Poznaliśmy się 10 lat temu. Czy była to miłość od pierwszego wejrzenia? Nie potrafię odpowiedzieć, ale jedno wiem, że coś od razu zaiskrzyło między nami. Nasza miłość dojrzewała wraz z upływem czasu. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że nie mogę już bez Darka żyć. Pobraliśmy się po czterech latach znajomości.
Najpierw był czas dla nas samych – wreszcie tak naprawdę razem! Cieszyliśmy się każdym dniem spędzonym we dwoje. Tak minął rok. Potem zaczęło nam brakować „czegoś” tak naprawdę naszego – naszego Maluszka. Mijały miesiące, a Maluszka nadal nie było widać.
Pierwsze kroki, jakie poczyniłam, aby upewnić się czy wszystko jest zakresie porządku to wizyta w naszej publicznej przychodni. Doktora (1) znałam nie od dziś, więc miałam do niego zaufanie. Jedyną rzeczą, którą zrobił należycie (dowiedziałam się o tym o wiele później) było stwierdzenie, że w przypadku kobiet jest wiele badań, którym musi się poddać, a w przypadku mężczyzn tylko jedno – badanie nasienia. Miałam z tysiąc wątpliwości jak i kiedy powiedzieć o tym mojemu Ślubnemu. W końcu stwierdziłam, że jest chyba przecież trzeźwo myślącym facetem i to zrozumie. Nie myliłam się! Poddał się badaniu bez oporu. Tylko na wynik czekał trochę nerwowo i osobiście ze mną go odbierał od razu studiując zawarte w opisie dane. Kiedy dowiedziałam się, że jest przysłowiowym „100% mężczyzną” było mi jakoś lżej na sercu. Wtedy wydawało mi się, że będzie lepiej, gdy okaże się, że to ja „mam problem”. Ja jakoś sobie z tym poradzę, a Jego na pewno bardzo by to bolało. Myślałam, że zniosę wszystko – wtedy nie zdawałam sobie sprawy jak długa będzie to droga.
Na początek wspomniany doktor zapisał mi Clostirbegyt. Nie pofatygował się na skierowanie mnie na jakiekolwiek badania – musiałaby za to przecież zapłacić Kasa Chorych, a ją na to nie stać. Na tym etapie leczenia nie miałam zielonego pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi i dzielnie łykałam tabletki oczekując na pozytywne rezultaty. Po kilku miesiącach oglądania zdziwionych mina pana doktora, gdy znowu się nie udało stwierdziłam, ze chyba najwyższy czas zmienić lekarza.
Zaczęłam prywatne leczenie u pewnej pani doktor (2). Pierwsze, co zrobiła to skierowała mnie na badania hormonalne i poobserwowała na usg moje cykle – owulacja była „jak z podręcznika medycyny” – tak mówiła. Hormony też niczego sobie – wszystkie mieściły się w normach. Po jakiś dwóch miesiącach leczenia skierowała mnie na HSG. Zrobiła mi je na swoim oddziale i mimo, ze leczyłam się prywatnie nie musiałam zapłacić za to ani grosza.
Jajowody okazały się drożne, choć z wąskim nitkowatym przejściem – więc w zasadzie nie mogły być przyczyną naszych niepowodzeń. Następne dwa miesiące to kolejne niepowodzenia. I tu w tym momencie pani doktor powiedziała coś za co będę ją zawsze szanować – NIE WIEM dlaczego nie możesz zajść w ciążę! Potrafiła przyznać się do tego, że czegoś nie wie. Nie poprzestała jednak na tym stwierdzeniu, ale poleciła mi lekarza (3) specjalistę z dużego ośrodka.
Po wizycie u pana doktora dowiedziałam się, że muszę mieć zrobioną laparoskopię, ponieważ na zewnątrz to wszystko wygląda OK. Najpierw szczepienia – trochę to trwało – aż wreszcie jestem na oddziale. Robią mi usg a tu w macicy jakaś plamka – musieli zrobić mi test z krwi, bo podejrzewali, że to może być ciąża. Jakież długie były te dwie godziny oczekiwania na wynik. Nie wiem, czy kiedykolwiek później odczuwałam takie napięcie, jak wtedy. Wreszcie jest doktor – mówi, że to nie jest ciąża… A więc na salę operacyjną i do cięcia.
