Moja historia przypomina setki, a może tysiące innych. Najpierw cudowny ślub, plany, marzenia. Wszystko takie różowe, roześmiane. Na początku mój mąż nie chciał dziecka, chciał poczekać, pożyć we dwoje.
Rozumiałam i nawet czułam chwilami to samo, choć z drugiej strony tak bardzo mnie ciągnęło do dzieci. Po pół roku naszego małżeństwa u mnie w pracy zaczęły się problemy. Postanowiliśmy więc, że to chyba najlepszy czas na maleństwo. Tak się cieszyłam, że mąż się zdecydował, że nie musiałam go przekonywać, że warto.
Szalałam z radości. Każdego miesiąca myślałam, że to już. Miałam ochotę biec po test ciążowy, by ujrzeć upragnione dwie kreseczki. I każdego miesiąca w środku wpadałam w dziką rozpacz, gdy okazywało się, że jednak nie, że jeszcze się nie udało.
Spóźniliśmy się. Mąż poszedł na badanie. Ja czekałam pod gabinetem. Po obejrzeniu wyniku męża wszystko było jasne. Wyrok zapadł- in vitro. Nie byłam chyba na to przygotowana, nie wiem czy w ogóle można być na cos takiego przygotowanym.
Nie wiedziałam co mam zrobić, co mam powiedzieć, wiedziałam, że nie mogę się rozkleić ze względu na męża, że jemu też jest trudno, że to dla niego cios. Pamiętam w jaką rozpacz wpadłam wieczorem, nie mogłam opanować łez, tak strasznie było mi przykro, że akurat na nas padło.
Mijały miesiące. Rok po otrzymaniu wyroku podeszłam do ICSI i pierwszego transferu nieudanego. Znów łzy. Nie mogłam patrzeć na koleżanki z dziećmi, nie chciałam się z nikim spotykać, miałam wszystkiego dość. Za miesiąc kolejny transfer. 3 stycznia tego roku zobaczyłam dwie wyraźne kreski na teście. Nie mogłam uwierzyć i nacieszyć się, choć tyle było we mnie strachu.
Moje dziecko dostało wyrok śmierci. Mój mały synek, jak się później okazało, miał zniknąć z naszego życia. Miało go nie być, jak przecież był, wciąż biło serduszko, miałam podpisać na niego wyrok śmierci, na moje upragnione dziecko.
Zawalił się cały świat. Wszystko przestało się liczyć. Jeszcze się łudziłam, że może lekarz się pomylił. Miałam wrażenie jakby to nie dotyczyło mnie, jakby to było życie i historia kogoś innego. Nie docierało to do mnie. Czekałam na amniopunkcję, miałam na nią w pierwszym wariancie czekać 4 tyg, kolejne 3 czekać na wynik, jak gdyby nigdy nic. Moje dziecko podjęło decyzje za mnie. Synku, jaka ja ci jestem za to wdzięczna. 20 marca mojemu synkowi przesłało bić serduszko, 23- urodziłam go - takie maleństwo wielkości dłoni, mój skarb, który odszedł na zawsze. Cieszyłam się, że mnie tak bardzo bolało, bo przez to łatwiej mi było się z nim pożegnać. Na oddziale podczas badań moje dziecko było sensacją, ciekawym, rzadkim przypadkiem medycznym. Lekarze, stażyści drukowali sobie zdjęcia z usg na pamiątkę ciekawego zjawiska. A ja w środku umierałam razem z moim dzieckiem.
Po wszystkim cieszyłam się, że to już po, że to już za mną. Rozpacz zaczęła się gdy wróciłam do domu. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca, wtedy tak naprawdę wszystko do mnie dotarło. Pojawiały się wyrzuty sumienia, że byłam tak wyrodna, że to wszystko moja wina, bo się nie cieszyłam, bo tak strasznie chciałam córkę, bo tak bardzo nie chciałam dwojga. Myślałam, że jak przyjdzie wynik badania i okaże się, że to chłopiec - będzie łatwej.
