Ostatni weekend sierpnia 2001
Tomka znam od dawna. Jest znajomym mojej siostry. W czerwcu 2001 stanęliśmy obok siebie jako rodzice chrzestni Paulinki - córki mojej siostry.
A teraz chcemy wspólnie wyjechać na weekend do Ogrodzieńca na pokaz sztucznych ogni. Dlaczego nie. Tomek od kilku miesięcy jest sam. Ja jestem sama, świeżo po rozstaniu z mężczyzną z którym byłam 10 lat. Więc jedziemy. W sobotę rano leje deszcz. jedziemy do Krakowa - tam czas płynie szybko - zanim się spostrzegliśmy już wieczór. Jedziemy do Ogrodzieńca, 3 km idziemy pieszo - dochodzimy na wielki plac gdzie ma być pokaz sztucznych ogni. Czekamy. Coraz mocniej pada deszcz - przytulamy się - pokaz jest wspaniały trwa gdzieś 30 minut. Jak się kończy leje. Tomek trzyma nad nami parasol, spoglądam na niego i nasze usta się spotykają. Całuje tak cudownie, ciepło. Mimo deszczu, tłumu ludzi nie potrafię przestać go całować - i tak już zostało. Jesteśmy razem.
Wrzesień 2001
Codziennie się widzimy mimo dzielącej nas odległości. Trasę Lodź - Warszawa znamy na pamięć. Cieszymy się sobą. Powstają wspólne plany. Tomek od dawna planował wyjazd do Australii. Ma na przełomie listopada i grudnia jechać tam z siostrą. Namawia mnie żebym dołączyła do tej wyprawy, trochę się opieram ale bardzo chcę z nimi jechać. Poznaję rodziców Tomka. Są wspaniali, dom z którego wyszedł jest pełen ciepła, miłości. Któregoś dnia siedzimy przy kominku u jego rodziców i Tomek mówi że chciałby ze mną spędzić całe życie. Ja z nim też. Nie boję się z nim budować przyszłości.
Październik 2001
Powinnam dostać okres już kilka dni temu i nic. Jadąc do pracy kupuję test. Nie wytrzymuję nawet pięciu minut, sprawdzam i co ... jestem w ciąży!!! To jest radość i emocje nie do opisania. A tak się bałam ze będą problemy, bo mam mięśniaka i silne tyłozgięcie macicy. Wszyscy lekarze uprzedzali mnie, ze z zajściem w ciąże nie będzie łatwo. A tu proszę strzał w dziesiątkę przy pierwszej próbie. Jadę powiedzieć od razu o tym mojej siostrze, cieszymy się razem. Mojego lekarza nie ma- to jest piątek - a on będzie dopiero w poniedziałek. Idę więc do przypadkowej Pani doktor. Muszę wiedzieć co teraz. Rozmawiam z nią o mięśniaku, o Australii, ona radzi żeby spokojnie sobie żyć i dopiero za miesiąc iść na USG bo wcześniej nic nie będzie widać. Australia - taka okazja się nie powtórzy, niech Pani jedzie. Wieczorem jadę do Warszawy do Tomka i wspólnie jedziemy nad morze. Planuję mu powiedzieć o dziecku w romantycznym momencie na plaży. Ale nie wytrzymuję. Podczas drogi, kiedy rozmawiamy jakie auto należało by wypożyczyć w Australii, mówię mu, ze jedziemy tam w zwiększonym składzie. Widzę na twarzy Tomka zaskoczenie , radość i dumę, która go rozpiera. Tomek od razu zatrzymuje się, żebyśmy coś mogli zjeść, bo przecież na pewno jestem bardzo głodna, a on musi teraz o mnie dbać. Widać, ze jest szczęśliwy, bardzo chce być ojcem. W Gdyni Tomek oświadcza mi się i proponuje ślub w Australii. To szalone, ale zgadzam się. Mamy piękne plany na przyszłość. Z Gdańska wracamy tacy szczęśliwi.
