Postanowiłam i ja opisać swoją drogę do dzieciątka, do macierzyństwa i ojcostwa, które są naturalną koleją rzeczy w naszym życiu, ale jak się okazuje nie wszystkim przychodzi ona tak naturalnie jak powinna. Ja w odróżnieniu od Hathor, autorki dziennika opisującego wzloty i upadki towarzyszące leczeniu niepłodności, nie doczekałam się jeszcze upragnionego pozytywnego testu, ale wierzę, że ten dzień nadejdzie.
Dziecko chcieliśmy mieć od razu po ślubie, ja miałam już 26 lat i nie było na co czekać. Wszystkie koleżanki z pracy, osiedla, a nawet dzieciństwa już były mamami albo spodziewały się potomka. No i zaczęło się. W zasadzie to już od początku miałam przeczucie, że będą problemy, może tak sobie to zakodowałam, że w jakiś sposób ustawiłam tak swoją podświadomość. Po trzech miesiącach prób pobiegłam do mojej pani ginekolog. Doradziła spokój, ale dała też skierowanie dla męża na badanie nasienia. Zrobiliśmy badanie, jednak w przychodni, w której mamy abonament robią tylko posiew, więc wyniki niewiele nam dały.
Przez przypadek trafiłam do profesora – znanego w środowisku medycznym, który zajął się mną dokładnie i wypisał skierowanie na badanie dla męża do przychodni leczenia niepłodności, którą kierował. Byłam szczęśliwa, że teraz to już na pewno będzie dobrze, że nareszcie coś się ruszyło, choć to było zaledwie kilka miesięcy nieudanych prób. Dla mnie były to jednak miesiące rozpaczy i poczucia bezsilności. Teraz pozostawało tylko namówić męża na to stresujące i nieprzyjemne bądź co bądź badanie. A to okazało się bardzo trudne. Mój mąż uważał, że ja za bardzo się spinam i dlatego nam nie wychodzi, że potrzeba więcej spokoju. W końcu udało się, dał się zaciągnąć. Klinika mieściła się w szpitalu, atmosfera szpitala nie nastrajała optymistycznie, bałam się tego miejsca. Pan doktor przyjmował w godzinach porannych, należało przyjść i czekać z nadzieją, że w ciągu trzech godzin znajdzie czas dla pacjenta, chyba nie muszę mówić, że dla osób pracujących było to dużym uniedogodnieniem. Z zupełnym spokojem czekałam na wynik, chciałam mieć to już za sobą, przecież jeśli mamy problem, to na pewno przyczyna leży po mojej stronie, no bo mój mąż to okaz zdrowia, tak to na pewno u mnie coś nie gra.
Myślałam, że ziemia rozstąpi się pode mną, jak usłyszałam – pojedyncze nieruchome plemniki, prawdopodobnie konieczna będzie biopsja, ale najpierw dla potwierdzenia trzeba powtórzyć badanie. Nie wiedziałam, jak przekazać tę straszną wiadomość mężowi, bo wynik odbierałam sama. Oboje nie mogliśmy się bez przerwy zwalniać z pracy. Załamał się zupełnie. Nie mógł w to uwierzyć. Zrobiliśmy kolejne badanie i ... 4 mln, 35% ruchomych – chociaż to grubo poniżej normy, odetchnęłam z ulgą. Teraz trzy miesiące leczenia i powtórne badanie. Za każdym razem przeżywał katusze. Pan doktor siedział za biurkiem i czekał aż pacjent skończy oddawać nasienie w tym samym pomieszczeniu, schowany jedynie za parawanikiem. Nie wytrzymaliśmy tego napięcia, braku porozumienia z lekarzem, suchego traktowania przez panie rejestratorki, stoickiego spokoju i wyczekiwania pod gabinetem pana doktora nawet przez kilkadziesiąt minut, wszystko w godzinach naszej pracy.
Poszłam do profesora prywatnie, chciałam się zbadać, przy okazji zahaczyłam o leczenie w klinice, postanowiliśmy zrezygnować z leczenia tam i przenieść się do kliniki X, którą odkryłam również przypadkiem. Profesor potraktował mnie bardzo chłodno, wręcz niegrzecznie, próbował jeszcze wpłynąć na moją decyzję, ale nie dałam się przekonać. I tak oto zaczęła się nasza przygoda z X. Przez ten czas dużo rozmawialiśmy, najważniejsze było przyjęcie do wiadomości, że mamy problem i musimy się leczyć, że czas działa na naszą niekorzyść. Mój mąż zmienił swój stosunek do leczenia, od tej pory nie musiałam już ciągnąć go za uszy do lekarza, na badanie. Poczułam, że jesteśmy w tym razem. Poczucie „winy” i strachu było w nim tak silne, że czasami bałam się, że nie przetrwamy, przy nim starałam się trzymać, a po cichu płakałam w poduszkę. Myślę, a nawet jestem pewna, że pragnienie posiadania dziecka obudziło się w nim wraz z pojawieniem problemu. Do tej pory to było przede wszystkim moje marzenie. Mój mąż nie mógł odnaleźć się w nowej sytuacji, nie mógł znieść myśli, że cierpię „przez niego”, bo od początku nie ukrywałam jak ważne jest dla mnie macierzyństwo. To wszystko bardzo nas do siebie zbliżyło, wypróbowało nasze charaktery i nas samych, ale to było nic w porównaniu z tym, co czekało za rogiem.
