Małgosia siedzi na dywanie i bawi się ze swoją świnką morską. W kwietniu minęły trzy lata odkąd jesteśmy razem. Przyglądam się jej. Nie mogę sobie już wyobrazić życia bez niej, a przecież nasze drogi mogły się rozminąć.
Nigdy nie marzyłam o dziecku. Ot, jedni mieli dzieci , inni nie. Ja nie miałam i to wszystko.
Pasjonowałam się swoją pracą. Nieźle zarabiałam, miałam własne mieszkanie .Jeździłam na wycieczki.
Specjalnych powodów do narzekań nie było.
Aż zaczęłam chorować i przez kolejne cztery lata wszystko szło źle, chociaż zaciekle walczyłam o siebie.
Po operacji jajników czułam się fatalnie. Wytrzymywałam gdzieś do połowy dnia, zamieniając się w maszynę do roboty, a potem albo ciskałam się, albo płakałam, albo też brałam tabletki na sen i próbowałam przespać życie.
Czułam, że nie jestem już potrzebna mężczyźnie, którego kochałam. Nie chciał, a może nie potrafił wspierać mnie w chorobie. Wykrzyczałam więc:
- Nie chcę ciebie znać.
I zostałam sama.
U kresu wytrzymałości zawlokłam się po pomoc do lekarza-endokrynologa. W gabinecie rozpłakałam się. Lekarka po zaaplikowaniu leków zapytała:
- A nie myślała pani o adopcji?
Nic nie odpowiedziałam.
Szłam ulicą i byłam na siebie zła. Mało powiedziane , byłam wściekła, wściekła na siebie, przecież sama powinnam o tym pomyśleć, zamiast zapadać się w czarną dziurę.
Zadzwoniłam następnego dnia do ośrodka adopcyjnego z pytaniem, czy mogę sama adoptować dziecko i jakie formalności trzeba załatwić. Do ośrodka adopcyjnego poszłam po raz pierwszy po zgromadzeniu wszystkich wymaganych dokumentów.
Psychicznie przygotowałam się na wielomiesięczne czekanie. Nikt nie wiedział o moich zamiarach. Z nikim nie dzieliłam się swoimi myślami.
Zabrałam się za remont mieszkania, do którego wcześniej nie mogłam się zmusić. Musiałam przygotować w nim miejsce dla dziecka.
I cały czas zastanawiałam się czy moja decyzja jest słuszna, czy nie skrzywdzę dziecka adoptując je sama.
Czas oczekiwania był wyjątkowo krótki, trochę ponad miesiąc. Bezpośrednio po testach psychologicznych pani psycholog oznajmiła mi, że jest dziewczynka.
Czy chce Pani ją poznać?
Chciałam, chciałam.
- Ale lekarz podejrzewa u niej małorosłość.
Co mi tam małorosłość – myślałam - ze mną urośnie.
Kilka dni później z pracownicą ośrodka pojechałam do domu małego dziecka. Do pokoju, w którym siedziałam, wprowadzono maleńką dziewczynkę. Była filigranowa i tylko w drobniutkiej twarzy żarzyły się wielkie ciemne , prawie czarne oczy.
Gdy zastałyśmy już same zadała mi pytanie : kto ty jesteś?
Jak odpowiedzieć kto? Mama? A jak mnie nie zaakceptuje? Powiedziałam tylko swoje imię, ale to wyraźnie nie starczało. Uchyliłam się od odpowiedzi, kierując zainteresowanie dziecka na zabawki.
Gdy przyszłam do domu dziecka po raz drugi, wychowawczyni powiedziała do Małgosi:
Zobacz, kto przyszedł.
Usłyszałam w odpowiedzi:
- Mama.
Byłam zaskoczona. Wkrótce przekonałam się, że tam ,w domu dziecka, każde dziecko chciało do kogoś przynależeć.
Złożyłam w sądzie wniosek o adopcję. Jeszcze przed rozprawą – w Wielki Piątek- zabrałam moje dziecko do domu. Do domu, który dotychczas był moim domem, a teraz miał być naszym domem.
