raz pierwszy spodobało mi się moje odbicie w lustrze czyli nie ma tragicznych sińców pod oczami. Leków biorę całe mnóstwo: pastylki, zastrzyki. Mam nad lustrem kartkę z rozpisem: to rano, to popołudniu, to wieczorem. Apetyt mam gigantyczny i to na same konkretne rzeczy, nie tam jakieś ciasta tylko szynka, jaja (ciekawe, nie?) i jarzyny. Trochę sobie leżałam na tarasie ale pod parasolem bo boję się ostrego słońca. Brzuch mam gigantyczny (prawie taki jak Ewy, która jest w 17 tygodniu a może już w 18 ), nic mnie nie boli, nie wiem co to oznacza ale jestem przekonana, że jestem znacznie bardziej przestymulowana niż w Białymstoku, mimo tej samej ilości komórek. W piątek i sobotę miałam lekkie bóle przedmiesiączkowe ale teraz na razie ustąpiły i mam nadzieję, że nigdy nie powrócą.
Piąty Dzień po Transferze
Czas odliczam od posiłku do posiłku. Nic nie planuję, nie zastanawiam się. Właściwie to nie wiem czy dzień transferu to dzień pierwszy czy pierwszy to dopiero dzień po transferze. Zresztą i tak transfer miałam na 3 dzień i to popołudniu a nie na drugi jak to zwykle bywa. Wszystko mi się plącze. Normalnie 11 dnia po transferze dostawałam okres. Co będzie teraz. A co tam zobaczę. Czy nie pisałam przed chwilą, że nie zastanawiam się...
Gdy tak sobie leżę i myślę, a najczęściej jednak myślę, bo ciężko czymś zająć skołowany umysł, to przypominam sobie ostatnie 3 lata. Od momentu kiedy podjęliśmy decyzje o pierwszym in-vitro. Pamiętam, że nie mogliśmy się doczekać pierwszego zabiegu. Jedyną wiedzę jaką wtedy posiadałam to artykuł w „Elle” o szczęśliwych rodzicach, którym się udało. Wydawało się to takie proste, zrobić zabieg i już. Znaliśmy statystyki i byliśmy przygotowani na wielokrotne powtarzanie zabiegu. Tak nam się przynajmniej wydawało. Nikt mi nie powiedział, że przez 2 tygodnie po transferze będę odchodzić od zmysłów z powodu niezwykłego koktajlu niepokoju, nadziei i strachu. Patrzę teraz na zdjęcia z wakacji w Grecji po drugim nieudanym zabiegu i doskonale pamiętam jak pozowanie z wymuszonym uśmiechem mnie męczyło. Nastąpił czas w moim życiu gdy nic już nie cieszy a świat ogląda się z perspektywy porażki. Ja, która śmiałam się do życia nagle przestałam chcieć robić cokolwiek. Opętana myślą o ciąży i dziecku zauważyłam, że wszystko o czym kiedyś w dzieciństwie marzyłam a teraz się realizowało nie sprawiało mi już ani radości ani satysfakcji. Jak robot z wyznaczonym jednym celem. Ciążą. Otrząsnęłam się po pół roku. Zobaczyłam, że życie jest cudowne tu i teraz, że teraz mam niepowtarzalną okazję przeżyć moje życie walcząc o dziecko ale też ciesząc się z innych rzeczy, które zostały mi ofiarowane. I od tej pory, oprócz paru słabszych dni, znowu śmieję się do obiektywu.
Siódmy Dzień po Transferze
Dziś znowu gorzej, pojawiają się wyrzuty sumienia i przeczucia. Wprawdzie nic nie boli ani nie dostrzegam żadnych znaków tylko zastanawiam się, czemu miałoby się właśnie teraz udać i to mnie. Nie chce mi się nawet pisać. W nocy widzę swoje myśli jak błyski przesuwające się pomiędzy różnymi częściami mózgu, promyki, ostre i szybkie, kłujące. Boli.