Jest listopad 2001. Trafiamy po raz pierwszy do X do doktora V. Dostajemy serię badań do zrobienia, a w zasadzie mąż dostaje. Ja mam zgłosić się do ginekologa. Doktor podejrzewa nadczynność tarczycy u męża. Po zrobieniu wszystkich badań okazuje się, że...bingo, doktor miał rację. Wyniki są bardzo złe, konieczne jest natychmiastowe leczenie u endokrynologa. Na podstawie badań doktor kieruje nas na icsi, gdyż nasienie jest zbyt słabe do klasycznego ivf, nie mówiąc już o inseminacji. Jest grudzień, święta za pasem, a nam wali się świat. Mamy nikłe pojęcie, co to takiego to icsi, ale dociera do nas, że to jedyna szansa na dziecko. Podjeżdżamy pod stację benzynową. Mąż nie jest w stanie prowadzić samochodu. Płacze, ja choć czuję się jak po usłyszeniu wyroku skazującego, wiem, że muszę być silna, nie mogę w żaden sposób dać mu odczuć, że to coś zmienia między nami, że jest mniej wartościowy. Zapewniam go o swoim uczuciu i twardo mówię, że będziemy walczyć, że najważniejsze, że jesteśmy razem. W domu, jak nie widzi, oddaję się rozpaczy. Mija trochę czasu, powoli oswajamy się z tą myślą, przychodzą święta, jedziemy na narty, czasami zastanawiam się, czy to dzieje się naprawdę, czy wszystko mi się przyśniło. Przez trzy miesiące mąż bierze leki, które mają „podszykować” plemniki do icsi, ja wykonuję wszelkie niezbędne badania. Wybieram panią doktor I., co też jest dziełem przypadku. Początkowo nie mogę się przekonać do pani doktor. Wydaje mi się zbyt rzeczowa, a ja potrzebuję rozmowy, cierpliwego wytłumaczenia wszystkich wątpliwości. Później jednak to się zmienia. Pani doktor doskonale kojarzy mnie i nasz przypadek, swobodnie rozmawiamy i uzyskuję odpowiedzi na dręczące mnie pytania.
Jest marzec, wyniki męża poprawiły się o 100%, co jednak nadal kwalifikuje nas tylko do icsi. Ale i tak, jak później powie doktor P., mój mąż jest tygrysem.
Jeszcze wcześniej, bo pod koniec lutego odkrywam forum internetowe o niepłodności, najpierw GW, a potem bociana. Tu poznaję masę cudownych ludzi, którzy w czekających mnie bardzo ciężkich momentach, będą mi nieocenioną podporą. Okazało się, że ludzi z takimi problemem, jak nasz, jest całkiem sporo, a dzięki forum i kontaktom z nimi, odzyskałam chęć do życia. Przekonałam się, że to nie jest prosta droga, że na niej czyha wiele niepowodzeń, że często przychodzi załamanie i chęć rezygnacji. Jednak to wszystko wydawało mi się tak dalekie, wierzyłam, że dotyczy mnie na krótko. Jestem przecież młoda, zdrowa. Doktor V. powiedział, że znamy przyczynę niepłodności, jesteśmy młodzi, a to bardzo zwiększa szanse.
W kwietniu zgłosiłam się do doktor I. z nadzieją, że przystąpię do stymulacji. A tu masz babo placek, torbiel na jajniku, trzeba poczekać miesiąc, aż torbiel się wchłonie. Rozczarowanie, że czas ucieka. Bałam się, że nie zdążę przed przerwą wakacyjną. Jest początek maja, ok. torbiel zniknęła, mogę przystępować do programu. Jeszcze tylko wynik bakteriologii, dzwonię do przychodni, w której robiłam badanie, a pani w recepcji mi mówi, że jest długi weekend, natomiast bakteriolog będzie za tydzień. Rozpacz, jak to, przecież bez tego wyniku nie dopuszczą mnie do stymulacji, pędem do X – panie pielęgniarki obiecują, że postarają się przyspieszyć badanie. Uff, udaje się. Wynik jest dobry. Zaczynam stymulację. Przez około cztery tygodnie będę przyjmować zastrzyki z diphereliny, aby przytłumić pracę jajników. Pojawia się problem techniczny, pracuję od 8-ej, przyjeżdżając do X, codziennie będę się spóźniać do pracy ponad godzinę. Odpada. Postanawiam spróbować sama, na męża nie mam co liczyć w tej kwestii, pobranie krwi, to dla niego wyczyn. Jestem strasznie spięta, czuję, że nie dam rady. Trzeciego dnia stymulacji, podczas robienia zastrzyku w brzuch pod okiem pielęgniarki, wylewa mi się pół fiolki, nerwy puszczają, boję się, że będzie to miało zły wpływ na przebieg stymulacji. Łzy same płyną. Panie pielęgniarki uspokajają, że nic się takiego nie stało. W drzwiach zderzam się z doktor I. W ciągu dnia dzwonię do pani doktor i opowiadam, co mi się przydarzyło. Strofuje mnie, że w takim stanie psychicznym, to nic z tego nie będzie, że mam się uspokoić. Znowu ryczę, jestem rozchwiana emocjonalnie. Moi rodzice, którzy wiedzą o wszystkim i bardzo mnie wspierają, akurat wyjechali na urlop. Jest mi źle. Postanawiam pójść do przychodni, w której mam abonament i załatwić przyjmowanie zastrzyków. Jestem gotowa płacić za każdy zastrzyk przez miesiąc (w X zastrzyki są bezpłatne), byle tylko nie musieć robić ich sobie sama. Na szczęście usługa jest bezpłatna, a przychodnia mieści się blisko mojej pracy.
W trakcie stymulacji dochodzi gonal F, o którym słyszałam już wcześniej z forum, boję się reakcji organizmu na ten lek. Rozpoczyna się monitoring. Poznaję doktora P. Jest małomówny, ale ma coś ciepłego w spojrzeniu. Razem z doktor K. stara się pocieszyć, że to dopiero początek, że pęcherzyki zdążą jeszcze urosnąć, (gdyż mój organizm słabo odpowiada na dwie ampułki gonalu). Ja jednak wiem swoje, nie rosną, estradiol grubo poniżej normy. Następna wizyta to samo. Jestem już bliska obłędu. Dostaję 3,5 ampułki. No i jajniki oszalały, choć tego jeszcze nie widać.
W międzyczasie, pielęgniarka w przychodni, gdzie chodzę na zastrzyki, podaje mi zastrzyk mieszając dipherelinę z gonalem. Pada na mnie cień przerażenia. Absolutnie nie wolno tego robić. Sama mało nie płacze, ja mimo zdnerwowania, staram się ją uspokoić. Jadę do X, proszę o konsultację z lekarzem. Mimo braku czasu, przyjmuje mnie doktor P. Uspokaja, ale potwierdza niedopuszczalność takiej sytuacji. To wszystko jest ponad moje siły. Przychodzi moment, w którym chcę przerwać stymulację, ale się opamiętuję.
Wizyty w trakcie stymulacji są bardzo krótkie, dużo pacjentek czeka na swoją kolej. Za każdym razem wychodzę z chaosem w głowie. Stymulacja trwa dłużej niż standardowo. Wreszcie koniec.