Wszystkie dzieci w domu dziecka w tym dniu dostały podarunki od zajączka. Dziewczynki różowe plastikowe pudełeczka w kształcie torebek z jakimiś ozdobami w środku. To była jedyna rzecz , którą moje dziecko zabrało z domu, w którym przebywało ponad dwa lata ze swego trzyipółletniego życia.
Zabrało ze sobą jeszcze wspomnienie o pani Zosi, opiekunce z domu dziecka , jedynej osobie, o której mówiła i „moja” i „kochana ”.
Początki wspólnego życia nie były łatwe. Małgosia dopiero poznawała świat, dobrze znany innym dzieciom.
Na widok psa z wrzaskiem wspinała się na mnie.
Gdy włączyłam pralkę, rozsiadała się w łazience i patrzyła w przeźroczyste drzwiczki jak w telewizor.
Ale najbardziej trudnym do zaakceptowania było to, że traktowała mnie jak kolejną opiekunkę. Wielokrotni próbowała pomijać mnie. Szczególnie upodobała sobie moja siostrę.
Wiedziałam od psychologa, iż w pierwszym okresie muszę wytworzyć więzi pomiędzy nami, bo jeżeli tego nie zrobię, to dziecko nigdy nie będzie potrafiło się z nikim związać emocjonalnie.
Małgosia musiała nauczyć się szukać oparcia we mnie. A tymczasem ,nauczona w grupie dzieci walczyć o swoją pozycje, walczyła także ze mną, doprowadzając mnie czasem do stanu wrzenia. Powtarzałam sobie: jeżeli dla mnie jest to takie trudne, to co dopiero dla niej. Ale to niczego nie ułatwiało.
Szczególnie poruszyło mnie jedno zdarzenie, które miało miejsce kilka dni po zabraniu Małgosi z domu dziecka Wracałyśmy razem ze spaceru przechodząc przez mały lasek. Małgosia zagadywała idące obok starsze małżeństwo. Rozmowa dotyczyła bajek. Idący obok mężczyzna powiedział, że w lesie mieszkają wilki. W tym momencie Małgosia przestraszyła się, wyrwała rękę z mojej i pognała przed siebie. Z płaczem rzuciła się na ziemię pod krzaczek, zwijając się w kłębuszek .
Zdałam sobie wówczas sprawę jak strasznie samotne było to dziecko. Inne dzieci w takich sytuacjach tuliły się do bliskich. Ona nawet tego musiała się nauczyć.
Mijał nasz pierwszy wspólny rok.
Aktywność Małgosi czasem była trudna do zniesienia. Dziecko wyraźnie jednak wyciszało się i już wydawało mi się , że czuje się pewnie i bezpiecznie. Ale tylko wydawało mi się.
Właśnie odebrałam ją z przedszkola. Małgosia była wyraźnie zaczepna, jakby dążyła do konfrontacji. Prowadziłam samochód , ona siedziała z tyłu w foteliku i w końcu zaczęła kopać przednie fotele. Raz i drugi prosiłam bezskutecznie, aby się uspokoiła. W końcu zagroziłam, że ją ukarzę Dziecko na chwilę zamilkło i znieruchomiało. W końcu łamiącym się głosem, takim z pogranicza histerii, wyrzuciło z siebie:
- Jak mnie kupiłaś, to nie możesz mnie oddać!
Jak to się stało, że tak pomyślała ? Przecież nigdy , nawet myślą, nie sięgnęłam po taki argument ....
Zatrzymałam samochód , przesiadłam się do tyłu, wypięłam dziecko z fotelika, przytuliłam:
- Córciu, jesteśmy rodziną, a w rodzinie ani nikogo się nie kupuje, ani nikogo nie oddaje. Pamiętaj o tym zawsze.
To zdarzenie uświadomiło mi, że jej przeszłość nigdy nie będzie poza nią. Ona po prostu jest w niej i zawsze będzie. A ja mogę tylko pomagać Małgosi uporać się z tym bagażem, budując jej poczucie własnej wartości i bezpieczeństwa.
***
Idziemy ulicą. Małgosia podskakuje, uczepiona mojej ręki.