Laparoskopia wykazała u mnie endometriozę – liczne ogniska, stan dość zaawansowany. Zaaplikowano mi 6-cio miesięczne leczenie Danazolem.
Po pół roku znowu zaczęliśmy próbować – i znowu NIC.
Tym razem moja lekarka skierowała nas do tego samego lekarza, co wcześniej - na inseminację. W końcowym efekcie trafiliśmy do znajomej pana doktora – przesympatycznej pani doktor (4).
Mieliśmy 3 inseminacje. Po pierwszej dowiedzieliśmy się, że nasienie Męża nie jest aż tak doskonale, bo śluz w nim zawarty jest mocno ciągliwy i może utrudniać ruch plemniczków do celu. Przy inseminacji zostało jednak dokładnie „wypłukane”, więc plemniczki mogły sobie poszaleć. Jednak mój organizm zaczął stawiać opór w trakcie stymulacji – nie dość, że komórek było jak na lekarstwo (a dawka leków końska), to jeszcze endometirum też cieniutkie. Do tego doszły moje osobiste hodowle bakterii e-coli, które jakby na złość pojawiły się nagle w moim organiźmie. Łykałam antybiotyki na te bakterie na zmianę z lekami stymulującymi produkcję Maluszków.
Mówią, że do trzech razy sztuka, a za czwartym nauka – tak było w naszym przypadku. Po trzech nieudanych podejściach zaproponowano nam zapłodnienie metodą In vitro. Jakby przypadkiem w tym samym miejscu, gdzie pani doktor przyjmował następny doktor (5) będący szefem pewnej prywatnej kliniki leczenia niepłodności. Jakoś „nie wypadało” nie skorzystać z jego oferty. Może sprawy potoczyłyby się inaczej, gdybyśmy wtedy odmówili i pojechali gdzie indziej. Za przemawiało nie tylko „nie wypada odmówić”, ale fakt, że mam rodzinę w tym mieście i mogliśmy bez problemów u nich przenocować. Całe to leczenie zaczynało kosztować coraz więcej i patrzyliśmy na każdą możliwość zaoszczędzenia trochę pieniędzy.
Pierwsze podejście odbyło się na tzw. długim protokole. Niestety mój organizm jak zwykle stawiał opór przy stymulacji i „wyprodukowałam” zaledwie 2 komórki przy i tak bardzo dużej dawce hormonów. Punkcja odbyła się jednak terminowo – jedno co mi się bardzo podobało w tej klinice to fakt, że Mąż mógł być cały czas ze mną w czasie pobierania komórek i obserwować cały proces na monitorze. Zostałam znieczulona Dolarganem i tak w zasadzie to miałam niezły „odpływ”. Gdy zobaczyliśmy te dwa Maleństwa na ekranie monitora zrobiło mi się tak ciepło na sercu – już widziałam te Maluszki w naszych objęciach.
Dwa dni po punkcji dowiedziałam się, że tylko jedna komórka rozwinęła się prawidłowo i tylko jeden Maluszek wraca z nami do domu. Te dwa tygodnie oczekiwania ciągnęły się niemiłosiernie. 14-ty dzień po transferze mijał akurat 31 grudnia – nie doczekałam się jednak tego dnia. W 13 d.c. dostałam okres. Ból jaki wtedy targał moim ciałem wydawał się nie do zniesienia – i nie był to fizyczny ból. Serce pękało mi na kawałki, rozpadały się moje misterne plany na nasze życie już z Maleństwem. Chciałam umrzeć … Do świadomości przywróciły mnie duże dawki leków uspokajających. Po kilku dniach umiałam patrzeć już na świat nie tylko w czarnych kolorach.
Dużo w tym pozbieraniu się do kupy pomógł mi jak zwykle Darek – jak trzeba było to nakrzyczał na mnie, a jak trzeba było to mocno przytulił i ciągle powtarzał, że przyjdzie taki czas, gdy będziemy mieli dzieci. Nie umiałam myśleć tak jak On. Na początku wydawało mi się, że Jego to chyba tak bardzo nie boli jak mnie. Jednak jakiś czas później dowiedziałam się jak bardzo się myliłam. Zdarzyło się kiedyś na uroczystości rodzinnej, że poruszony został temat dzieci. Tak się jakoś złożyło, że temat skierował się na bardzo osobiste sprawy i zobaczyłam wtedy łzy w oczach mojego Darka… On nigdy nie płakał. Zawsze był bardzo opanowany – pewnie uważał, że łzy są takie niemęskie, a tu nagle. Nie potrafię opisać, co wtedy czułam – ból, szok – po prostu nie umiem. Tej nocy płakaliśmy oboje. Później nie zdarzyło się to już nigdy, ale pozostało we mnie na zawsze to jego spojrzenie.