Jest początek czerwca. W piątek punkcja. Przyjeżdżamy raniutko z mężem mocno podenerwowani. Mąż stresuje się na spotkanie z pokoikiem do oddawania nasienia. Ok., już po wszystkim. Teraz ja czekam na swoją kolej. Wywołują moje nazwisko. Strach ściska mi serce. Najpierw krótka rozmowa z przemiłym anestezjologiem, która mnie rozluźnia. Panie pielęgniarki prowadzą mnie na salę zabiegową. Atmosfera jest przyjazna, ale strach nie mija. Dostaję narkozę i więcej nic nie pamiętam. Budzę się i kładę w pokoiku pooperacyjnym. Niedługo dołącza do mnie kolejna dziewczyna (teraz jesteśmy dobrymi koleżankami). Przychodzi anestezjolog, dowiaduję się, że pobrano 18 komórek, 17 dojrzałych. Uspokajam się. Po odpoczynku udaję się do poczekalni. Czuję się jak na lekkim rauszu. Tam czeka już mąż, cały w wypiekach. Dostaję pyszne śniadanko. Ze względu na dużą ilość komórek muszę trochę zostać dłużej w klinice. Strach minął, cieszę się, że mam już to za sobą. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym przejść to wszystko w innym miejscu. Komfort psychiczny i poczucie bezpieczeństwa jest dla kobiety w tym momencie niesamowicie ważną sprawą. Cieszę się, że odnalazłam X. Potem jeszcze krótka rozmowa z doktor E., która przyjmuje nas po zabiegu, wypis, instrukcja co do postępowania po zabiegu, niezbędne telefony w razie komplikacji, zestaw leków do wykupienia i możemy wracać do domku. Po punkcji czuję się dobrze, chociaż jestem blada i zmęczona. Zapomniałam wspomnieć, że w trakcie stymulacji dochodzą problemy z wątrobą, muszę przejść na dietę, pod koniec stymulacji odczuwam rosnące pęcherzyki, tak, że nawet siadam z trudem, wszystko w środku kłuje, coraz ciężej też z chodzeniem.
W piątek wieczorem zaczynają się bóle wątroby i podbrzusza. Nie dzwonię jeszcze do kliniki, postanawiam przeczekać noc. W sobotę rano czuję się znacznie lepiej, mam nadzieję, że kryzys minął. Mąż jest poza Warszawą, przyjeżdżają rodzice. Leżę cały czas, zaczynam czuć się gorzej. Ból staje się ostry i kłujący. Rodzice mają już wychodzić i nagle dostaję ataku, nie mogę oddychać, drę się wniebogłosy. Natychmiast telefon do doktora P. Każe przyjechać do kliniki, wsiadam w samochód z rodzicami i jedziemy do X. Nie chcę nawet myśleć, co by się stało, gdyby wszystko zaczęło się po wyjściu rodziców. W klinice robią mi podstawowe badania, pojawia się konieczność przetoczenia albuminy ludzkiej. Kładę się w gabinecie i podłączają mi kroplówkę. Niestety muszę iść do szpitala, istnieje obawa, że ataki się nasilą. Hiperstymulacja stała się faktem. Doktor prosi do siebie rodziców, żartuje z nimi, tłumaczy, że potrzebny mi spokój, o który sama muszę zadbać. Rodzice są pod wrażeniem uroku i spokoju pana doktora, całego miejsca, z każdej strony patrzą na nich zdjęcia bobasów – dzieła doktora P. i spółki. Doktor P. jest przekonany, że zajdę w ciążę, martwi się nawet o ciążę mnogą, przy mojej kruchej posturze, niewskazaną. Jedziemy do szpitala. Ląduję na obserwacji. W tym czasie przyjeżdża mąż, śmiertelnie przerażony, szpital opuszcza dopiero późnym wieczorem. Kilka razy dostaje burę od pani pielęgniarki, że zajmuje sąsiednie łóżko. Mija pierwsza noc, czuję się źle, na stałe jestem podłączona do kroplówki. Doktor P. dzwoni przynajmniej 2x dziennie zapytać, jak się czuję. Dużo śpię. Nie odbieram telefonu od doktora o 22.00 w niedzielę, bo znowu śpię. Następnego dnia doktor wyrzuca mi, że tak długo trzymam go w niepewności, co do stanu mojego samopoczucia. Oddaje mnie pod opiekę ordynatorowi ginekologii oraz jego zastępcy. Dostaję nawet wizytówkę z-cy ordynatora na wypadek jakichkolwiek problemów. Jest noc z niedzieli na poniedziałek, liczę się z tym, że do transferu może nie dojść, ze względu na mój zły stan. Przychodzi kryzys, czuję, jak wszystko podchodzi mi do gardła, a brzuch pęcznieje, każdy ruch sprawia mi ból, o przewróceniu na bok nie ma mowy, oddycham z trudem, o transferze nie myślę już wcale, modlę się tylko o to, żeby przestało boleć. Z korytarza dobiega mnie płacz rodzących się tej nocy dzieci. Usmiecham się. Nagle dzieje się coś niedobrego, przez myśl przebiega mi, że to chyba koniec, organizm nie wytrzymał. Bardzo się boję. Zbieram resztki sił i zwlekam się z łóżka (dzwonek przy łóżku niestety nie działa). Muszę wziąć w rękę stojak z kroplówką, nie wiem jak mi się to udaje, drugą ręką trzymam się za brzuch. Pielęgniarka na mój widok zamiera. Czuję, że mdleję, przybiega lekarz, prowadzą mnie do łóżka, wymiotuję do umywalki, cała jestem zlana potem, boję się zamknąć oczy, walczę z osłabieniem. W środku nocy robią mi badania, duży niedobór potasu, następna kroplówka. Potas sączy się powoli ponad dobę, sprawia mi to ogromny ból, jakby zaraz miało mi rozerwać żyłę. Jest mi wszystko jedno. Dzwonię do ordynatora, proszę o punkcję pęcherza, brzuch wygląda jak beczka pełna wody, ból jest dotkliwy. Decyzję o punkcji może podjąć jedynie doktor P. Dzwonię więc do niego i wręcz krzyczę w słuchawkę, żeby podjął tę decyzję, bo ja się wykończę, a tutaj nikogo to nie obchodzi. Uspokaja mnie po raz kolejny. Tłumaczy, że to ostateczność. Dostaję zastrzyki z clexane’u, bolesne jak diabli – przeciwzakrzepowe. W poniedziałek następuje znaczna poprawa. Koszmarną noc mam już za sobą. Na bieżąco jestem informowana o rozwoju moich zarodeczków. Jest ich 11. Dowiaduję