W poniedziałek idą do mojego lekarza. Po badaniu lekarz twierdzi, ze dla bezpieczeństwa powinnam zostać w szpitalu, bo trzeba obserwować mięśniaka. Ja w Łodzi w szpitalu, Tomek w Warszawie, ale cóż, trzeba to trzeba. Te kilka dni w szpitalu przemija spokojnie. Badania potwierdzają pozytywne wiadomości. Tylko USG nic nie wykazuje. Po kilku dniach wyraźnie już widać pole płodowe i lekarz wypuszcza mnie do domu. Co do naszych planów i podróży to nikt zasadniczo się nie sprzeciwia. Proszę tylko na siebie uważać. Nikt nie mówi ze to jest ciąża ryzyka. Ja się tez nad tym zbytnio nie zastanawiam. Tak łatwo zaszłam w ciążę, że niczego się nie obawiam. Planujemy więc ślub w Australii i nie zmieniamy planów. Dzień przed wyjazdem zgłaszam się jeszcze na USG, lekarz mówi, ze co prawda nie widać jeszcze wyraźnie bicia serduszka, ale dla świętego spokoju wpisuje , ze wszystko jest poprawnie. Mój lekarz stwierdza ze dobrze przybieram na wadze, wypisuje recepty i pozwala na wyjazd .
Listopad / Grudzień 2001 – Australia
Po 20 godzinach lotu docieramy na miejsce. Jesteśmy na północy Australii. Przed nami trzy tygodnie zwiedzania a ostatniego dnia pobytu ślub w Sydney. Pierwszy tydzień jest wspaniały. Dobra pogoda, mimo ze gorąco i parno. Jedziemy w głąb kontynentu. Jest coraz cieplej, dziennie przemierzamy około 1000 km. Tyle ze w Australii to proste bo drogi są zupełnie puste. Ja czuję się wyśmienicie. Drugi tydzień jest trochę gorszy, zaczynam mieć obawy, myślę o zrobieniu USG, cały czas chce mi się płakać nie wiadomo dlaczego. 2 XII zaczynam plamić. Podnoszą alarm - mimo ze jest niedziela i jesteśmy na totalnym odludziu - Tomek znajduje punkt medyczny i zawozi mnie tam. Chyba to cud, że lekarz, który nas przyjmuje okazuje się być Polakiem. Co prawda nie ma USG, ale robi mi morfologię i test ciążowy. Mimo, ze jest internistą bada mnie i radzi leżeć, a następnego dnia jechać do najbliższego szpitala ( 700 km).
Pytam czy może stwierdzić, ze płód jest żywy, ale on nie daje takich gwarancji. Plamię coraz mocniej, nie chcę czekać, jedziemy od razu do szpitala. Po południu docieramy, ale na USG wchodzimy dopiero wieczorem. Okazuje się ze płód niestety jest martwy i prawdopodobnie nigdy nie był żywy, bo nie widać żadnego rozwoju. Mimo ze oficjalnie był 10 tydzień, płód był rozwinięty jak w 4 - 5, tygodniu, ale nie można tego ustalić na 100%. Lekarz pozwala nam obojgu zostać w szpitalu, rano mam mieć zabieg. Wszyscy się martwią moim mięśniakiem.. Ginekolog jest Chińczykiem, bada mnie tylko kładąc ręce na brzuchu i mimo, ze jestem pełna obaw, zgadzam się na zabieg czyszczenia, zwłaszcza, ze krwawienie jest już bardzo silne. Po zabiegu jeszcze dzień pobytu w szpitalu, później dwa dni leżenia w domu i można jechać dalej. Krwawienie nie ustało ale decydujemy się jechać ponieważ za kilka dni mamy ślub, a jesteśmy sporo opóźnieni. Ale coś jest nie tak. Coraz mocniej krwawię i ból jest nie do opanowania, nawet na środkach które dano mi w szpitalu. Trafiamy do kolejnego maleńkiego szpitala. Mimo, ze jest wieczór, przyjeżdża lekarz, robi USG i zapada decyzja o kolejnym czyszczeniu. Nawet nie zdążyłam się rozpłakać, tak szybko zorganizowano zabieg. Rano kiedy się budzą jest ze mną Kasia i Tomek. Personel medyczny jest pełen współczucia, wszyscy nas pocieszają i mówią ze po ślubie na pewno będziemy mieć dużo dzieci. Po tym zabiegu jest trochę lepiej. Do końca podróży przynajmniej nie krwawię ale ból cały czas się utrzymuje. Do tego jestem słaba i mam poczucie winy. Oboje z Tomkiem jesteśmy zdołowani. Na szczęście jest z nami Kasia, no i plany które nie poczekają. Kilka dni później bierzemy ślub. Tomek jest dla mnie cudowny przez cały czas, obiecujemy sobie, ze zaraz jak będzie można będziemy mieć dzidziusie. W dniu wyjazdu niestety dostaję krwawienie i znowu zaczynam wyć z bólu. Niestety samolot nie poczeka. 20 godzin powrotu było koszmarem, którego wolę nie pamiętać.
Kolejny koszmar zaczął się w Polsce.
