Chcieliśmy mieć dziecko zaraz po ślubie. Niestety nie "przywieźliśmy" go z
upojnej podróży poślubnej, ale przecież to nic dziwnego. Jeszcze przed ślubem
obserwowałam swój cykl (śluz+temperatura) i wszystko było jak w książkach: w
drugim tygodniu po miesiączce pojawiał się rozciągliwy, przejrzysty śluz, było
go coraz więcej, a potem, około 14-16 dnia cyklu, wzrastała temperatura.
Cieszyłam się, że mimo moich trzydziestu trzech lat wszystko odbywa się jak
powinno i niecierpliwie czekałam na ciążę, wsłuchując się z niepokojem w cykanie
swojego biologicznego zegara, patrząc na kilkunastoletnie dzieci niektórych
szkolnych koleżanek. Serdeczna koleżanka zapytała mnie, ile chcemy mieć dzieci.
Odpowiedziałam że dziesięcioro. "Nie zdążysz przed klimakterium" - uświadomiła mnie trzeźwo.
Pół roku po rozpoczęciu "starań" poszłam do swojej ginekolog: chcemy mieć
dziecko, a tu nic. Skierowała mnie na badania hormonalne i USG w drugiej fazie
cyklu, a męża na badanie nasienia. USG potwierdziło to, na co wskazywały
obserwacje: była owulacja. Macica prawidłowa. Hormony (progesteron, prolaktyna,
TSH) w widełkach normy.
Mijały miesiące, kolejne regularne okresy witałam płaczem zawodu. Z czasem do
tych płaczów przyzwyczaił się nawet mąż. Miałam dość chodzenia do pracy,
słuchania idiotycznych rozmów, wykonywania rutynowych czynności. Moja pani
ginekolog radziła, żeby wcale nie myśleć o ciąży, wtedy najłatwiej o poczęcie.
Ba, tylko jak to zrobić, żeby nie myśleć? Wbijałam sobie w głowę, że mam 33
lata, a nie 23.
Zaczęliśmy się rozglądać za większym mieszkaniem. Szukanie, jeżdżenie,
porównywanie. Ale ja i tak myślałam głównie o ciąży. Kupiliśmy w końcu
mieszkanie z miejscem dla dzieci. Ale dzieci nie ma. Remont, wykańczanie,
planowanie, mąż pilnuje, szuka, wymyśla, a ja sobie myślę "Po jakiego groma?
Trzeba było siedzieć w tym małym, dla nas dwojga by wystarczyło."
Po jakimś czasie zaczęły się u mnie stany zapalne. Mniej więcej co dwa miesiące.
Jeden lek, drugi - moja ginekolog leczyła mnie na grzybicę. Poszliśmy do
ginekologa-androloga. Zaaplikował mężowi witaminy, kazał chodzić w bokserkach
zamiast slipek. Mnie kazał przyjść na początku następnego cyklu, zeby zacząć
"program". Nie dopytałam go, o jaki program chodzi. Dał mi też lek
przeciwgrzybiczny, bo podczas badania zobaczył stan zapalny. Nie czułam wtedy
objawów stanu zapalnego, ale podczas stosowania leku zaczęłam zauważać upławy i
świąd. Zadzwoniłam do niego: Panie doktorze, chyba nie ma sensu stosowanie tego
leku... Niech pani weźmie do końca - odpowiedział. Straciłam do niego zaufanie i
więcej nie poszłam (nie wiem, czy słusznie, czy nie).
Poszłam do zakładowego lekarza, który zrobił posiew z pochwy (nikt wcześniej o
tym nie wspomniał). Wyszły różne bakterie, ale nie grzyby. Dostałam antybiotyk,
ale miesiąc później znowu upławy. Znowu posiew i antybiotyki. Tym razem
antybiotyków nie brałam, bo uznałam, że tylko zmniejszam swoją naturalną
odporność. Ten lekarz jako kolejny stwierdził tyłozgięcie, ale jako pierwszy
powiedział mi, że może to być przeszkodą w dotarciu plemników tam gdzie trzeba.
Zasugerował poleżenie na brzuchu po stosunku. Myślałam, że jak tylko zastosujemy
się do tych sugestii, zajdę w ciążę...
Mąż był jeszcze na kontroli nasienia: dwa miesiące po przebytej wysokiej
temperaturze wynik był słaby. Kolejny, kiedy od tej wysokiej temperatury minęły
trzy miesiące, bardzo dobry.