się, że dwa obumarły, ale pozostałe 9 jest ok. Doktor mówi o podaniu co najwyżej jednego. Zaczynam czuć się coraz lepiej, wracają myśli o transferze, postanawiam pomęczyć doktora o dwa zarodki. Zanim zdążę podnieść słuchawkę, aby wystukać numer do kliniki, już dzwoni doktor z informacją o kondycji zarodków. Dajemy im jeszcze jeden dzień. We wtorek wychodzę na przepustkę, jeszcze nie wiem, czy będzie transfer. Doktor zauważa, że czuję się lepiej, szczególnie psychicznie i razem z doktor K. zezwalają na podanie dwóch zarodków – 8 i 9-ciokomórkowych. Podczas transferu nawet sobie żartujemy. Wracam do szpitala, gdyż po transferze objawy hiperstymulacji mogą się nasilać. W środę wychodzę do domu. Nadszedł okres oczekiwania na wynik transferu. Dostaję dłuuugie zwolnienie lekarskie. Dni dłużą się niemiłosiernie., cały czas leżę i przyjmuję zastrzyki z clexane’u. W 10-tej dobie od transferu zaczynam plamić. Mam brać nospę i leżeć. Plamienia nie ustają, ale przez dwa dni mam jeszcze nadzieję, moja psychika goni już resztkami sił, w poniedziałek plamienia przeradzają się w miesiączkę. Dzwonię do doktora P., nie może uwierzyć, mnie nie chce się żyć. Wszystkie cierpienia na marne, wszystko na nic. Oglądam zdjęcia moich zarodków i wyję. Nie jem, nic nie robię, leżę w łóżku i płaczę. Mijają dwie doby. Powoli dochodzę do siebie. Mąż jest przy mnie, on miał większą wiarę w sukces niż ja, jest zszokowany niepowodzeniem. Najgorsze jest to, że do następnego transferu podejdę dopiero po wakacjach (przerwa wakacyjna). Kończy się zwolnienie, pora wracać do pracy. Wszyscy wiedzą, że byłam w szpitalu, jednak nie znają prawdziwego powodu. Szef wie, że mam poważne problemy zdrowotne, na szczęście jest dyskretny i nie wypytuje. Reszcie opowiadam zmyśloną historyjkę i powoli wszystko wraca do normy. Nadchodzą wakacje, wyjeżdżamy na urlop, odzyskuję siły i chęć do dalszej walki. We wrześniu wracam do mojej pani doktor. Wszystko dzieje się bardzo szybko i nadchodzi czas kolejnego transferu. W lodówce czeka na nas 7 zarodków. Z trzech rozmrażają się trzy i wszystkie dostaję do macicy. Tym razem znoszę to dużo lepiej, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Jestem tydzień na zwolnieniu. Zastrzyki z clexane’u muszę brać od początku, a nawet na kilka dni przed transferem, brrr. Po tygodniu, wracam do pracy, po trzech dniach dostaję potwornych bóli, kładę się do łóżka. Dopiero następnego dnia dzwonię do doktor I. Pani doktor karci mnie za to, że od razu nie wzięłam nospy, zaleca leżenie. Jestem cała roztrzęsiona faktem, że może właśnie coś zaprzepaściłam. Nie chciałam nikomu zawracać głowy. Ale miesiączka nie przychodzi, poczytuję to za dobry znak, bo poprzednio przyszła tak szybko. Bóle powoli ustępują. Test mam zrobić w poniedziałek, ale w niedzielę wieczorem nie wytrzymuję. Test jest negatywny. Nie mogę uwierzyć, dopatrywałam się objawów ciąży pozamacicznej, test jest swego rodzaju szokiem. Wprawdzie z jednej strony wydawało mi się irracjonalne, że kiedyś dane mi będzie zobaczyć inny wynik niż negatywny, a z drugiej strony panikowałam, że to pewnie ciąża pozamaciczna, więc test powinien być dodatni. Znowu płacz, wściekłość, żal do losu. Pogasiłam światła, męża nie było, umówiliśmy się, że test zrobię w poniedziałek. Znalazł mnie leżącą po ciemku w kącie, zalaną łzami. Zaczęłam krzyczeć, że wcale nie jest mi łatwiej, przeżyłam to tak samo strasznie jak za pierwszym razem. Rano powtórzyłam test – wynik ten sam – CIĄŻY BRAK, CIĄŻY BRAK, CIĄŻY BRAK. Jeden z zarodków tworzył już blastocytę, więc znowu dostałam ponad 50% szans, co przy „mrozaczkach” jest bardzo rzadkie. I co – i guzik. Tymczasem sąsiadka właśnie lada dzień zacznie rodzić. Tego, co czułam, nie jestem w stanie opisać, w jednej chwili przestaję istnieć, chcę zasnąć na zawsze, żeby nigdy więcej nie musieć tego przeżywać. Czuję, że kolejny raz nie dam rady, nie zniosę kolejnej porażki. Życie od badania do badania, od zabiegu do zabiegu jest wyniszczające. Mamy jeszcze 4 zarodki, zbieram się do kupy, postanawiam zrobić histeroskopię, żeby sprawdzić macicę i zająć się immunologią w Łodzi u profesora M. Nadchodzi dzień histeroskopii, boję się panicznie, ale tego samego dnia wychodzę ze szpitala. W macicy były cienkie zrosty i zapalenie ujść macicznych, poza tym w porządku. Za tydzień powinniśmy dostać pierwszą dawkę szczepień w Łodzi.
Wiem, że po raz kolejny porażka będzie równa końcowi świata, ale wiem też, że czas jest najlepszym lekarzem, a chęć przytulenia kiedyś swojego maleństwa, sprawia, że lęki i frustracje przegrywają walkę z pragnieniem doświadczenia macierzyństwa.
Nie wiem, jakbym przeszła przez to wszystko, gdyby nie mój mąż, który był przy mnie, drżał o moje zdrowie, spędzał długie godziny przy łóżku szpitalnym, gdyby nie moi cudowni rodzice, przyjaciele z bociana, dzięki, którym wiem, że warto walczyć.
Chociaż moja historia nie ma jeszcze happy endu, podkreślam jeszcze, bo tak, czy inaczej, będę miała dziecko, to poprzez te przeżycia stałam się inną osobą, bardziej doceniam wartość rodziny, miłości, przyjaźni. Następny transfer w okolicach stycznia, więc proszę, trzymajcie kciuki. Ze względu na skłonność do hiperstymulacji, potwornie boję się ewentualnej następnej stymulacji. Pozostaje mi mieć nadzieję, że nie będzie ona konieczna.