Następna próba In vitro miała odbyć się na krótkim protokole. W połowie stymulacji została przerwana, bo tym razem to mój organizm „wyprodukował” tylko jedną komórkę i nie miało sensu podejmować próby, bo szanse były zbyt małe.
Trzecia próba odbyła się w następnym miesiącu i zakończyła się uzyskaniem 3 komórek, z których 2 zapłodniły się prawidłowo. Punkcja w tym cyklu była po prostu koszmarem. Czasem zdarza się, że reaguję z opóźnieniem na działanie leków znieczulających i oczywiście musiało mi się to przydarzyć tym razem. Wydawało mi się, że nie zniosę tego bólu. Wpadłam w spazmy szlochu i nie umiałam utrzymać mojego ciała w bezruchu, co utrudniało jeszcze bardziej pobranie komórek. Wreszcie udało się - tym razem Dwa Małe Robaczki powędrowały do mojego niecierpliwie czekającego brzucha. Wierzyłam, że jeśli życie rodzi się w bólach, to mogło się i począć w bólu. Ta myśl dodawała mi siły w czekaniu na test. Tym razem natura zadała mi cios w 12 d.c. …. Nawet nie chcę pamiętać, jak się wtedy czułam, jak bolało. Nienawidziłam – tak nienawidziłam. Wszystko i wszyscy byli przeciw mnie. Potem przyszła apatia.
I wtedy znalazłam WAS w Internecie – najpierw portal Gazety.pl, potem BOCIAN. Znalazłam swój światek, w którym spotkałam ludzi, którzy czuli to samo co ja, z którymi mogłam podzielić się moimi odczuciami. Poznałam ludzi, którzy nie krytykowali mnie za takie a nie inne zachowanie. Poczułam się jak w domu…
Znowu odzyskałam wiarę i nadzieję, że może się jeszcze udać. Tym razem poddałam się urokowi bioenergoterapii. Ja zatwardziała realistka, mocno stąpająca po ziemi. Potwierdziłam tym samym stare porzekadło, że tonący brzytwy się chwyta. Pojechałam na kilka seansów i wierzcie mi ja naprawdę czułam to ciepło z rąk tego człowieka. Niestety nie pomógł mi, ale dał mi nadzieję.
Następny mój pomysł to wizyta u pewnego księdza, który leczy ziołami. Jestem wierząca, tylko może czasami nie na bieżąco praktykująca. Ale przecież co szkodziło spróbować. Wyprawa ta dała nam torbę ziołowych leków i przykazań dotyczących współżycia i co najciekawsze nie wzbudziła mojego buntu przeciw takim praktykom. Jestem raczej niepokornej natury, a już na pewno nie wierzę w efekty stosowania zasady naturalnego poczęcia metodą kalendarzykową, itp. Pokornie jednak poddałam się zaleceniom. Znowu się nie powiodło.
Przełom w moich huśtawkach emocjonalnych nastąpił chyba w dniu, w którym poroniła moja bliska kuzynka. Gdy dowiedziałam się o jej ciąży, nie umiałam się z niej cieszyć. O Boże ja jak jej zazdrościłam!!! Nie umiałam nawet na nią spokojnie patrzeć i na to całe zainteresowanie jej ciążą ze strony rodziny. Dlaczego to nie ja? My już tak długo czekamy! Przepłakałam wiele nocy i to nie tylko z powodu zazdrości. Płakałam nad swoim zachowaniem – nie chciałam tak się zachowywać, ale po prostu nie umiałam inaczej. Pamiętam, jak kiedyś mój Tato powiedział do mnie, gdy jak zwykle zareagowałam płaczem na kolejną ciążę w rodzinie „Nie płacz, po sobie pomyślą, że im zazdrościsz”. Ja naprawdę im zazdrościłam, ale nie w złym sensie. Zabolało mnie to wtedy, choć wiedziałam, że nie chciał wyrządzić mi przykrości.
Gdy dowiedziałam się, że straciła swoje dziecko rozpaczałam, jakbym to ja sama je straciła. Winiłam siebie za to zdarzenie, że gdybym nie zazdrościła to nic by się nie stało. Nie umiałam pogodzić się z jej stratą.