Ósmy Dzień po Transferze
Niestety ten drugi tydzień zawsze jest zły. Wczoraj dzwonił do mnie dr L. Pytał jak się czuję, czy puchnę czy coś boli. A ja nie wiem czy lepiej żebym spuchła czy nie. Bolą jajniki, boli ta przyczyna i skutek. Pulsują jakimś swoim rytmem, który dla mnie nie jest czytelny. Ciągle mi sucho w gardle. Nic nie sprawia radości. Nie jestem w stanie skupić się na zajęciach, które obmyśliłam sobie na czas leżenia czyli czytanie, słuchanie muzyki i spanie. Głównie jak ostatni debil patrzę w telewizor a i tu przełączam bez przerwy kanały, bo nic mnie nie interesuje. Próbuję zająć się czytaniem kryminału, nie czytałam żadnego od lat, może zawiła intryga odwróci moje myśli. Czy czas biegnie trochę szybciej? Chyba tak, minuty przestały się wlec, choć tak bym chciała zamknąć oczy i otworzyć je już po teście ciążowym. Albo nie, nie otwierać ich -pozostać w tej niewiedzy jeszcze długo, długo.
Dziewiąty Dzień po Transferze
Czuje się dziwnie, raz euforia a potem załamka. Czyli teoretycznie normalnie, to znaczy jak zwykle po transferze. Nobla powinni przyznać komuś kto wymyśli jak spędzić te okropne 2 tygodnie czekania po transferze. Wierzę, że odnajdą jakaś dziurę w czasie i te dwa tygodnie życia chętnie oddam na straty, żeby tylko nie być. Nadzieje na sukces są większe, wiec i klęska będzie boleśniejsza. Myśli krążą tylko wokół jednego nic innego mnie nie interesuje, ledwo się mogę zagłębić w ulubione książki. Nawet nowa książka Tokarczuk, którą uwielbiam i strony jej książek zazwyczaj sobie dawkuje, rozkoszując się nimi powolutku, teraz zmęczyła mnie. W tej chwili tylko kryminał Grishama był w stanie mnie wciągnąć, ale .... przeczytałam go w jeden dzień i dziś znowu zostały mi "ambitniejsze" książki. Do wczoraj leżałam sobie popołudniami na tarasie na słońcu wzbudzając prawdziwa konsternacje wśród moich sąsiadów przyzwyczajonych do faktu, że zazwyczaj wracam z pracy po 18.00. W pracy też lekka konsternacja bo ja zazwyczaj spędzam wakacje aktywnie a tu nagle gdy śnieg na Kasprowym ciągle kusi wabi nęci a ja siedzę niby gdzieś na wsi i się luzuje. Oficjalna wersja w pracy: jestem na urlopie wypoczynkowym. Co to za wypoczynek...
Dziesiąty Dzień po Transferze
Zaczęły się bóle miesiączkowe. Co tym razem oznaczają? Czy jak zwykle zwiastują niepowodzenie czy tym razem będzie co innego. Wsłuchanie w swój organizm przekracza normalne granice rozsądku. Każdy sygnał może być ważny. Każdy sen lub przeczucie. Dziś po raz pierwszy śniło mi się ze robię test i że szukałam tej najważniejszej kreski na tym teście a ona znikała i pojawiała się. Nie chce mi się z nikim rozmawiać, no bo i o czym. Przytulam się do męża i dopiero jak słyszę bicie jego serca to moje się uspokaja. I tak sobie leżymy złączeni maksymalnie na ciasnej kanapie i oglądamy filmy, czytamy książki, słuchamy płyty, rozmawiamy, milczymy. Razem. Czy jemu jest łatwiej? Jutro poniedziałek, chciałam zrobić test ale po tym śnie chyba boję się. Powinnam już udać się do pracy. W sumie mówiłam, że w poniedziałek może mnie jeszcze nie być. Co robić? Czekać, aż bóle się nasila lub znikną, czy robić test. Trochę może być za wcześnie. W sumie będzie to 11 pełny dzień po transferze ale z drugiej strony 15 dzień po punkcji, 13 dzień po transferze gdybym go miała prawidłowo (czyli 2 dni po punkcji). W końcu dostałam o dzień starsze zarodki więc powinny też o dzień wcześniej się zagnieździć. Wiec powinien być już jakiś rezultat. Tylko czy mi się on spodoba, czy się z nim zgodzę. I co dalej, jak żyć gdy kolejna nadzieja umrze. Choć próbuje się nie zastanawiać nad tym co będzie, to trudno uniknąć takich myśli. Odganiam je jak muchę a one brzęcząc nad uchem, powracają w każdej możliwej wolnej chwili. Tak bym chciała mieć pusto w głowie i spać i spać aż do końca. Ciekawe czy dziś dam rade normalnie spać. Jutro test.