C.D.N.
ASJA
Dziecko chcieliśmy mieć od razu po ślubie, ja miałam już 26 lat i nie było na co czekać. Wszystkie koleżanki z pracy, osiedla, a nawet dzieciństwa już były mamami albo spodziewały się potomka. No i zaczęło się. W zasadzie to już od początku miałam przeczucie, że będą problemy, może tak sobie to zakodowałam, że w jakiś sposób ustawiłam tak swoją podświadomość. Po trzech miesiącach prób pobiegłam do mojej pani ginekolog. Doradziła spokój, ale dała też skierowanie dla męża na badanie nasienia. Zrobiliśmy badanie, jednak w przychodni, w której mamy abonament robią tylko posiew, więc wyniki niewiele nam dały.
Przez przypadek trafiłam do profesora – znanego w środowisku medycznym, który zajął się mną dokładnie i wypisał skierowanie na badanie dla męża do przychodni leczenia niepłodności, którą kierował. Byłam szczęśliwa, że teraz to już na pewno będzie dobrze, że nareszcie coś się ruszyło, choć to było zaledwie kilka miesięcy nieudanych prób. Dla mnie były to jednak miesiące rozpaczy i poczucia bezsilności. Teraz pozostawało tylko namówić męża na to stresujące i nieprzyjemne bądź co bądź badanie. A to okazało się bardzo trudne. Mój mąż uważał, że ja za bardzo się spinam i dlatego nam nie wychodzi, że potrzeba więcej spokoju. W końcu udało się, dał się zaciągnąć. Klinika mieściła się w szpitalu, atmosfera szpitala nie nastrajała optymistycznie, bałam się tego miejsca. Pan doktor przyjmował w godzinach porannych, należało przyjść i czekać z nadzieją, że w ciągu trzech godzin znajdzie czas dla pacjenta, chyba nie muszę mówić, że dla osób pracujących było to dużym uniedogodnieniem. Z zupełnym spokojem czekałam na wynik, chciałam mieć to już za sobą, przecież jeśli mamy problem, to na pewno przyczyna leży po mojej stronie, no bo mój mąż to okaz zdrowia, tak to na pewno u mnie coś nie gra.
Myślałam, że ziemia rozstąpi się pode mną, jak usłyszałam – pojedyncze nieruchome plemniki, prawdopodobnie konieczna będzie biopsja, ale najpierw dla potwierdzenia trzeba powtórzyć badanie. Nie wiedziałam, jak przekazać tę straszną wiadomość mężowi, bo wynik odbierałam sama. Oboje nie mogliśmy się bez przerwy zwalniać z pracy. Załamał się zupełnie. Nie mógł w to uwierzyć. Zrobiliśmy kolejne badanie i ... 4 mln, 35% ruchomych – chociaż to grubo poniżej normy, odetchnęłam z ulgą. Teraz trzy miesiące leczenia i powtórne badanie. Za każdym razem przeżywał katusze. Pan doktor siedział za biurkiem i czekał aż pacjent skończy oddawać nasienie w tym samym pomieszczeniu, schowany jedynie za parawanikiem. Nie wytrzymaliśmy tego napięcia, braku porozumienia z lekarzem, suchego traktowania przez panie rejestratorki, stoickiego spokoju i wyczekiwania pod gabinetem pana doktora nawet przez kilkadziesiąt minut, wszystko w godzinach naszej pracy.
Poszłam do profesora prywatnie, chciałam się zbadać, przy okazji zahaczyłam o leczenie w klinice, postanowiliśmy zrezygnować z leczenia tam i przenieść się do kliniki X, którą odkryłam również przypadkiem. Profesor potraktował mnie bardzo chłodno, wręcz niegrzecznie, próbował jeszcze wpłynąć na moją decyzję, ale nie dałam się przekonać. I tak oto zaczęła się nasza przygoda z X. Przez ten czas dużo rozmawialiśmy, najważniejsze było przyjęcie do wiadomości, że mamy problem i musimy się leczyć, że czas działa na naszą niekorzyść. Mój mąż zmienił swój stosunek do leczenia, od tej pory nie musiałam już ciągnąć go za uszy do lekarza, na badanie. Poczułam, że jesteśmy w tym razem. Poczucie „winy” i strachu było w nim tak silne, że czasami bałam się, że nie przetrwamy, przy nim starałam się trzymać, a po cichu płakałam w poduszkę. Myślę, a nawet jestem pewna, że pragnienie posiadania dziecka obudziło się w nim wraz z pojawieniem problemu. Do tej pory to było przede wszystkim moje marzenie. Mój mąż nie mógł odnaleźć się w nowej sytuacji, nie mógł znieść myśli, że cierpię „przez niego”, bo od początku nie ukrywałam jak ważne jest dla mnie macierzyństwo. To wszystko bardzo nas do siebie zbliżyło, wypróbowało nasze charaktery i nas samych, ale to było nic w porównaniu z tym, co czekało za rogiem.
Jest listopad 2001. Trafiamy po raz pierwszy do X do doktora V. Dostajemy serię badań do zrobienia, a w zasadzie mąż dostaje. Ja mam zgłosić się do ginekologa. Doktor podejrzewa nadczynność tarczycy u męża. Po zrobieniu wszystkich badań okazuje się, że...bingo, doktor miał rację. Wyniki są bardzo złe, konieczne jest natychmiastowe leczenie u endokrynologa. Na podstawie badań doktor kieruje nas na icsi, gdyż nasienie jest zbyt słabe do klasycznego ivf, nie mówiąc już o inseminacji. Jest grudzień, święta za pasem, a nam wali się świat. Mamy nikłe pojęcie, co to takiego to icsi, ale dociera do nas, że to jedyna szansa na dziecko. Podjeżdżamy pod stację benzynową. Mąż nie jest w stanie prowadzić samochodu. Płacze, ja choć czuję się jak po usłyszeniu wyroku skazującego, wiem, że muszę być silna, nie mogę w żaden sposób dać mu odczuć, że to coś zmienia między nami, że jest mniej wartościowy. Zapewniam go o swoim uczuciu i twardo mówię, że będziemy walczyć, że najważniejsze, że jesteśmy razem. W domu, jak nie widzi, oddaję się rozpaczy. Mija trochę czasu, powoli oswajamy się z tą myślą, przychodzą święta, jedziemy na narty, czasami zastanawiam się, czy to dzieje się naprawdę, czy wszystko mi się przyśniło. Przez trzy miesiące mąż bierze leki, które mają „podszykować” plemniki do icsi, ja wykonuję wszelkie niezbędne badania. Wybieram panią doktor I., co też jest dziełem przypadku. Początkowo nie mogę się przekonać do pani doktor. Wydaje mi się zbyt rzeczowa, a ja potrzebuję rozmowy, cierpliwego wytłumaczenia wszystkich wątpliwości. Później jednak to się zmienia. Pani doktor doskonale kojarzy mnie i nasz przypadek, swobodnie rozmawiamy i uzyskuję odpowiedzi na dręczące mnie pytania.