Tomka znam od dawna. Jest znajomym mojej siostry. W czerwcu 2001 stanęliśmy obok siebie jako rodzice chrzestni Paulinki - córki mojej siostry.
A teraz chcemy wspólnie wyjechać na weekend do Ogrodzieńca na pokaz sztucznych ogni. Dlaczego nie. Tomek od kilku miesięcy jest sam. Ja jestem sama, świeżo po rozstaniu z mężczyzną z którym byłam 10 lat. Więc jedziemy. W sobotę rano leje deszcz. jedziemy do Krakowa - tam czas płynie szybko - zanim się spostrzegliśmy już wieczór. Jedziemy do Ogrodzieńca, 3 km idziemy pieszo - dochodzimy na wielki plac gdzie ma być pokaz sztucznych ogni. Czekamy. Coraz mocniej pada deszcz - przytulamy się - pokaz jest wspaniały trwa gdzieś 30 minut. Jak się kończy leje. Tomek trzyma nad nami parasol, spoglądam na niego i nasze usta się spotykają. Całuje tak cudownie, ciepło. Mimo deszczu, tłumu ludzi nie potrafię przestać go całować - i tak już zostało. Jesteśmy razem.
Wrzesień 2001
Codziennie się widzimy mimo dzielącej nas odległości. Trasę Lodź - Warszawa znamy na pamięć. Cieszymy się sobą. Powstają wspólne plany. Tomek od dawna planował wyjazd do Australii. Ma na przełomie listopada i grudnia jechać tam z siostrą. Namawia mnie żebym dołączyła do tej wyprawy, trochę się opieram ale bardzo chcę z nimi jechać. Poznaję rodziców Tomka. Są wspaniali, dom z którego wyszedł jest pełen ciepła, miłości. Któregoś dnia siedzimy przy kominku u jego rodziców i Tomek mówi że chciałby ze mną spędzić całe życie. Ja z nim też. Nie boję się z nim budować przyszłości.
Październik 2001
Powinnam dostać okres już kilka dni temu i nic. Jadąc do pracy kupuję test. Nie wytrzymuję nawet pięciu minut, sprawdzam i co ... jestem w ciąży!!! To jest radość i emocje nie do opisania. A tak się bałam ze będą problemy, bo mam mięśniaka i silne tyłozgięcie macicy. Wszyscy lekarze uprzedzali mnie, ze z zajściem w ciąże nie będzie łatwo. A tu proszę strzał w dziesiątkę przy pierwszej próbie. Jadę powiedzieć od razu o tym mojej siostrze, cieszymy się razem. Mojego lekarza nie ma- to jest piątek - a on będzie dopiero w poniedziałek. Idę więc do przypadkowej Pani doktor. Muszę wiedzieć co teraz. Rozmawiam z nią o mięśniaku, o Australii, ona radzi żeby spokojnie sobie żyć i dopiero za miesiąc iść na USG bo wcześniej nic nie będzie widać. Australia - taka okazja się nie powtórzy, niech Pani jedzie. Wieczorem jadę do Warszawy do Tomka i wspólnie jedziemy nad morze. Planuję mu powiedzieć o dziecku w romantycznym momencie na plaży. Ale nie wytrzymuję. Podczas drogi, kiedy rozmawiamy jakie auto należało by wypożyczyć w Australii, mówię mu, ze jedziemy tam w zwiększonym składzie. Widzę na twarzy Tomka zaskoczenie , radość i dumę, która go rozpiera. Tomek od razu zatrzymuje się, żebyśmy coś mogli zjeść, bo przecież na pewno jestem bardzo głodna, a on musi teraz o mnie dbać. Widać, ze jest szczęśliwy, bardzo chce być ojcem. W Gdyni Tomek oświadcza mi się i proponuje ślub w Australii. To szalone, ale zgadzam się. Mamy piękne plany na przyszłość. Z Gdańska wracamy tacy szczęśliwi.