Nie było- było jeszcze gorzej. Czułam się tak bardzo winna, że własnym myśleniem, własnymi wyobrażeniami zabiłam swojego synka. Od tego dnia minęły prawie 3 miesiące, a ja nadal na samą myśl o moim dziecku płaczę. Liczę ciągle tygodnie, zastanawiam się jak bym wyglądała gdybym nadal była w ciąży, jaki bym miała brzuszek, jakie to uczucie poczuć pierwszy ruch dziecko, dostać pierwszego kopniaka od synka.
Jak to wszystko uczy człowieka pokory. Już nie ma dla mnie znaczenia czy to będzie chłopczyk czy dziewczynka, czy będzie jedno czy dwoje- byle było, byle żyło, byle wszystkie narządy i części ciała miało na miejscu. Tak przeokropnie zazdroszczę kobietom , które tego nie przeżyły takiej zwykłej wiary, że wszystko musi być dobrze. Kiedyś też tak myślałam. A teraz na widok każdego wózka, każdego brzucha i szczęśliwej jego właścicielki, wpadam w dziką rozpacz.
Ogarnia nie złość, zazdrość i zawiść, że to nie ja. Już nie wierzę w cud. Już nie wierze, że może i musi być dobrze. Ogarnia przerażenia na samą myśl o kolejnej ciąży, o tym co może się stać. Wiem za dużo. Dużo za dużo, by móc po prostu się cieszyć, jeśli ujrzę dwie upragnione kreski na teście, o ile w ogóle je ujrzę. Niewiedza jest zbawienna. Wiary w to, że jak to napisała pewna Ania: dwie kreski na teście= szczęśliwe 9 miesięcy= cudowne, zdrowe i żywe maleństwo. Ja już nie mam tej wiary. Po śmierci dziecka nic już nie jest takie samo, bez względu na to jak duże ono było, czy odeszło nagle czy po długiej walce. Miałam tyle planów, tyle marzeń, wybrane łóżeczko, ubranka, wózek, imiona(prawie). Wszystko było w mojej głowie takie szczęśliwe, różowe, takie idealne. Tak bardzo kochałam to dziecko i tak go pragnęłam. Nie wiele osób wie o tym co nas spotkało, a nawet jeśli wiedzą to zupełnie nieświadomie opowiadają, jak to cudownie jest mieć dzieci, jakie są kochane, a ja umieram, bo jak być mama bez dziecka, które odeszło, którego ruchów nawet się nie poczuło, nigdy nie nakarmiło, nie wzięło na ręce, nie przytuliło. Jak żyć?
Wczoraj zadzwoniła moja przyjaciółka, która powiedziała, że jest w ciąży, a ja nawet nie potrafiłam jej powiedzieć, że się cieszę, tylko wpadłam w rozpacz. Nie cieszyłam się. Nawet nie wiedział, że człowieku może być tyle zazdrości izawiści. Czasem myślę, że na ciąże i dziecko trzeba sobie zasłużyć, więc może my nie zasługujemy, może nie miałoby z nami dobrze. Nie wiem jak będzie dalej. Nie umiem patrzeć optymistycznie w przyszłość. Ból nie minął, a rozpacz i tęsknota wraca falami. Co będzie dalej, czas pokaże. Mam tylko nadzieję, że los powtórnie nas tak nie doświadczy. Nadzieja, tylko ona gdzieś na dnie jeszcze pozostała.
Szalałam z radości. Każdego miesiąca myślałam, że to już. Miałam ochotę biec po test ciążowy, by ujrzeć upragnione dwie kreseczki. I każdego miesiąca w środku wpadałam w dziką rozpacz, gdy okazywało się, że jednak nie, że jeszcze się nie udało.
Spóźniliśmy się. Mąż poszedł na badanie. Ja czekałam pod gabinetem. Po obejrzeniu wyniku męża wszystko było jasne. Wyrok zapadł- in vitro. Nie byłam chyba na to przygotowana, nie wiem czy w ogóle można być na cos takiego przygotowanym.