Jest marzec, wyniki męża poprawiły się o 100%, co jednak nadal kwalifikuje nas tylko do icsi. Ale i tak, jak później powie doktor P., mój mąż jest tygrysem.
Jeszcze wcześniej, bo pod koniec lutego odkrywam forum internetowe o niepłodności, najpierw GW, a potem bociana. Tu poznaję masę cudownych ludzi, którzy w czekających mnie bardzo ciężkich momentach, będą mi nieocenioną podporą. Okazało się, że ludzi z takimi problemem, jak nasz, jest całkiem sporo, a dzięki forum i kontaktom z nimi, odzyskałam chęć do życia. Przekonałam się, że to nie jest prosta droga, że na niej czyha wiele niepowodzeń, że często przychodzi załamanie i chęć rezygnacji. Jednak to wszystko wydawało mi się tak dalekie, wierzyłam, że dotyczy mnie na krótko. Jestem przecież młoda, zdrowa. Doktor V. powiedział, że znamy przyczynę niepłodności, jesteśmy młodzi, a to bardzo zwiększa szanse.
W kwietniu zgłosiłam się do doktor I. z nadzieją, że przystąpię do stymulacji. A tu masz babo placek, torbiel na jajniku, trzeba poczekać miesiąc, aż torbiel się wchłonie. Rozczarowanie, że czas ucieka. Bałam się, że nie zdążę przed przerwą wakacyjną. Jest początek maja, ok. torbiel zniknęła, mogę przystępować do programu. Jeszcze tylko wynik bakteriologii, dzwonię do przychodni, w której robiłam badanie, a pani w recepcji mi mówi, że jest długi weekend, natomiast bakteriolog będzie za tydzień. Rozpacz, jak to, przecież bez tego wyniku nie dopuszczą mnie do stymulacji, pędem do X – panie pielęgniarki obiecują, że postarają się przyspieszyć badanie. Uff, udaje się. Wynik jest dobry. Zaczynam stymulację. Przez około cztery tygodnie będę przyjmować zastrzyki z diphereliny, aby przytłumić pracę jajników. Pojawia się problem techniczny, pracuję od 8-ej, przyjeżdżając do X, codziennie będę się spóźniać do pracy ponad godzinę. Odpada. Postanawiam spróbować sama, na męża nie mam co liczyć w tej kwestii, pobranie krwi, to dla niego wyczyn. Jestem strasznie spięta, czuję, że nie dam rady. Trzeciego dnia stymulacji, podczas robienia zastrzyku w brzuch pod okiem pielęgniarki, wylewa mi się pół fiolki, nerwy puszczają, boję się, że będzie to miało zły wpływ na przebieg stymulacji. Łzy same płyną. Panie pielęgniarki uspokajają, że nic się takiego nie stało. W drzwiach zderzam się z doktor I. W ciągu dnia dzwonię do pani doktor i opowiadam, co mi się przydarzyło. Strofuje mnie, że w takim stanie psychicznym, to nic z tego nie będzie, że mam się uspokoić. Znowu ryczę, jestem rozchwiana emocjonalnie. Moi rodzice, którzy wiedzą o wszystkim i bardzo mnie wspierają, akurat wyjechali na urlop. Jest mi źle. Postanawiam pójść do przychodni, w której mam abonament i załatwić przyjmowanie zastrzyków. Jestem gotowa płacić za każdy zastrzyk przez miesiąc (w X zastrzyki są bezpłatne), byle tylko nie musieć robić ich sobie sama. Na szczęście usługa jest bezpłatna, a przychodnia mieści się blisko mojej pracy.
W trakcie stymulacji dochodzi gonal F, o którym słyszałam już wcześniej z forum, boję się reakcji organizmu na ten lek. Rozpoczyna się monitoring. Poznaję doktora P. Jest małomówny, ale ma coś ciepłego w spojrzeniu. Razem z doktor K. stara się pocieszyć, że to dopiero początek, że pęcherzyki zdążą jeszcze urosnąć, (gdyż mój organizm słabo odpowiada na dwie ampułki gonalu). Ja jednak wiem swoje, nie rosną, estradiol grubo poniżej normy. Następna wizyta to samo. Jestem już bliska obłędu. Dostaję 3,5 ampułki. No i jajniki oszalały, choć tego jeszcze nie widać.
W międzyczasie, pielęgniarka w przychodni, gdzie chodzę na zastrzyki, podaje mi zastrzyk mieszając dipherelinę z gonalem. Pada na mnie cień przerażenia. Absolutnie nie wolno tego robić. Sama mało nie płacze, ja mimo zdnerwowania, staram się ją uspokoić. Jadę do X, proszę o konsultację z lekarzem. Mimo braku czasu, przyjmuje mnie doktor P. Uspokaja, ale potwierdza niedopuszczalność takiej sytuacji. To wszystko jest ponad moje siły. Przychodzi moment, w którym chcę przerwać stymulację, ale się opamiętuję.
Wizyty w trakcie stymulacji są bardzo krótkie, dużo pacjentek czeka na swoją kolej. Za każdym razem wychodzę z chaosem w głowie. Stymulacja trwa dłużej niż standardowo. Wreszcie koniec.
