Autor:

Data publikacji:

06.05.2007

zaloguj się, żeby móc oceniać artykuły

Małe szanse, a jednak...

Pewnie moja historia jest podobna jak wiele waszych - kilka lat po ślubie, tyle lat samo starań i nic. Mi jednak dość szybko zaświtała w glowie pewna myśl. Dość szybko podjęłam decyzją, wbrew lekarzom - na badanie drożności jajowodów. Jak dziś pamiętam, kiedy szłam trzęsąca się ze strachu, a przemiła lekarka głaskała mnie po ręku i mówiła: wszystko będzie dobrze.
Pamietam też jak się obudziłam - a ona dalej głaskała mnie po ręku mówiąc: wszystko da się naprawić. Kiedy moje łzy ciekły po policzkach, ona mnie spytała - czy powiedzieć mężowi, czy powiem to sama - DWA NIEDROŻNE JAJOWODY!!!
Świat mi się zawalił, poprosiłam żeby powiedziała sama. Jak się kolejny raz obudziałam, była przy łóżku ona i mój mąż, jeszcze wtedy nie wiedziała dokładnie o co chodzi, wrocilam mocno zakręcona do domu i poszperałam w necie. Już wszystko było jasne, enigmatyczne dla mnie wtedy in vitro....
Przygotowania były szybkie, z biegu: zastrzyki, leki, oczekiwania, nadzieja i wielka klapa na kilka dni przed Wigilią. A przecież usłyszalam, że mamy ponad 50% szans, ale nic - w końcu nie do wszystkich Święty Mikołaj przychodzi. Do nas nie przyszedł.........
Zdecydowałam się na histeroskopię, która wykryła duży zrost w macicy, a następnie na laparoskopię - i wszystko miało być już piękne - w niczym to nie pomogło. Dowiedziałam się natomiast, że najprowdopodniej jajowody mam drożne - w ogóle już wtedy zwtąpilam.
Ale mimo wszystko postawiłam znów podejść do in vitro. Moje małżeństwo zaczęło szwankować - przerosło nas to oczekiwanie - okazało się, że endometrium jest tak kiepskie, że nie rokuje ciążą.
Znów tysiące badań i znow kolejne IVF i chyba już przynajmiej 4 trasnfer i podejscie spokojne - że i tak decydujemy się na adopcje, bo kolejna walka może pokonać nasze małżenstwo. Ppamiętam oddanie kolejnej krwi na hcg bez nadziei i moj powrot do domu, kiedy zakupilam butelkę martini i paczkę malboro, bo wydawalo mi się że tym spoosbem pokonam kolejną porażkę.
I........... po paru godzinach ten sygnał od lekarza, że beta 20, że za mała, że zobaczymy czy dziecko będzie walczyć....
Każdy z was kto czekał choć przez chwilę na wynik czegokolwiek ważnego dla niego wie co to znaczy - każda doba jak wyrok - kiedy dwie doby później zaczęłam krwawić, dzwoniąc do przyjaciółki która była mi bliższa niż jakikolwiek członek rodziny - czułam że moje szczęście się skończyło.
Szłam na kolejny wynik bety jak skazaniec na wyrok, a ona wbrew wszystkiemu podskoczyła. Marnie bo marnie a jednak. Cały pierwszy trymestr był taki sam: plamienia, krwawienia, nikt z lekarzy nie mówił, że będzie dobrze - tylko czekanie.
I tak minął I trymestr z duszą na ramieniu, krwawieniami co trzy dni, leżeniem i modleniem się do Boga, do którego się nigdy nie modliłam. Jakimś cudem dotrwałam do II trym. i wtedy postanowilam że pora się w koncu cieszyć - wszystko było dobrze. Lekarz pozwolił wrocic do pracy, ncieszyłam się tym błogim szczęściem 2 tygodnie. Czułam w pracy, że brzuch mi twardnieje. Ale nie przejęłam się tym, ucieszona że nie ma plamień.
Minął drugi tydzień i postanowiłam profilaktycznie zadzownić do swojego dr R. Kazał natychmias przyjechać - okazało się że toprzedwczesne skurcze, szyjka na 1 cm i rozwarcie wew. i zewnętrze. W 24 tygodniu leżałam pod kroplówką z fenoterolu, przy okazji jak to co dla ciężarnej najgorsze - zaliczylam zatrucie szpitalne które wywołało dodatkowe skurcze niepożądane. Więc dodatkowo zaliczylam bolesne zastrzyki z nospy i pare innych dodatkowych wrażeń. W 24 tc wypisano mnie, nie dając większych nadziei na donoszenie ciąży. Szyjka zbyt rozwarta mimo pessara, skurcze zbyt mocne mimo fenoterolu - ten wrok odczytałam zbyt dobrze. Ale się zaparłam, wróciłam do domu i nie wstałałam, tylko na siusiu, nie myłam sie (tylko raz na pare dni), nie jadłam nic na co miałam ochotę - jadłam tyle ile mi mąż zostawil jak szedl do pracy. Nie wstawałam do telefonu - generalnie leżałam jak paralityk. Łóżko mąż postawił na cegłach, masował moje odleżyny i probował mi przetłumaczyć, że dam radę - że teraz przecież jest już tak blisko.
Dotrwałam do 28 tygodnia. Mąż właśnie wtedy malował pokój malenkiej, kiedy u mnie pojawił się krwotok. Karowa, szybkie zastrzyki na płucka i walka. Przy okazji stwierdzono że mam za mało wód płodowych, które znamionują ciężkie choroby genetyczne. I znow łzy i kiepskie rokownia. Miałam trzech niezależnych lekarzy, którzy próbowali mnie nastawawić, że się jednak nie uda. A jednak się udało .
Jula ma 10 miesiecy - jest zdrowym dzieckiem i już chodzi. Ale ja wciąż nie zapominam tych wszystkich chwil kiedy walczyłam, a nikt nam szansy nie dawał.
Więc nie wierzcie do końca w to że się nie uda...wierzcie własnemu sercu, że pewnie rzeczy są niezbadane i wierzcie w to do końca - nawet jeśli wszyscy wam nadzieję odbiorą