Po tym wydarzeniu inaczej zaczęłam patrzeć na kobiety, które zachodziły w ciążę. Już nie przeszkadzał mi fakt, że to ONE mają swoje Maleństwa, a nie ja. Nie znaczy to wcale, że nie płaczę na wiadomość o ciążach – płaczę! Tyle, ze teraz już nie zazdroszczę.
Wróciła wiara, że i kiedyś dla nas zaświeci słońce.
Gdy skończyliśmy z próbami różnych dziwnych eksperymentów, zdecydowaliśmy się na wizytę w klinice w Warszawie. Efekt – zalecenie zapłodnienia pozaustrojowego metodą ICSI. Koszt takiego zabiegu był w tym momencie poza naszymi możliwościami finansowymi, więc odłożyliśmy to na później. Pojechaliśmy jednak do kolejnego lekarza (6), poleconego przez znajomych. Doktor kazał powtórzyć nam wszystkie badania – Darka też. Tak specjalistycznych badań nasienia to jeszcze nie mieliśmy. Okazało się, że są jakieś bakterie, które należałoby wyleczyć, bo mogą blokować przejście zdrowym plemniczkom, a i u mnie nie najweselej. Niby wszystko OK, a jednak coś nie tak. Prolaktyna jest przy górnej granicy, a to nie jest dobrze. Zaczęłam brać Bromergon najpierw 1x dziennie, potem 2x dziennie, bo okazało się że jak zwykle normalna dawka jest dla mnie za mała. Po jakiś 3 m-cach prolaktyna spadła do przyzwoitego poziomu, ale miałam dziwne wrażenie, że coś jest nie tak z moimi cyklami. Kiedyś miałam wyraźny śluz w trakcie owulacji, a teraz nic. Po usg okazało się, że nie mam wcale owulacji. Dziwne - zawsze była książkowa, a teraz jej brak??? To mogła być wina protaktyny, więc nie było powodów do obaw. Zaczęłam typową stymulację za pomocą Clo w połączeniu z zastrzykami z Menogonu. Tym razem mój „źle reagujący organizm” zaszalał – cale mnóstwo pęcherzyków, tyle że nie chciały pęknąć i musiałam wziąć Duphaston, aby się wchłonęły.
Następny cykl odbył się bez Menogonu. Było dobrze – był wiodący pęcherzyk i pękł w odpowiednim czasie. Wprawdzie nie odbyło się bez komplikacji, bo miałam tak dużo płynu, że miałam wrażenie, że rozsadzi mi brzuch, a w następnym dniu nie mogłam nadążyć z bieganiem do ubikacji, ale to nic – liczył się efekt końcowy. Czekałam dzielnie do terminu miesiączki. Nie przyszła. Chciałam biec już po test, ale powstrzymał mnie Darek. To była sobota, więc obiecałam sobie poczekać do poniedziałku. Czułam u siebie wszystkie objawy – piersi duże i swędzące, wysoka temperatura, dziwne, nietypowe ukłucia w brzuchu, itp. W niedzielę wieczorem pojawiła się pierwsza plamka – nie denerwowałam się, bo czytałam, że może tak być. Ale w poniedziałek nad ranem nie miałam już żadnych wątpliwości. Znowu ta …. przyszła. Znowu rozpacz, ból, koszmar … - jak co miesiąc.
Jutro mam kolejną wizytę u lekarza i z niecierpliwością czekam na to co ON powie.
Przepraszam, że tak dużo piszę, ale po prostu musiałam komuś o tym wszystkim opowiedzieć. Zastanawiam się tylko nad jednym, ile jeszcze starczy mi sił by wytrzymać kolejne rozczarowania, by spokojnie przyjąć kolejne teorie, co do przyczyn mojej niepłodności? Myślałam nie raz już o adopcji, ale nie umiem się na razie zdecydować. Wiem, że Darek nie chce na razie o tym rozmawiać. Mówi, że jeszcze nie przyszedł ten czas. Myślę, że dopóki ktoś nie odbierze nam całkowitej nadziei, będziemy próbować po raz kolejny – do skutku.
Jest jednak coś, za co dziękuję losowi – dziękuję za mojego Męża. Bez niego nie poradziłabym sobie z tym wszystkim. Kocham Cię Darku!!!