- Mamusiu, nachyl się. Muszę powiedzieć ci coś w tajemnicy.
Nachylam się i słyszę:
- Mamusiu, bardzo ciebie kocham.
Uśmiecham się i myślę :
- I cóż to za tajemnica, przecież to widać...
Aż zaczęłam chorować i przez kolejne cztery lata wszystko szło źle, chociaż zaciekle walczyłam o siebie.
Po operacji jajników czułam się fatalnie. Wytrzymywałam gdzieś do połowy dnia, zamieniając się w maszynę do roboty, a potem albo ciskałam się, albo płakałam, albo też brałam tabletki na sen i próbowałam przespać życie.
Czułam, że nie jestem już potrzebna mężczyźnie, którego kochałam. Nie chciał, a może nie potrafił wspierać mnie w chorobie. Wykrzyczałam więc:
- Nie chcę ciebie znać.
I zostałam sama.
U kresu wytrzymałości zawlokłam się po pomoc do lekarza-endokrynologa. W gabinecie rozpłakałam się. Lekarka po zaaplikowaniu leków zapytała:
- A nie myślała pani o adopcji?
Nic nie odpowiedziałam.
Szłam ulicą i byłam na siebie zła. Mało powiedziane , byłam wściekła, wściekła na siebie, przecież sama powinnam o tym pomyśleć, zamiast zapadać się w czarną dziurę.
Zadzwoniłam następnego dnia do ośrodka adopcyjnego z pytaniem, czy mogę sama adoptować dziecko i jakie formalności trzeba załatwić. Do ośrodka adopcyjnego poszłam po raz pierwszy po zgromadzeniu wszystkich wymaganych dokumentów.
Psychicznie przygotowałam się na wielomiesięczne czekanie. Nikt nie wiedział o moich zamiarach. Z nikim nie dzieliłam się swoimi myślami.
Zabrałam się za remont mieszkania, do którego wcześniej nie mogłam się zmusić. Musiałam przygotować w nim miejsce dla dziecka.
I cały czas zastanawiałam się czy moja decyzja jest słuszna, czy nie skrzywdzę dziecka adoptując je sama.
Czas oczekiwania był wyjątkowo krótki, trochę ponad miesiąc. Bezpośrednio po testach psychologicznych pani psycholog oznajmiła mi, że jest dziewczynka.
Czy chce Pani ją poznać?
Chciałam, chciałam.
- Ale lekarz podejrzewa u niej małorosłość.
Co mi tam małorosłość – myślałam - ze mną urośnie.
Kilka dni później z pracownicą ośrodka pojechałam do domu małego dziecka. Do pokoju, w którym siedziałam, wprowadzono maleńką dziewczynkę. Była filigranowa i tylko w drobniutkiej twarzy żarzyły się wielkie ciemne , prawie czarne oczy.
Gdy zastałyśmy już same zadała mi pytanie : kto ty jesteś?
Jak odpowiedzieć kto? Mama? A jak mnie nie zaakceptuje? Powiedziałam tylko swoje imię, ale to wyraźnie nie starczało. Uchyliłam się od odpowiedzi, kierując zainteresowanie dziecka na zabawki.
Gdy przyszłam do domu dziecka po raz drugi, wychowawczyni powiedziała do Małgosi:
Zobacz, kto przyszedł.
Usłyszałam w odpowiedzi:
- Mama.
Byłam zaskoczona. Wkrótce przekonałam się, że tam ,w domu dziecka, każde dziecko chciało do kogoś przynależeć.
Złożyłam w sądzie wniosek o adopcję. Jeszcze przed rozprawą – w Wielki Piątek- zabrałam moje dziecko do domu. Do domu, który dotychczas był moim domem, a teraz miał być naszym domem.
Wszystkie dzieci w domu dziecka w tym dniu dostały podarunki od zajączka. Dziewczynki różowe plastikowe pudełeczka w kształcie torebek z jakimiś ozdobami w środku. To była jedyna rzecz , którą moje dziecko zabrało z domu, w którym przebywało ponad dwa lata ze swego trzyipółletniego życia.
