Wyszłam za mąż za niepełnosprawnego mężczyznę. Byłam i jestem bardzo szczęśliwa, kocham Go co dzień mocniej i mocniej…już 9 rok, nawet dłużej. To najmądrzejsza decyzja mojego życia. I z tego, choć z tego mogę być/jestem dumna. Myślę, że byliśmy obydwoje bardzo rozsądni, jak na ten młody wiek, zdawało nam się że przewidzieliśmy wszystko, szczególnie trudności. Że tak będzie łatwiej, gdy nic nas nie zaskoczy. Śpieszyliśmy się ze ślubem wiedząc, że Jego czas może być ograniczony, ale…zaskoczyła nas niepłodność – bezowocność, zbyt długi czas cieszenia się tylko sobą, ciągłe bycie „wujkiem i ciocią”, poczucie, że inni myślą „dla nich przecież tak jest lepiej, łatwiej”, brak spełnienia, uznania, pełności rodziny…
W pierwszym roku po ślubie nawet nie umiałam zrobić testu ciążowego. Nie chciałam być w ciąży. Mąż nie miał pracy, mieszkaliśmy u teściów – jednych, drugich, mieszkanie się opóźniało, byłam po wielu latach wychowywania młodszego brata. Gdy materialnie i zawodowo trochę się polepszyło i wynajęliśmy własny, jeden, najszczęśliwszy, najmilszy pokoik na świecie. Mąż dostał pracę trochę się rozchorowałam i dostałam antybiotyk. Wtedy pierwszy raz zrobiłam test ciążowy bo pierwszy raz przyszło mi do głowy, że mogę być w ciąży i muszę uważać nie tylko na siebie. Naprawdę:) I się zaczęło. Opanowało mnie to PIĘKNE PRAGNIENIE – dlaczego jego urok tak szybko się przepoczwarza? Dlaczego z latami przybiera twarz utrapienia, problemu, nałogu?...
Rok i nic, co miesiąc coraz więcej frustracji, badania nasienia – odbieram je sama, siedzę w poczekalni, udaję , że jestem rozluźniona – tak mocno, że mogłabym nucić. Nie nucić i podrygiwać chce mi się ze zdenerwowania. Nareszcie moja kolej – lekarz mówi, że nie są zbyt dobre, trzeba leczyć. Nie dołuje, jest profesjonalny, trochę rutynowy i zmęczony. Boję się reakcji Męża, ale jednak chce się leczyć. Łyka tabletki, bardzo dużo, martwię się o jego żołądek, dyskomfort psychiczny „celowanego współżycia” i po kilku miesiącach nic…
Kolejne lata, próby naturalne, czasem moje wizyty u nietrafionych lekarzy, jakieś pojedyncze badania, na razie u mnie ok., badania nasienia systematycznie ulegają pogorszeniu. U mnie też z czasem zauważalne pogorszenia cyklu – a to jakieś bóle podbrzusza, od czasu do czasu niekończące się miesiączki, podejrzenie pco, mały mięśniak. Próbujemy podjąć decyzję o adopcji. Nie jest to łatwe, mamy różne poglądy, nawet jakieś spory, ale ostatecznie decydujemy się spróbować. U mnie ogrom emocji, nawet sporo pozytywnych. Mój Mąż od razu wiedział, że się nie uda. Nie czułam się przez niego dołowana. Zawsze wiedziałam, że był bardzo racjonalny i..druzgocąca odmowa. Powód – Jego Choroba. Będziemy przez to „rodzicami drugiej kategorii”, podobno…jak to możliwe, jeśli tyle lat współwychowywaliśmy mojego brata, braliśmy udział w wychowaniu małych sąsiadów…? Podobno nie nadajemy się. Żyjemy samodzielnie, uczciwie, wiele pomagamy innym. A jednak. Nie dałam za wygraną, ale gra nie była warta świeczki. Odmowa również w innych miastach, potem krótki i z mojej strony wymuszony epizod rodziny zastępczej. Również nieudany. Pomysł na adopcję ze wskazaniem, tu także fiaska, więc… decyzja o inseminacji.
Mąż się zgadza, jest spokojny, przekonany…ja się szarpię. Wyje po nocach, odchodzę od zmysłów, bo zawsze byłam przeciwna tego typu ingerencji. Mówię sobie – mogę to zrobić nie zmieniając poglądów. Będę nadal przeciwna, ale…to zrobię. Natura zadecydowała sama. Gdy badania były gotowe byłam miesiąc w miesiąc na antybiotykach, ciągle chorowałam. Myślałam, że to już się nie skończy, skończyło – gdy data ważności badań skończyła się również.:)
Równo w ostatnim miesiącu 7 roku starań, w miesiącu naszej rocznicy rozsyłamy meila do wielu znajomych z prośbą o modlitwę. To już akt desperacji, wspomagamy się też naturalnym leczeniem Męża, u mnie nadal nie widzą konieczności leczenia. I… najgorszy cykl w moim życiu. Bóle brzucha, mdłości trwające prawie miesiąc, euforia, że już się udało przeplatana z lękiem, że coś jest nie tak i…najzwyczajniej w świecie nie, nie ciąża – miesiączka o tydzień za wcześnie. Jak nigdy, po niej dolegliwości nadal nie ustępują. Drugi cykl w połowie, dni płodne jak gdyby nigdy nic. Jest styczeń. Jutro wizyta u lekarza. Nic nie rozumiem, ani fizycznie, ani psychicznie.
Czytałam przez te lata setki wypowiedzi Moich Drogich Koleżanek. Dziękuję Wam za nie wszystkie. Zrozumiałam i poczułam je wszystkie, choć nie ze wszystkimi się zgadzałam. Zdecydowałam, że jestem Wam coś winna, że choć się nie znamy, bardzo mi na Was zależy.
To drobiazg ode mnie:)
Czy był cud jakiś
co się nie wydarzył?
Wielu było chorych
niektórych Pan uzdrowił
wielu było więzionych
niektórych uwolnił Pan
wątpił bodajże każdy
nie wszyscy
odeszli z Łaską.
Znów do mnie nie przyjdziesz
wiem
nie wszystkie drogi
muszą do mnie prowadzić.
Może jesteś zajęty
u kogo innego
rozumiem
czekać jednak nie mogę.
Oto jestem
może już daleko
nie wiem gdzie
wiesz gdzie mnie szukać
do zobaczenia
tu.
®