Pozdrawiam serdecznie wszystkich BOCIANOWICZÓW i życzę (szczerze!!!) więcej szczęścia niż my mieliśmy przez te prawie 5 lat starań.
agnieszka
Najpierw był czas dla nas samych – wreszcie tak naprawdę razem! Cieszyliśmy się każdym dniem spędzonym we dwoje. Tak minął rok. Potem zaczęło nam brakować „czegoś” tak naprawdę naszego – naszego Maluszka. Mijały miesiące, a Maluszka nadal nie było widać.
Pierwsze kroki, jakie poczyniłam, aby upewnić się czy wszystko jest zakresie porządku to wizyta w naszej publicznej przychodni. Doktora (1) znałam nie od dziś, więc miałam do niego zaufanie. Jedyną rzeczą, którą zrobił należycie (dowiedziałam się o tym o wiele później) było stwierdzenie, że w przypadku kobiet jest wiele badań, którym musi się poddać, a w przypadku mężczyzn tylko jedno – badanie nasienia. Miałam z tysiąc wątpliwości jak i kiedy powiedzieć o tym mojemu Ślubnemu. W końcu stwierdziłam, że jest chyba przecież trzeźwo myślącym facetem i to zrozumie. Nie myliłam się! Poddał się badaniu bez oporu. Tylko na wynik czekał trochę nerwowo i osobiście ze mną go odbierał od razu studiując zawarte w opisie dane. Kiedy dowiedziałam się, że jest przysłowiowym „100% mężczyzną” było mi jakoś lżej na sercu. Wtedy wydawało mi się, że będzie lepiej, gdy okaże się, że to ja „mam problem”. Ja jakoś sobie z tym poradzę, a Jego na pewno bardzo by to bolało. Myślałam, że zniosę wszystko – wtedy nie zdawałam sobie sprawy jak długa będzie to droga.
Na początek wspomniany doktor zapisał mi Clostirbegyt. Nie pofatygował się na skierowanie mnie na jakiekolwiek badania – musiałaby za to przecież zapłacić Kasa Chorych, a ją na to nie stać. Na tym etapie leczenia nie miałam zielonego pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi i dzielnie łykałam tabletki oczekując na pozytywne rezultaty. Po kilku miesiącach oglądania zdziwionych mina pana doktora, gdy znowu się nie udało stwierdziłam, ze chyba najwyższy czas zmienić lekarza.
Zaczęłam prywatne leczenie u pewnej pani doktor (2). Pierwsze, co zrobiła to skierowała mnie na badania hormonalne i poobserwowała na usg moje cykle – owulacja była „jak z podręcznika medycyny” – tak mówiła. Hormony też niczego sobie – wszystkie mieściły się w normach. Po jakiś dwóch miesiącach leczenia skierowała mnie na HSG. Zrobiła mi je na swoim oddziale i mimo, ze leczyłam się prywatnie nie musiałam zapłacić za to ani grosza.
Jajowody okazały się drożne, choć z wąskim nitkowatym przejściem – więc w zasadzie nie mogły być przyczyną naszych niepowodzeń. Następne dwa miesiące to kolejne niepowodzenia. I tu w tym momencie pani doktor powiedziała coś za co będę ją zawsze szanować – NIE WIEM dlaczego nie możesz zajść w ciążę! Potrafiła przyznać się do tego, że czegoś nie wie. Nie poprzestała jednak na tym stwierdzeniu, ale poleciła mi lekarza (3) specjalistę z dużego ośrodka.
Po wizycie u pana doktora dowiedziałam się, że muszę mieć zrobioną laparoskopię, ponieważ na zewnątrz to wszystko wygląda OK. Najpierw szczepienia – trochę to trwało – aż wreszcie jestem na oddziale. Robią mi usg a tu w macicy jakaś plamka – musieli zrobić mi test z krwi, bo podejrzewali, że to może być ciąża. Jakież długie były te dwie godziny oczekiwania na wynik. Nie wiem, czy kiedykolwiek później odczuwałam takie napięcie, jak wtedy. Wreszcie jest doktor – mówi, że to nie jest ciąża… A więc na salę operacyjną i do cięcia.
Laparoskopia wykazała u mnie endometriozę – liczne ogniska, stan dość zaawansowany. Zaaplikowano mi 6-cio miesięczne leczenie Danazolem.
Po pół roku znowu zaczęliśmy próbować – i znowu NIC.