Jedenasty Dzień po Transferze
Rano zrobiłam test i wróciłam do łóżka. Trzęsłam się jak galareta i aby nie myśleć o wyniku powtarzałam w kółko „Ojcze nasz”. Leżałam wtulona mocno w męża, który też był bardzo przejęty. Czekaliśmy 10 minut, bo po 5-ciu nikt z nas nie miał odwagi pójść do łazienki. On wiedział, że to jego zadanie. Wreszcie poszedł i .... długo nic. No to nici, pomyślałam, jak tak długo się wpatruje to znaczy, że szuka tej drugiej kreski a jej tam nie ma – jak w moim koszmarnym śnie..... Po chwili wolnym krokiem wychodzi i mówi, że nie jest pewien ale wygląda na to, że ... jestem w ciąży. Kazałam mu szybko przynieść test oraz instrukcje i długo wczytywaliśmy się czy aby na pewno ta druga lekko zarysowana kreska to ciąża. Gdy zrozumiałam, że tak, to ryknęłam płaczem. Nie mogłam się powstrzymać, Mąż tulił mnie osłupiały. Co teraz? Miałam przygotowaną wersję pt. co będzie jak się nie uda. Był poniedziałek, miałam się wykąpać i jak zwykle udać do pracy, żeby nie myśleć, żeby nie cierpieć. Żeby zająć głowę czymś innym niż koszmarnym bólem, który miałam okazje przechodzić już 4 razy. W szafie leżały przygotowane ubrania. Ale na to że jestem w ciąży nie byłam przygotowana. Była 7.30. Zadzwoniłam do mamy. Nie mogąc powstrzymać płaczu powiedziałam, najpogodniejszym głosem jaki z siebie wydobyłam, że test jest pozytywny. Nie zrozumiała, musiałam dwukrotnie powtarzać, że jestem w ciąży, że to właśnie pokazał test. Sama płacząc pytała czemu ja płacze. Bo ja wiem czemu. Z radości chyba. Co teraz? Trzeba dzwonić do dra L. Ledwie dotrwałam do 8. Wtedy otwierają klinikę. Dr L. będzie ok. 8.30. Ok. zadzwonię wtedy. W tym czasie jemy śniadanie. Decyduję, że nie idę jeszcze dziś do pracy. Musze się przestawić i skonsultować z lekarzem. Czas mija tak wolno.... O 8.30 dra L. jeszcze nie ma, lada moment przyjdzie ale ma od razu punkcje. Przekazuje dla niego informacje: imię nazwisko i wiadomość o pozytywnym teście. Pani z recepcji cieszy się, mówi żeby zadzwonić koło 11 wtedy Doktor będzie po punkcjach. Boże, tyle czekania. Co robić. Kładę się do łóżka i czekam. Jakże inne jest to czekanie. Jakie cudowne, z jaką przyjemnością robię sobie kolejny zastrzyk i z radością łykam pastylki. Gdy zamykam oczy, anioły z białymi skrzydłami wirują wokół mnie. Wszystko ma takie inne kolory. Obiecałam moim koleżankom, że dam im znać o wyniku testu. Chyba poczekam aż wynik testu z krwi potwierdzi test domowy. Ewa nie wytrzymała, dzwoni o 10tej. Gdy mówię jej o teście, prawie krzyczy: a nie mówiłam. Wynika z tego, że ona była bardziej pewna niż ja. Wreszcie dodzwaniam się do dra L. Przełączając mnie na wewnętrzny Doktora wszystkie panie się cieszą i gratulują. Dr L. bardzo szczęśliwy to dla niego wielki sukces – po 3 zabiegach w innych klinikach zaszłam w ciążę właśnie u niego. Oczywiście, jak się spodziewałam, każe wykonać test z krwi i badanie progesteronu. Po raz pierwszy od 10 dni wsiadam w samochód i bardzo ostrożnie przemieszczam się w stronę laboratorium. Po dwóch godzinach są wyniki. Bardzo dobre wyniki, wręcz wskazujące na ciąże mnogą. Teraz wreszcie zaczynam naprawdę się cieszyć, mąż odtańcowuje nasz taniec radości tym razem sam (bo to dziki taniec). Zaczynam wysyłać SMS do wszystkich moich cudownych koleżanek, które każdego dnia wspierały mnie myślami, telefonami, emaliami i SMSami. I zaczynam odbierać telefony z gratulacjami. Pierwsze koty za płoty. Najgorsze za nami, teraz trzeba tę ciążę utrzymać. 9 miesięcy to nic w porównaniu do 5 lat walki. Teraz Cel tych wszystkich działań rośnie we mnie, czy będzie łatwiej – nie wiem. Zobaczę.