Jest początek czerwca. W piątek punkcja. Przyjeżdżamy raniutko z mężem mocno podenerwowani. Mąż stresuje się na spotkanie z pokoikiem do oddawania nasienia. Ok., już po wszystkim. Teraz ja czekam na swoją kolej. Wywołują moje nazwisko. Strach ściska mi serce. Najpierw krótka rozmowa z przemiłym anestezjologiem, która mnie rozluźnia. Panie pielęgniarki prowadzą mnie na salę zabiegową. Atmosfera jest przyjazna, ale strach nie mija. Dostaję narkozę i więcej nic nie pamiętam. Budzę się i kładę w pokoiku pooperacyjnym. Niedługo dołącza do mnie kolejna dziewczyna (teraz jesteśmy dobrymi koleżankami). Przychodzi anestezjolog, dowiaduję się, że pobrano 18 komórek, 17 dojrzałych. Uspokajam się. Po odpoczynku udaję się do poczekalni. Czuję się jak na lekkim rauszu. Tam czeka już mąż, cały w wypiekach. Dostaję pyszne śniadanko. Ze względu na dużą ilość komórek muszę trochę zostać dłużej w klinice. Strach minął, cieszę się, że mam już to za sobą. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym przejść to wszystko w innym miejscu. Komfort psychiczny i poczucie bezpieczeństwa jest dla kobiety w tym momencie niesamowicie ważną sprawą. Cieszę się, że odnalazłam X. Potem jeszcze krótka rozmowa z doktor E., która przyjmuje nas po zabiegu, wypis, instrukcja co do postępowania po zabiegu, niezbędne telefony w razie komplikacji, zestaw leków do wykupienia i możemy wracać do domku. Po punkcji czuję się dobrze, chociaż jestem blada i zmęczona. Zapomniałam wspomnieć, że w trakcie stymulacji dochodzą problemy z wątrobą, muszę przejść na dietę, pod koniec stymulacji odczuwam rosnące pęcherzyki, tak, że nawet siadam z trudem, wszystko w środku kłuje, coraz ciężej też z chodzeniem.
W piątek wieczorem zaczynają się bóle wątroby i podbrzusza. Nie dzwonię jeszcze do kliniki, postanawiam przeczekać noc. W sobotę rano czuję się znacznie lepiej, mam nadzieję, że kryzys minął. Mąż jest poza Warszawą, przyjeżdżają rodzice. Leżę cały czas, zaczynam czuć się gorzej. Ból staje się ostry i kłujący. Rodzice mają już wychodzić i nagle dostaję ataku, nie mogę oddychać, drę się wniebogłosy. Natychmiast telefon do doktora P. Każe przyjechać do kliniki, wsiadam w samochód z rodzicami i jedziemy do X. Nie chcę nawet myśleć, co by się stało, gdyby wszystko zaczęło się po wyjściu rodziców. W klinice robią mi podstawowe badania, pojawia się konieczność przetoczenia albuminy ludzkiej. Kładę się w gabinecie i podłączają mi kroplówkę. Niestety muszę iść do szpitala, istnieje obawa, że ataki się nasilą. Hiperstymulacja stała się faktem. Doktor prosi do siebie rodziców, żartuje z nimi, tłumaczy, że potrzebny mi spokój, o który sama muszę zadbać. Rodzice są pod wrażeniem uroku i spokoju pana doktora, całego miejsca, z każdej strony patrzą na nich zdjęcia bobasów – dzieła doktora P. i spółki. Doktor P. jest przekonany, że zajdę w ciążę, martwi się nawet o ciążę mnogą, przy mojej kruchej posturze, niewskazaną. Jedziemy do szpitala. Ląduję na obserwacji. W tym czasie przyjeżdża mąż, śmiertelnie przerażony, szpital opuszcza dopiero późnym wieczorem. Kilka razy dostaje burę od pani pielęgniarki, że zajmuje sąsiednie łóżko. Mija pierwsza noc, czuję się źle, na stałe jestem podłączona do kroplówki. Doktor P. dzwoni przynajmniej 2x dziennie zapytać, jak się czuję. Dużo śpię. Nie odbieram telefonu od doktora o 22.00 w niedzielę, bo znowu śpię. Następnego dnia doktor wyrzuca mi, że tak długo trzymam go w niepewności, co do stanu mojego samopoczucia. Oddaje mnie pod opiekę ordynatorowi ginekologii oraz jego zastępcy. Dostaję nawet wizytówkę z-cy ordynatora na wypadek jakichkolwiek problemów. Jest noc z niedzieli na poniedziałek, liczę się z tym, że do transferu może nie dojść, ze względu na mój zły stan. Przychodzi kryzys, czuję, jak wszystko podchodzi mi do gardła, a brzuch pęcznieje, każdy ruch sprawia mi ból, o przewróceniu na bok nie ma mowy, oddycham z trudem, o transferze nie myślę już wcale, modlę się tylko o to, żeby przestało boleć. Z korytarza dobiega mnie płacz rodzących się tej nocy dzieci. Usmiecham się. Nagle dzieje się coś niedobrego, przez myśl przebiega mi, że to chyba koniec, organizm nie wytrzymał. Bardzo się boję. Zbieram resztki sił i zwlekam się z łóżka (dzwonek przy łóżku niestety nie działa). Muszę wziąć w rękę stojak z kroplówką, nie wiem jak mi się to udaje, drugą ręką trzymam się za brzuch. Pielęgniarka na mój widok zamiera. Czuję, że mdleję, przybiega lekarz, prowadzą mnie do łóżka, wymiotuję do umywalki, cała jestem zlana potem, boję się zamknąć oczy, walczę z osłabieniem. W środku nocy robią mi badania, duży niedobór potasu, następna kroplówka. Potas sączy się powoli ponad dobę, sprawia mi to ogromny ból, jakby zaraz miało mi rozerwać żyłę. Jest mi wszystko jedno. Dzwonię do ordynatora, proszę o punkcję pęcherza, brzuch wygląda jak beczka pełna wody, ból jest dotkliwy. Decyzję o punkcji może podjąć jedynie doktor P. Dzwonię więc do niego i wręcz krzyczę w słuchawkę, żeby podjął tę decyzję, bo ja się wykończę, a tutaj nikogo to nie obchodzi. Uspokaja mnie po raz kolejny. Tłumaczy, że to ostateczność. Dostaję zastrzyki z clexane’u, bolesne jak diabli – przeciwzakrzepowe. W poniedziałek następuje znaczna poprawa. Koszmarną noc mam już za sobą. Na bieżąco jestem informowana o rozwoju moich zarodeczków. Jest ich 11. Dowiaduję