Zaczęłam myśleć o poszukaniu "dobrego lekarza", który zacznie "coś robić". Jakiś
ginekolog doradził mi "skorzystanie z technik wspomaganego rozrodu" ze względu
na wiek. Kolejnego lekarza poleciła mi koleżanka. W gabinecie zdjęcia dzieci i
amerykańskie dyplomy, w poczekalni pełno pacjentek. Zaimponował mi dokładnością
wywiadu (czy ma pani rodzeństwo i czy to rodzeństwo ma dzieci? jakiej płci), ale
wydawało mi się, że pacjentki są mu potrzebne do kolejnych publikacji naukowych
(co w koncu nie jest niczym złym, ale jakoś mnie nie ujęło). Obejrzał moje
wyniki, powiedział, że USG trzeba by zrobić przed owulacją, pomierzyć
pęcherzyki. Wspomniał też, że rok i pięć miesięcy to jeszcze może być za krótki
czas. Ale może mam zrosty. Może prolaktyna za wysoka. Może to, może siamto. W
każdym razie trzeba robić badania, najlepiej u niego (kosztowniejsze niż w innym
miejscu!) Ocenił wyniki męża jako całkiem niezłe. Odradzał mi mierzenie
temperatury, bo to tylko stres. Odradzał też czekanie ze współżyciem na
owulację. W sprawie temperatury nie posłuchałam, bo to dla mnie nie był żaden
stres, ale w drugiej sprawie, owszem, posłuchaliśmy...
Przeprowadziliśmy się, zamieszanie i zmęczenie. Powoli normowaliśmy życie w
nowym miejscu, mąż ciągle coś przykręcał, malował, wiercił, ulepszał. Ja
myślałam "Po co to wszystko?". Wcale mi się nie chciało sprzątać, wieszać
obrazków, układać w szafach. A tu jeszcze, akurat na początku nowego cyklu,
dwutygodniowa podróż. Było to zaplanowane już dawno, trasa bardzo ciekawa, ale
pakując rzeczy do wyjazdu myślałam: "Powinnam zostać, akurat początek cyklu,
pójdę do tego lekarza, którego polecała mi koleżanka, on zrobi USG pęcherzyka
przed owulacją i po... A może jestem w ciąży, to też lepiej, żebym została..."
Wyjechaliśmy. Piękne miejsce, w którym byliśmy wcześniej, wspomnienia bardzo
romantyczne. Miałam jeszcze nadzieję ma ciążę, ale pojawił się okres. Tym razem
o dziwo obyło się bez płaczu. Chodziliśmy w łagodnym deszczyku po górskich
serpentynach, a ja myślałam, że na pewno dziecko mieć będziemy. Mąż powiedział,
że jeszcze nie myśli o adopcji. Wiedziałam, że będziemy mieć dziecko. Od
pewnego czasu coraz bardziej akceptowałam adopcję i wiedziałam, że on jest na
tyle wielkoduszny, że też zaakceptuje - przecież za małodusznego bym nie wyszła.
Uwielbiam swojego męża na takich wyprawach, bo o wszystkim wszystko wie i umie
korzystać z map. Zachłannie oglądaliśmy muzea i krajobrazy w naszym własnym
tempie, zatrzymywaliśmy się tam, gdzie się nam spodobało, bez poganiania przez
przewodnika. Ale wyprawa dała mi też nieźle w kość i dlatego na ciążę tym razem
wcale nie liczyłam, spisałam już ten cykl na straty. Pokój w hotelu przesycony
zapachem papierosów. Pięty obtarte od chodzenia. Nie mam swojej ulubionej
odżywki do włosów. Co parę dni nowy nocleg - uff, miałam już dość pakowania się
i rozpakowywania w nowym miejscu. Za dużo lekkich ubrań, za mało grubych.
Grzałka się spaliła. Wróciliśmy po dwóch tygodniach z kupą prania. Wszędzie
dobrze, ale nalepiej tam, gdzie odżywka do włosów jest na swoim miejscu.
W trzecim tygodniu cyklu upławy. Znowu poszłam do ginekologa, znowu posiew. Po 5
dniach wynik: flora bakteryjna prawidłowa. O co w takim razie chodziło z tymi
upławami? I dlaczego ciągle nie jestem w ciąży? Lekarz zaczyna mówić o blokadzie
psychiki, przytacza przykłady małżeństw, które się "wyluzowały", przestały
myśleć o dziecku i wtedy się dziecko pojawiło. Poszłam jeszcze na konsultację do
mojej pani ginekolog. "Jeszcze wcale tak długo się Państwo nie starają" -
powiedziała. "Wyniki są prawidłowe, chyba to czynnik psychologiczny. A może
jajowody niedrożne... Jeżeli jest pani zdecydowana, niech Pani do mnie przyjdzie
w pierwszym dniu miesiączki, wtedy ustalimy termin HSG". Dobrze. Zaplanowałam
sobie, żeby do niej pójść w poniedziałek, kiedy miał być drugi dzień miesiączki.