Tym razem moja lekarka skierowała nas do tego samego lekarza, co wcześniej - na inseminację. W końcowym efekcie trafiliśmy do znajomej pana doktora – przesympatycznej pani doktor (4).
Mieliśmy 3 inseminacje. Po pierwszej dowiedzieliśmy się, że nasienie Męża nie jest aż tak doskonale, bo śluz w nim zawarty jest mocno ciągliwy i może utrudniać ruch plemniczków do celu. Przy inseminacji zostało jednak dokładnie „wypłukane”, więc plemniczki mogły sobie poszaleć. Jednak mój organizm zaczął stawiać opór w trakcie stymulacji – nie dość, że komórek było jak na lekarstwo (a dawka leków końska), to jeszcze endometirum też cieniutkie. Do tego doszły moje osobiste hodowle bakterii e-coli, które jakby na złość pojawiły się nagle w moim organiźmie. Łykałam antybiotyki na te bakterie na zmianę z lekami stymulującymi produkcję Maluszków.
Mówią, że do trzech razy sztuka, a za czwartym nauka – tak było w naszym przypadku. Po trzech nieudanych podejściach zaproponowano nam zapłodnienie metodą In vitro. Jakby przypadkiem w tym samym miejscu, gdzie pani doktor przyjmował następny doktor (5) będący szefem pewnej prywatnej kliniki leczenia niepłodności. Jakoś „nie wypadało” nie skorzystać z jego oferty. Może sprawy potoczyłyby się inaczej, gdybyśmy wtedy odmówili i pojechali gdzie indziej. Za przemawiało nie tylko „nie wypada odmówić”, ale fakt, że mam rodzinę w tym mieście i mogliśmy bez problemów u nich przenocować. Całe to leczenie zaczynało kosztować coraz więcej i patrzyliśmy na każdą możliwość zaoszczędzenia trochę pieniędzy.
Pierwsze podejście odbyło się na tzw. długim protokole. Niestety mój organizm jak zwykle stawiał opór przy stymulacji i „wyprodukowałam” zaledwie 2 komórki przy i tak bardzo dużej dawce hormonów. Punkcja odbyła się jednak terminowo – jedno co mi się bardzo podobało w tej klinice to fakt, że Mąż mógł być cały czas ze mną w czasie pobierania komórek i obserwować cały proces na monitorze. Zostałam znieczulona Dolarganem i tak w zasadzie to miałam niezły „odpływ”. Gdy zobaczyliśmy te dwa Maleństwa na ekranie monitora zrobiło mi się tak ciepło na sercu – już widziałam te Maluszki w naszych objęciach.
Dwa dni po punkcji dowiedziałam się, że tylko jedna komórka rozwinęła się prawidłowo i tylko jeden Maluszek wraca z nami do domu. Te dwa tygodnie oczekiwania ciągnęły się niemiłosiernie. 14-ty dzień po transferze mijał akurat 31 grudnia – nie doczekałam się jednak tego dnia. W 13 d.c. dostałam okres. Ból jaki wtedy targał moim ciałem wydawał się nie do zniesienia – i nie był to fizyczny ból. Serce pękało mi na kawałki, rozpadały się moje misterne plany na nasze życie już z Maleństwem. Chciałam umrzeć … Do świadomości przywróciły mnie duże dawki leków uspokajających. Po kilku dniach umiałam patrzeć już na świat nie tylko w czarnych kolorach.
Dużo w tym pozbieraniu się do kupy pomógł mi jak zwykle Darek – jak trzeba było to nakrzyczał na mnie, a jak trzeba było to mocno przytulił i ciągle powtarzał, że przyjdzie taki czas, gdy będziemy mieli dzieci. Nie umiałam myśleć tak jak On. Na początku wydawało mi się, że Jego to chyba tak bardzo nie boli jak mnie. Jednak jakiś czas później dowiedziałam się jak bardzo się myliłam. Zdarzyło się kiedyś na uroczystości rodzinnej, że poruszony został temat dzieci. Tak się jakoś złożyło, że temat skierował się na bardzo osobiste sprawy i zobaczyłam wtedy łzy w oczach mojego Darka… On nigdy nie płakał. Zawsze był bardzo opanowany – pewnie uważał, że łzy są takie niemęskie, a tu nagle. Nie potrafię opisać, co wtedy czułam – ból, szok – po prostu nie umiem. Tej nocy płakaliśmy oboje. Później nie zdarzyło się to już nigdy, ale pozostało we mnie na zawsze to jego spojrzenie.