W poniedziałek idą do mojego lekarza. Po badaniu lekarz twierdzi, ze dla bezpieczeństwa powinnam zostać w szpitalu, bo trzeba obserwować mięśniaka. Ja w Łodzi w szpitalu, Tomek w Warszawie, ale cóż, trzeba to trzeba. Te kilka dni w szpitalu przemija spokojnie. Badania potwierdzają pozytywne wiadomości. Tylko USG nic nie wykazuje. Po kilku dniach wyraźnie już widać pole płodowe i lekarz wypuszcza mnie do domu. Co do naszych planów i podróży to nikt zasadniczo się nie sprzeciwia. Proszę tylko na siebie uważać. Nikt nie mówi ze to jest ciąża ryzyka. Ja się tez nad tym zbytnio nie zastanawiam. Tak łatwo zaszłam w ciążę, że niczego się nie obawiam. Planujemy więc ślub w Australii i nie zmieniamy planów. Dzień przed wyjazdem zgłaszam się jeszcze na USG, lekarz mówi, ze co prawda nie widać jeszcze wyraźnie bicia serduszka, ale dla świętego spokoju wpisuje , ze wszystko jest poprawnie. Mój lekarz stwierdza ze dobrze przybieram na wadze, wypisuje recepty i pozwala na wyjazd .
Listopad / Grudzień 2001 – Australia
Po 20 godzinach lotu docieramy na miejsce. Jesteśmy na północy Australii. Przed nami trzy tygodnie zwiedzania a ostatniego dnia pobytu ślub w Sydney. Pierwszy tydzień jest wspaniały. Dobra pogoda, mimo ze gorąco i parno. Jedziemy w głąb kontynentu. Jest coraz cieplej, dziennie przemierzamy około 1000 km. Tyle ze w Australii to proste bo drogi są zupełnie puste. Ja czuję się wyśmienicie. Drugi tydzień jest trochę gorszy, zaczynam mieć obawy, myślę o zrobieniu USG, cały czas chce mi się płakać nie wiadomo dlaczego. 2 XII zaczynam plamić. Podnoszą alarm - mimo ze jest niedziela i jesteśmy na totalnym odludziu - Tomek znajduje punkt medyczny i zawozi mnie tam. Chyba to cud, że lekarz, który nas przyjmuje okazuje się być Polakiem. Co prawda nie ma USG, ale robi mi morfologię i test ciążowy. Mimo, ze jest internistą bada mnie i radzi leżeć, a następnego dnia jechać do najbliższego szpitala ( 700 km).
Pytam czy może stwierdzić, ze płód jest żywy, ale on nie daje takich gwarancji. Plamię coraz mocniej, nie chcę czekać, jedziemy od razu do szpitala. Po południu docieramy, ale na USG wchodzimy dopiero wieczorem. Okazuje się ze płód niestety jest martwy i prawdopodobnie nigdy nie był żywy, bo nie widać żadnego rozwoju. Mimo ze oficjalnie był 10 tydzień, płód był rozwinięty jak w 4 - 5, tygodniu, ale nie można tego ustalić na 100%. Lekarz pozwala nam obojgu zostać w szpitalu, rano mam mieć zabieg. Wszyscy się martwią moim mięśniakiem.. Ginekolog jest Chińczykiem, bada mnie tylko kładąc ręce na brzuchu i mimo, ze jestem pełna obaw, zgadzam się na zabieg czyszczenia, zwłaszcza, ze krwawienie jest już bardzo silne. Po zabiegu jeszcze dzień pobytu w szpitalu, później dwa dni leżenia w domu i można jechać dalej. Krwawienie nie ustało ale decydujemy się jechać ponieważ za kilka dni mamy ślub, a jesteśmy sporo opóźnieni. Ale coś jest nie tak. Coraz mocniej krwawię i ból jest nie do opanowania, nawet na środkach które dano mi w szpitalu. Trafiamy do kolejnego maleńkiego szpitala. Mimo, ze jest wieczór, przyjeżdża lekarz, robi USG i zapada decyzja o kolejnym czyszczeniu. Nawet nie zdążyłam się rozpłakać, tak szybko zorganizowano zabieg. Rano kiedy się budzą jest ze mną Kasia i Tomek. Personel medyczny jest pełen współczucia, wszyscy nas pocieszają i mówią ze po ślubie na pewno będziemy mieć dużo dzieci. Po tym zabiegu jest trochę lepiej. Do końca podróży przynajmniej nie krwawię ale ból cały czas się utrzymuje. Do tego jestem słaba i mam poczucie winy. Oboje z Tomkiem jesteśmy zdołowani. Na szczęście jest z nami Kasia, no i plany które nie poczekają. Kilka dni później bierzemy ślub. Tomek jest dla mnie cudowny przez cały czas, obiecujemy sobie, ze zaraz jak będzie można będziemy mieć dzidziusie. W dniu wyjazdu niestety dostaję krwawienie i znowu zaczynam wyć z bólu. Niestety samolot nie poczeka. 20 godzin powrotu było koszmarem, którego wolę nie pamiętać.
Kolejny koszmar zaczął się w Polsce.