się, że dwa obumarły, ale pozostałe 9 jest ok. Doktor mówi o podaniu co najwyżej jednego. Zaczynam czuć się coraz lepiej, wracają myśli o transferze, postanawiam pomęczyć doktora o dwa zarodki. Zanim zdążę podnieść słuchawkę, aby wystukać numer do kliniki, już dzwoni doktor z informacją o kondycji zarodków. Dajemy im jeszcze jeden dzień. We wtorek wychodzę na przepustkę, jeszcze nie wiem, czy będzie transfer. Doktor zauważa, że czuję się lepiej, szczególnie psychicznie i razem z doktor K. zezwalają na podanie dwóch zarodków – 8 i 9-ciokomórkowych. Podczas transferu nawet sobie żartujemy. Wracam do szpitala, gdyż po transferze objawy hiperstymulacji mogą się nasilać. W środę wychodzę do domu. Nadszedł okres oczekiwania na wynik transferu. Dostaję dłuuugie zwolnienie lekarskie. Dni dłużą się niemiłosiernie., cały czas leżę i przyjmuję zastrzyki z clexane’u. W 10-tej dobie od transferu zaczynam plamić. Mam brać nospę i leżeć. Plamienia nie ustają, ale przez dwa dni mam jeszcze nadzieję, moja psychika goni już resztkami sił, w poniedziałek plamienia przeradzają się w miesiączkę. Dzwonię do doktora P., nie może uwierzyć, mnie nie chce się żyć. Wszystkie cierpienia na marne, wszystko na nic. Oglądam zdjęcia moich zarodków i wyję. Nie jem, nic nie robię, leżę w łóżku i płaczę. Mijają dwie doby. Powoli dochodzę do siebie. Mąż jest przy mnie, on miał większą wiarę w sukces niż ja, jest zszokowany niepowodzeniem. Najgorsze jest to, że do następnego transferu podejdę dopiero po wakacjach (przerwa wakacyjna). Kończy się zwolnienie, pora wracać do pracy. Wszyscy wiedzą, że byłam w szpitalu, jednak nie znają prawdziwego powodu. Szef wie, że mam poważne problemy zdrowotne, na szczęście jest dyskretny i nie wypytuje. Reszcie opowiadam zmyśloną historyjkę i powoli wszystko wraca do normy. Nadchodzą wakacje, wyjeżdżamy na urlop, odzyskuję siły i chęć do dalszej walki. We wrześniu wracam do mojej pani doktor. Wszystko dzieje się bardzo szybko i nadchodzi czas kolejnego transferu. W lodówce czeka na nas 7 zarodków. Z trzech rozmrażają się trzy i wszystkie dostaję do macicy. Tym razem znoszę to dużo lepiej, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Jestem tydzień na zwolnieniu. Zastrzyki z clexane’u muszę brać od początku, a nawet na kilka dni przed transferem, brrr. Po tygodniu, wracam do pracy, po trzech dniach dostaję potwornych bóli, kładę się do łóżka. Dopiero następnego dnia dzwonię do doktor I. Pani doktor karci mnie za to, że od razu nie wzięłam nospy, zaleca leżenie. Jestem cała roztrzęsiona faktem, że może właśnie coś zaprzepaściłam. Nie chciałam nikomu zawracać głowy. Ale miesiączka nie przychodzi, poczytuję to za dobry znak, bo poprzednio przyszła tak szybko. Bóle powoli ustępują. Test mam zrobić w poniedziałek, ale w niedzielę wieczorem nie wytrzymuję. Test jest negatywny. Nie mogę uwierzyć, dopatrywałam się objawów ciąży pozamacicznej, test jest swego rodzaju szokiem. Wprawdzie z jednej strony wydawało mi się irracjonalne, że kiedyś dane mi będzie zobaczyć inny wynik niż negatywny, a z drugiej strony panikowałam, że to pewnie ciąża pozamaciczna, więc test powinien być dodatni. Znowu płacz, wściekłość, żal do losu. Pogasiłam światła, męża nie było, umówiliśmy się, że test zrobię w poniedziałek. Znalazł mnie leżącą po ciemku w kącie, zalaną łzami. Zaczęłam krzyczeć, że wcale nie jest mi łatwiej, przeżyłam to tak samo strasznie jak za pierwszym razem. Rano powtórzyłam test – wynik ten sam – CIĄŻY BRAK, CIĄŻY BRAK, CIĄŻY BRAK. Jeden z zarodków tworzył już blastocytę, więc znowu dostałam ponad 50% szans, co przy „mrozaczkach” jest bardzo rzadkie. I co – i guzik. Tymczasem sąsiadka właśnie lada dzień zacznie rodzić. Tego, co czułam, nie jestem w stanie opisać, w jednej chwili przestaję istnieć, chcę zasnąć na zawsze, żeby nigdy więcej nie musieć tego przeżywać. Czuję, że kolejny raz nie dam rady, nie zniosę kolejnej porażki. Życie od badania do badania, od zabiegu do zabiegu jest wyniszczające. Mamy jeszcze 4 zarodki, zbieram się do kupy, postanawiam zrobić histeroskopię, żeby sprawdzić macicę i zająć się immunologią w Łodzi u profesora M. Nadchodzi dzień histeroskopii, boję się panicznie, ale tego samego dnia wychodzę ze szpitala. W macicy były cienkie zrosty i zapalenie ujść macicznych, poza tym w porządku. Za tydzień powinniśmy dostać pierwszą dawkę szczepień w Łodzi.
Wiem, że po raz kolejny porażka będzie równa końcowi świata, ale wiem też, że czas jest najlepszym lekarzem, a chęć przytulenia kiedyś swojego maleństwa, sprawia, że lęki i frustracje przegrywają walkę z pragnieniem doświadczenia macierzyństwa.
Nie wiem, jakbym przeszła przez to wszystko, gdyby nie mój mąż, który był przy mnie, drżał o moje zdrowie, spędzał długie godziny przy łóżku szpitalnym, gdyby nie moi cudowni rodzice, przyjaciele z bociana, dzięki, którym wiem, że warto walczyć.
Chociaż moja historia nie ma jeszcze happy endu, podkreślam jeszcze, bo tak, czy inaczej, będę miała dziecko, to poprzez te przeżycia stałam się inną osobą, bardziej doceniam wartość rodziny, miłości, przyjaźni. Następny transfer w okolicach stycznia, więc proszę, trzymajcie kciuki. Ze względu na skłonność do hiperstymulacji, potwornie boję się ewentualnej następnej stymulacji. Pozostaje mi mieć nadzieję, że nie będzie ona konieczna.
C.D.N.
ASJA