Minął 28. dzień cyklu. Minął 29. Minął 30. Temperatura ciągle utrzymywała się w
granicach 37 stopni. W 31. dniu cyklu kupiłam rano w aptece test. To był
pierwszy test, jaki zużyliśmy, wcześniej cykle pojawiały się regularnie, nawet
jeżeli było opóźnienie, to z obserwacji wiedzieliśmy, że spóźniła się też
owulacja. Niecierpliwie czekałam, aż wyjdę z pracy. W domu zamoczyłam test w
czym trzeba, mąż zaczął odmierzać czas. Po trzech minutach podszedł do testu i
mówi: Dwie kreski! Jesteś w ciąży!
dziecko, a tu nic. Skierowała mnie na badania hormonalne i USG w drugiej fazie
cyklu, a męża na badanie nasienia. USG potwierdziło to, na co wskazywały
obserwacje: była owulacja. Macica prawidłowa. Hormony (progesteron, prolaktyna,
TSH) w widełkach normy.
Mijały miesiące, kolejne regularne okresy witałam płaczem zawodu. Z czasem do
tych płaczów przyzwyczaił się nawet mąż. Miałam dość chodzenia do pracy,
słuchania idiotycznych rozmów, wykonywania rutynowych czynności. Moja pani
ginekolog radziła, żeby wcale nie myśleć o ciąży, wtedy najłatwiej o poczęcie.
Ba, tylko jak to zrobić, żeby nie myśleć? Wbijałam sobie w głowę, że mam 33
lata, a nie 23.
Zaczęliśmy się rozglądać za większym mieszkaniem. Szukanie, jeżdżenie,
porównywanie. Ale ja i tak myślałam głównie o ciąży. Kupiliśmy w końcu
mieszkanie z miejscem dla dzieci. Ale dzieci nie ma. Remont, wykańczanie,
planowanie, mąż pilnuje, szuka, wymyśla, a ja sobie myślę "Po jakiego groma?
Trzeba było siedzieć w tym małym, dla nas dwojga by wystarczyło."
Po jakimś czasie zaczęły się u mnie stany zapalne. Mniej więcej co dwa miesiące.
Jeden lek, drugi - moja ginekolog leczyła mnie na grzybicę. Poszliśmy do
ginekologa-androloga. Zaaplikował mężowi witaminy, kazał chodzić w bokserkach
zamiast slipek. Mnie kazał przyjść na początku następnego cyklu, zeby zacząć
"program". Nie dopytałam go, o jaki program chodzi. Dał mi też lek
przeciwgrzybiczny, bo podczas badania zobaczył stan zapalny. Nie czułam wtedy
objawów stanu zapalnego, ale podczas stosowania leku zaczęłam zauważać upławy i
świąd. Zadzwoniłam do niego: Panie doktorze, chyba nie ma sensu stosowanie tego
leku... Niech pani weźmie do końca - odpowiedział. Straciłam do niego zaufanie i
więcej nie poszłam (nie wiem, czy słusznie, czy nie).
Poszłam do zakładowego lekarza, który zrobił posiew z pochwy (nikt wcześniej o
tym nie wspomniał). Wyszły różne bakterie, ale nie grzyby. Dostałam antybiotyk,
ale miesiąc później znowu upławy. Znowu posiew i antybiotyki. Tym razem
antybiotyków nie brałam, bo uznałam, że tylko zmniejszam swoją naturalną
odporność. Ten lekarz jako kolejny stwierdził tyłozgięcie, ale jako pierwszy
powiedział mi, że może to być przeszkodą w dotarciu plemników tam gdzie trzeba.
Zasugerował poleżenie na brzuchu po stosunku. Myślałam, że jak tylko zastosujemy
się do tych sugestii, zajdę w ciążę...
Mąż był jeszcze na kontroli nasienia: dwa miesiące po przebytej wysokiej
temperaturze wynik był słaby. Kolejny, kiedy od tej wysokiej temperatury minęły
trzy miesiące, bardzo dobry.
Zaczęłam myśleć o poszukaniu "dobrego lekarza", który zacznie "coś robić". Jakiś
ginekolog doradził mi "skorzystanie z technik wspomaganego rozrodu" ze względu
na wiek. Kolejnego lekarza poleciła mi koleżanka. W gabinecie zdjęcia dzieci i
amerykańskie dyplomy, w poczekalni pełno pacjentek. Zaimponował mi dokładnością
wywiadu (czy ma pani rodzeństwo i czy to rodzeństwo ma dzieci? jakiej płci), ale
wydawało mi się, że pacjentki są mu potrzebne do kolejnych publikacji naukowych
(co w koncu nie jest niczym złym, ale jakoś mnie nie ujęło). Obejrzał moje
wyniki, powiedział, że USG trzeba by zrobić przed owulacją, pomierzyć
pęcherzyki. Wspomniał też, że rok i pięć miesięcy to jeszcze może być za krótki
czas. Ale może mam zrosty. Może prolaktyna za wysoka. Może to, może siamto. W
każdym razie trzeba robić badania, najlepiej u niego (kosztowniejsze niż w innym
miejscu!) Ocenił wyniki męża jako całkiem niezłe. Odradzał mi mierzenie
temperatury, bo to tylko stres. Odradzał też czekanie ze współżyciem na
owulację. W sprawie temperatury nie posłuchałam, bo to dla mnie nie był żaden
stres, ale w drugiej sprawie, owszem, posłuchaliśmy...