Następna próba In vitro miała odbyć się na krótkim protokole. W połowie stymulacji została przerwana, bo tym razem to mój organizm „wyprodukował” tylko jedną komórkę i nie miało sensu podejmować próby, bo szanse były zbyt małe.
Trzecia próba odbyła się w następnym miesiącu i zakończyła się uzyskaniem 3 komórek, z których 2 zapłodniły się prawidłowo. Punkcja w tym cyklu była po prostu koszmarem. Czasem zdarza się, że reaguję z opóźnieniem na działanie leków znieczulających i oczywiście musiało mi się to przydarzyć tym razem. Wydawało mi się, że nie zniosę tego bólu. Wpadłam w spazmy szlochu i nie umiałam utrzymać mojego ciała w bezruchu, co utrudniało jeszcze bardziej pobranie komórek. Wreszcie udało się - tym razem Dwa Małe Robaczki powędrowały do mojego niecierpliwie czekającego brzucha. Wierzyłam, że jeśli życie rodzi się w bólach, to mogło się i począć w bólu. Ta myśl dodawała mi siły w czekaniu na test. Tym razem natura zadała mi cios w 12 d.c. …. Nawet nie chcę pamiętać, jak się wtedy czułam, jak bolało. Nienawidziłam – tak nienawidziłam. Wszystko i wszyscy byli przeciw mnie. Potem przyszła apatia.
I wtedy znalazłam WAS w Internecie – najpierw portal Gazety.pl, potem BOCIAN. Znalazłam swój światek, w którym spotkałam ludzi, którzy czuli to samo co ja, z którymi mogłam podzielić się moimi odczuciami. Poznałam ludzi, którzy nie krytykowali mnie za takie a nie inne zachowanie. Poczułam się jak w domu…
Znowu odzyskałam wiarę i nadzieję, że może się jeszcze udać. Tym razem poddałam się urokowi bioenergoterapii. Ja zatwardziała realistka, mocno stąpająca po ziemi. Potwierdziłam tym samym stare porzekadło, że tonący brzytwy się chwyta. Pojechałam na kilka seansów i wierzcie mi ja naprawdę czułam to ciepło z rąk tego człowieka. Niestety nie pomógł mi, ale dał mi nadzieję.
Następny mój pomysł to wizyta u pewnego księdza, który leczy ziołami. Jestem wierząca, tylko może czasami nie na bieżąco praktykująca. Ale przecież co szkodziło spróbować. Wyprawa ta dała nam torbę ziołowych leków i przykazań dotyczących współżycia i co najciekawsze nie wzbudziła mojego buntu przeciw takim praktykom. Jestem raczej niepokornej natury, a już na pewno nie wierzę w efekty stosowania zasady naturalnego poczęcia metodą kalendarzykową, itp. Pokornie jednak poddałam się zaleceniom. Znowu się nie powiodło.
Przełom w moich huśtawkach emocjonalnych nastąpił chyba w dniu, w którym poroniła moja bliska kuzynka. Gdy dowiedziałam się o jej ciąży, nie umiałam się z niej cieszyć. O Boże ja jak jej zazdrościłam!!! Nie umiałam nawet na nią spokojnie patrzeć i na to całe zainteresowanie jej ciążą ze strony rodziny. Dlaczego to nie ja? My już tak długo czekamy! Przepłakałam wiele nocy i to nie tylko z powodu zazdrości. Płakałam nad swoim zachowaniem – nie chciałam tak się zachowywać, ale po prostu nie umiałam inaczej. Pamiętam, jak kiedyś mój Tato powiedział do mnie, gdy jak zwykle zareagowałam płaczem na kolejną ciążę w rodzinie „Nie płacz, po sobie pomyślą, że im zazdrościsz”. Ja naprawdę im zazdrościłam, ale nie w złym sensie. Zabolało mnie to wtedy, choć wiedziałam, że nie chciał wyrządzić mi przykrości.
Gdy dowiedziałam się, że straciła swoje dziecko rozpaczałam, jakbym to ja sama je straciła. Winiłam siebie za to zdarzenie, że gdybym nie zazdrościła to nic by się nie stało. Nie umiałam pogodzić się z jej stratą.
