Witam ! Nazywam się Kasia. Mieszkam w małej miejscowości liczącej ok 35 tys mieszkańców. Mam 31 lat i od ponad 5 lat jestem szczęśliwą mężatką. Z mężem znamy się od ponad 10 lat to była miłość od pierwszego wejrzenia, ja miałam wtedy 19 lat, Darek - tak ma na imię mąż miał wtedy 27 lat. Po 5 latach wreszcie poprosił mnie o rękę - w dzień moich urodzin- niezwykle zaskoczona oczywiście zgodziłam się. Kiedy już zamieszkaliśmy razem na poważnie zaczęliśmy myśleć o powiększeniu rodziny. Darek nigdy nie ukrywał, że w późnym wieku ok 18 roku życia zachorował na świnkę i jest możliwość,ze będzie Nam troszkę trudniej zajść w ciąże, ze będzie to wymagało więcej czasu.
I tak staraliśmy się ok 2 lata - bez rezultaty. Ja zrobiłam wszystkie badania hormonalne - lekarze mówili, ze jest dobrze. Przekonałam Darka, ze czas najwyższy aby on zrobił badania. Poszukałam w internecie najbliższej kliniki leczenia niepłodności i tak trafiliśmy do Invimedu do Wrocławia. Darek zrobił badanie - wynik był dla nas klęska - brak plemników, praktycznie żadnych szans na poczęcie dziecka. Przepłakałam kilka dni, starałam się nie robić tego przy Darku żeby nie widział i nie czuł, ze go obwiniam. Przeprowadziliśmy długa rozmowę i zdecydowaliśmy się na inseminację nasieniem dawcy. Zaczęły się przygotowania. Częste wizyty w klinice, liczne badania. Nie było to łatwe, ponieważ mieszkamy 120 km od Wrocławia, ale na szczęście personel kliniki tak ustalał nam godziny wizyt żebyśmy nie musieli zbyt często zwalniać się z pracy. Wreszcie nadszedł ten wymarzony dzień - mieliśmy naprawdę duże nadzieje, ale niestety nie udało się. Kolejne 3 próby tez zakończyły się porażką. Postanowiliśmy zrobić sobie kilkomiesięczną przerwę. Wyjechaliśmy na wakacje. Po powrocie zdecydowaliśmy się na zapłodnienie metoda in vitro. Ok dwóch miesiące trwały przygotowania. bardzo trudno przeszłam przez stymulacje. Dużo przytyłam, czułam się naprawdę źle, ale wiedziałam ze muszę dać radę. Darek bardzo mnie wspierał. Sam robił mi zastrzyki. każda wizyta w klinice wiązała się z nadzieją ze wszystko idzie według planu. Wreszcie doktor wyznaczył termin transferu. Wspominam tą chwilę magicznie. Na monitorze widać jak lekarz wstrzykuje zarodek- człowiek żyje taką nadzieją. Najtrudniejsze było to czekanie - 14 dni!! Po 14 dniach badanie i czekanie na wynik. Niestety porażka :-( Oczywiście trudny okres i szukanie w samej sobie wiary,ze będzie dobrze, ze wreszcie się uda. Po pół roku zdecydowaliśmy się na wykorzystanie zamrożonych zarodków - mieliśmy ich 5. Cała procedura przygotowania do kolejnego transferu była o wiele mniej skomplikowana i krótsza. Dokładnie 20 stycznie 2012r odbył się transfer. Znowu czekanie na wynik. Czułam, ze znowu się nie uda, żadnych objawów. Przed wyjściem do pracy zaglądnęłam na stronę laboratorium - byłam w szoku wynik HCG 665 ! Szybko napisałam maila do dr - tez był w szoku ze taki wysoki wynik i zasugerował, ze na horyzoncie szykują się bliźniaki. Dla pewności pobiegłam z pracy do apteki po test. Wykonałam go w pracy - są dwie kreski :-) Nie mogłam skupić się na pracy. Darkowi wysłałam zdjęcie testu z wiadomością BĘDZIESZ TATĄ! Zadzwonił do mnie po chwili płacząc z radości. Dokładnie 17 lutego pojechaliśmy do kliniki na pierwsza wizytę serduszkową. Popłakałam się jak dr poinformował, ze mamy dwa serduszka !! Wszyscy w klinice gratulowali. Obdzwoniliśmy całą rodzinę informując o Naszym szczęściu. Po dwóch tygodniach udałam się na pierwsza wizytę do swojego ginekologa w miejscu zamieszkania. Wszystko było dobrze. Kropeczki rosły. Co dwa tygodnie mieliśmy wizyty kontrolne. Brzuszek powoli nabierał kształtów :-) Wszyscy gratulowali. 30 kwietnia rano poszłam do miasta na zakupy, było bardzo gorąco. Po powrocie zaszłam do rodziców na plotki. Wróciłam do domu i położyłam się spać. Darek po pracy poszedł na rower a ja ok 17 obudziłam się i zobaczyłam że krwawię. Szybko zadzwoniłam do mamy, bo mieszka bramę obok Nas. Przybiegła i szybko zaczęła mnie pakować. Pojechaliśmy do szpitala. lekarz zrobił usg i stwierdził, ze to pewnie jakiś krwiak. Leżałam w szpitalu dwa tygodnie a krwawienie nie ustawało. Sami lekarze nie wiedzieli już co robić. Byłam bardzo słaba. Schudłam. Wreszcie ordynator zadzwonił do kliniki do Wrocławia z prośbą o przyjecie mnie na oddział. Dwa dni później zostałam tam przewieziona. Zrobiono mi komplet badan i okazało się, że z jednego łożyska odeszły wody. Zaczęto podawać mi kroplówki. Lekarze walczyli jak tylko mogli. Niestety po dwóch tygodniach 27.05 o godz. 11 zaczęłam rodzić. Przeżycie koszmarne. Rodziłam wiedząc, ze maleństw nie da się uratować- byłam dopiero w 21 tygodniu ciąży.Po urodzeniu pierwszego maleństwa zrobiono mi badania. Okazało się,. ze wdała się infekcja która zagraża mojemu życiu. Musiałam decydować czy ratujemy mnie czy maleństwo. Wybrałam moje życie :-( Podano mi szybko kroplówkę na wywołanie porodu i tak o 12.40 przyszedł na świat Nasz drugi synek. W klinice byłam jeszcze dwa dni. Po powrocie do domu dopiero zaczął się dla mnie okres żałoby. Dopiero dotarło do mnie i Darka co się stało. Wszystko przypominało mi co się stało, ze poszłam do szpitala z nadzieją ze będzie dobrze a wróciłam bez dzieci. Dobrze ze po urodzeniu martwych dzieci przysługiwał mi urlop macierzyński w wymiarze 8 tygodni. To był czas gdzie jako tako doszłam do siebie. Dokładnie 23 lipca wróciłam do pracy. Jakoś staram się funkcjonować, jest coraz lepiej, ale nie ma dnia żebym nie myślała o tym co się stało, tym bardziej, ze zbliża się termin porodu dokładnie 10.10.2012r. Mam nadzieję, że niebawem pojawi się we mnie wiara ze jeszcze mogę być mamą, ze wszystko będzie dobrze - mamy zamrożone jeszcze 3 zarodki.... Czas pokaże....