Przeprowadziliśmy się, zamieszanie i zmęczenie. Powoli normowaliśmy życie w
nowym miejscu, mąż ciągle coś przykręcał, malował, wiercił, ulepszał. Ja
myślałam "Po co to wszystko?". Wcale mi się nie chciało sprzątać, wieszać
obrazków, układać w szafach. A tu jeszcze, akurat na początku nowego cyklu,
dwutygodniowa podróż. Było to zaplanowane już dawno, trasa bardzo ciekawa, ale
pakując rzeczy do wyjazdu myślałam: "Powinnam zostać, akurat początek cyklu,
pójdę do tego lekarza, którego polecała mi koleżanka, on zrobi USG pęcherzyka
przed owulacją i po... A może jestem w ciąży, to też lepiej, żebym została..."
Wyjechaliśmy. Piękne miejsce, w którym byliśmy wcześniej, wspomnienia bardzo
romantyczne. Miałam jeszcze nadzieję ma ciążę, ale pojawił się okres. Tym razem
o dziwo obyło się bez płaczu. Chodziliśmy w łagodnym deszczyku po górskich
serpentynach, a ja myślałam, że na pewno dziecko mieć będziemy. Mąż powiedział,
że jeszcze nie myśli o adopcji. Wiedziałam, że będziemy mieć dziecko. Od
pewnego czasu coraz bardziej akceptowałam adopcję i wiedziałam, że on jest na
tyle wielkoduszny, że też zaakceptuje - przecież za małodusznego bym nie wyszła.
Uwielbiam swojego męża na takich wyprawach, bo o wszystkim wszystko wie i umie
korzystać z map. Zachłannie oglądaliśmy muzea i krajobrazy w naszym własnym
tempie, zatrzymywaliśmy się tam, gdzie się nam spodobało, bez poganiania przez
przewodnika. Ale wyprawa dała mi też nieźle w kość i dlatego na ciążę tym razem
wcale nie liczyłam, spisałam już ten cykl na straty. Pokój w hotelu przesycony
zapachem papierosów. Pięty obtarte od chodzenia. Nie mam swojej ulubionej
odżywki do włosów. Co parę dni nowy nocleg - uff, miałam już dość pakowania się
i rozpakowywania w nowym miejscu. Za dużo lekkich ubrań, za mało grubych.
Grzałka się spaliła. Wróciliśmy po dwóch tygodniach z kupą prania. Wszędzie
dobrze, ale nalepiej tam, gdzie odżywka do włosów jest na swoim miejscu.
W trzecim tygodniu cyklu upławy. Znowu poszłam do ginekologa, znowu posiew. Po 5
dniach wynik: flora bakteryjna prawidłowa. O co w takim razie chodziło z tymi
upławami? I dlaczego ciągle nie jestem w ciąży? Lekarz zaczyna mówić o blokadzie
psychiki, przytacza przykłady małżeństw, które się "wyluzowały", przestały
myśleć o dziecku i wtedy się dziecko pojawiło. Poszłam jeszcze na konsultację do
mojej pani ginekolog. "Jeszcze wcale tak długo się Państwo nie starają" -
powiedziała. "Wyniki są prawidłowe, chyba to czynnik psychologiczny. A może
jajowody niedrożne... Jeżeli jest pani zdecydowana, niech Pani do mnie przyjdzie
w pierwszym dniu miesiączki, wtedy ustalimy termin HSG". Dobrze. Zaplanowałam
sobie, żeby do niej pójść w poniedziałek, kiedy miał być drugi dzień miesiączki.
Minął 28. dzień cyklu. Minął 29. Minął 30. Temperatura ciągle utrzymywała się w
granicach 37 stopni. W 31. dniu cyklu kupiłam rano w aptece test. To był
pierwszy test, jaki zużyliśmy, wcześniej cykle pojawiały się regularnie, nawet
jeżeli było opóźnienie, to z obserwacji wiedzieliśmy, że spóźniła się też
owulacja. Niecierpliwie czekałam, aż wyjdę z pracy. W domu zamoczyłam test w
czym trzeba, mąż zaczął odmierzać czas. Po trzech minutach podszedł do testu i
mówi: Dwie kreski! Jesteś w ciąży!