Po tym wydarzeniu inaczej zaczęłam patrzeć na kobiety, które zachodziły w ciążę. Już nie przeszkadzał mi fakt, że to ONE mają swoje Maleństwa, a nie ja. Nie znaczy to wcale, że nie płaczę na wiadomość o ciążach – płaczę! Tyle, ze teraz już nie zazdroszczę.
Wróciła wiara, że i kiedyś dla nas zaświeci słońce.
Gdy skończyliśmy z próbami różnych dziwnych eksperymentów, zdecydowaliśmy się na wizytę w klinice w Warszawie. Efekt – zalecenie zapłodnienia pozaustrojowego metodą ICSI. Koszt takiego zabiegu był w tym momencie poza naszymi możliwościami finansowymi, więc odłożyliśmy to na później. Pojechaliśmy jednak do kolejnego lekarza (6), poleconego przez znajomych. Doktor kazał powtórzyć nam wszystkie badania – Darka też. Tak specjalistycznych badań nasienia to jeszcze nie mieliśmy. Okazało się, że są jakieś bakterie, które należałoby wyleczyć, bo mogą blokować przejście zdrowym plemniczkom, a i u mnie nie najweselej. Niby wszystko OK, a jednak coś nie tak. Prolaktyna jest przy górnej granicy, a to nie jest dobrze. Zaczęłam brać Bromergon najpierw 1x dziennie, potem 2x dziennie, bo okazało się że jak zwykle normalna dawka jest dla mnie za mała. Po jakiś 3 m-cach prolaktyna spadła do przyzwoitego poziomu, ale miałam dziwne wrażenie, że coś jest nie tak z moimi cyklami. Kiedyś miałam wyraźny śluz w trakcie owulacji, a teraz nic. Po usg okazało się, że nie mam wcale owulacji. Dziwne - zawsze była książkowa, a teraz jej brak??? To mogła być wina protaktyny, więc nie było powodów do obaw. Zaczęłam typową stymulację za pomocą Clo w połączeniu z zastrzykami z Menogonu. Tym razem mój „źle reagujący organizm” zaszalał – cale mnóstwo pęcherzyków, tyle że nie chciały pęknąć i musiałam wziąć Duphaston, aby się wchłonęły.
Następny cykl odbył się bez Menogonu. Było dobrze – był wiodący pęcherzyk i pękł w odpowiednim czasie. Wprawdzie nie odbyło się bez komplikacji, bo miałam tak dużo płynu, że miałam wrażenie, że rozsadzi mi brzuch, a w następnym dniu nie mogłam nadążyć z bieganiem do ubikacji, ale to nic – liczył się efekt końcowy. Czekałam dzielnie do terminu miesiączki. Nie przyszła. Chciałam biec już po test, ale powstrzymał mnie Darek. To była sobota, więc obiecałam sobie poczekać do poniedziałku. Czułam u siebie wszystkie objawy – piersi duże i swędzące, wysoka temperatura, dziwne, nietypowe ukłucia w brzuchu, itp. W niedzielę wieczorem pojawiła się pierwsza plamka – nie denerwowałam się, bo czytałam, że może tak być. Ale w poniedziałek nad ranem nie miałam już żadnych wątpliwości. Znowu ta …. przyszła. Znowu rozpacz, ból, koszmar … - jak co miesiąc.
Jutro mam kolejną wizytę u lekarza i z niecierpliwością czekam na to co ON powie.
Przepraszam, że tak dużo piszę, ale po prostu musiałam komuś o tym wszystkim opowiedzieć. Zastanawiam się tylko nad jednym, ile jeszcze starczy mi sił by wytrzymać kolejne rozczarowania, by spokojnie przyjąć kolejne teorie, co do przyczyn mojej niepłodności? Myślałam nie raz już o adopcji, ale nie umiem się na razie zdecydować. Wiem, że Darek nie chce na razie o tym rozmawiać. Mówi, że jeszcze nie przyszedł ten czas. Myślę, że dopóki ktoś nie odbierze nam całkowitej nadziei, będziemy próbować po raz kolejny – do skutku.
Jest jednak coś, za co dziękuję losowi – dziękuję za mojego Męża. Bez niego nie poradziłabym sobie z tym wszystkim. Kocham Cię Darku!!!
Pozdrawiam serdecznie wszystkich BOCIANOWICZÓW i życzę (szczerze!!!) więcej szczęścia niż my mieliśmy przez te prawie 5 lat starań.
agnieszka