Zabrało ze sobą jeszcze wspomnienie o pani Zosi, opiekunce z domu dziecka , jedynej osobie, o której mówiła i „moja” i „kochana ”.
Początki wspólnego życia nie były łatwe. Małgosia dopiero poznawała świat, dobrze znany innym dzieciom.
Na widok psa z wrzaskiem wspinała się na mnie.
Gdy włączyłam pralkę, rozsiadała się w łazience i patrzyła w przeźroczyste drzwiczki jak w telewizor.
Ale najbardziej trudnym do zaakceptowania było to, że traktowała mnie jak kolejną opiekunkę. Wielokrotni próbowała pomijać mnie. Szczególnie upodobała sobie moja siostrę.
Wiedziałam od psychologa, iż w pierwszym okresie muszę wytworzyć więzi pomiędzy nami, bo jeżeli tego nie zrobię, to dziecko nigdy nie będzie potrafiło się z nikim związać emocjonalnie.
Małgosia musiała nauczyć się szukać oparcia we mnie. A tymczasem ,nauczona w grupie dzieci walczyć o swoją pozycje, walczyła także ze mną, doprowadzając mnie czasem do stanu wrzenia. Powtarzałam sobie: jeżeli dla mnie jest to takie trudne, to co dopiero dla niej. Ale to niczego nie ułatwiało.
Szczególnie poruszyło mnie jedno zdarzenie, które miało miejsce kilka dni po zabraniu Małgosi z domu dziecka Wracałyśmy razem ze spaceru przechodząc przez mały lasek. Małgosia zagadywała idące obok starsze małżeństwo. Rozmowa dotyczyła bajek. Idący obok mężczyzna powiedział, że w lesie mieszkają wilki. W tym momencie Małgosia przestraszyła się, wyrwała rękę z mojej i pognała przed siebie. Z płaczem rzuciła się na ziemię pod krzaczek, zwijając się w kłębuszek .
Zdałam sobie wówczas sprawę jak strasznie samotne było to dziecko. Inne dzieci w takich sytuacjach tuliły się do bliskich. Ona nawet tego musiała się nauczyć.
Mijał nasz pierwszy wspólny rok.
Aktywność Małgosi czasem była trudna do zniesienia. Dziecko wyraźnie jednak wyciszało się i już wydawało mi się , że czuje się pewnie i bezpiecznie. Ale tylko wydawało mi się.
Właśnie odebrałam ją z przedszkola. Małgosia była wyraźnie zaczepna, jakby dążyła do konfrontacji. Prowadziłam samochód , ona siedziała z tyłu w foteliku i w końcu zaczęła kopać przednie fotele. Raz i drugi prosiłam bezskutecznie, aby się uspokoiła. W końcu zagroziłam, że ją ukarzę Dziecko na chwilę zamilkło i znieruchomiało. W końcu łamiącym się głosem, takim z pogranicza histerii, wyrzuciło z siebie:
- Jak mnie kupiłaś, to nie możesz mnie oddać!
Jak to się stało, że tak pomyślała ? Przecież nigdy , nawet myślą, nie sięgnęłam po taki argument ....
Zatrzymałam samochód , przesiadłam się do tyłu, wypięłam dziecko z fotelika, przytuliłam:
- Córciu, jesteśmy rodziną, a w rodzinie ani nikogo się nie kupuje, ani nikogo nie oddaje. Pamiętaj o tym zawsze.
To zdarzenie uświadomiło mi, że jej przeszłość nigdy nie będzie poza nią. Ona po prostu jest w niej i zawsze będzie. A ja mogę tylko pomagać Małgosi uporać się z tym bagażem, budując jej poczucie własnej wartości i bezpieczeństwa.
Idziemy ulicą. Małgosia podskakuje, uczepiona mojej ręki.
- Mamusiu, nachyl się. Muszę powiedzieć ci coś w tajemnicy.
Nachylam się i słyszę:
- Mamusiu, bardzo ciebie kocham.
Uśmiecham się i myślę :
- I cóż to za tajemnica, przecież to widać...