Nie wiedziałam co mam zrobić, co mam powiedzieć, wiedziałam, że nie mogę się rozkleić ze względu na męża, że jemu też jest trudno, że to dla niego cios. Pamiętam w jaką rozpacz wpadłam wieczorem, nie mogłam opanować łez, tak strasznie było mi przykro, że akurat na nas padło.
Mijały miesiące. Rok po otrzymaniu wyroku podeszłam do ICSI i pierwszego transferu nieudanego. Znów łzy. Nie mogłam patrzeć na koleżanki z dziećmi, nie chciałam się z nikim spotykać, miałam wszystkiego dość. Za miesiąc kolejny transfer. 3 stycznia tego roku zobaczyłam dwie wyraźne kreski na teście. Nie mogłam uwierzyć i nacieszyć się, choć tyle było we mnie strachu.
Moje dziecko dostało wyrok śmierci. Mój mały synek, jak się później okazało, miał zniknąć z naszego życia. Miało go nie być, jak przecież był, wciąż biło serduszko, miałam podpisać na niego wyrok śmierci, na moje upragnione dziecko.
Zawalił się cały świat. Wszystko przestało się liczyć. Jeszcze się łudziłam, że może lekarz się pomylił. Miałam wrażenie jakby to nie dotyczyło mnie, jakby to było życie i historia kogoś innego. Nie docierało to do mnie. Czekałam na amniopunkcję, miałam na nią w pierwszym wariancie czekać 4 tyg, kolejne 3 czekać na wynik, jak gdyby nigdy nic. Moje dziecko podjęło decyzje za mnie. Synku, jaka ja ci jestem za to wdzięczna. 20 marca mojemu synkowi przesłało bić serduszko, 23- urodziłam go - takie maleństwo wielkości dłoni, mój skarb, który odszedł na zawsze. Cieszyłam się, że mnie tak bardzo bolało, bo przez to łatwiej mi było się z nim pożegnać. Na oddziale podczas badań moje dziecko było sensacją, ciekawym, rzadkim przypadkiem medycznym. Lekarze, stażyści drukowali sobie zdjęcia z usg na pamiątkę ciekawego zjawiska. A ja w środku umierałam razem z moim dzieckiem.
Po wszystkim cieszyłam się, że to już po, że to już za mną. Rozpacz zaczęła się gdy wróciłam do domu. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca, wtedy tak naprawdę wszystko do mnie dotarło. Pojawiały się wyrzuty sumienia, że byłam tak wyrodna, że to wszystko moja wina, bo się nie cieszyłam, bo tak strasznie chciałam córkę, bo tak bardzo nie chciałam dwojga. Myślałam, że jak przyjdzie wynik badania i okaże się, że to chłopiec - będzie łatwej.
Nie było- było jeszcze gorzej. Czułam się tak bardzo winna, że własnym myśleniem, własnymi wyobrażeniami zabiłam swojego synka. Od tego dnia minęły prawie 3 miesiące, a ja nadal na samą myśl o moim dziecku płaczę. Liczę ciągle tygodnie, zastanawiam się jak bym wyglądała gdybym nadal była w ciąży, jaki bym miała brzuszek, jakie to uczucie poczuć pierwszy ruch dziecko, dostać pierwszego kopniaka od synka.
Jak to wszystko uczy człowieka pokory. Już nie ma dla mnie znaczenia czy to będzie chłopczyk czy dziewczynka, czy będzie jedno czy dwoje- byle było, byle żyło, byle wszystkie narządy i części ciała miało na miejscu. Tak przeokropnie zazdroszczę kobietom , które tego nie przeżyły takiej zwykłej wiary, że wszystko musi być dobrze. Kiedyś też tak myślałam. A teraz na widok każdego wózka, każdego brzucha i szczęśliwej jego właścicielki, wpadam w dziką rozpacz.
Ogarnia nie złość, zazdrość i zawiść, że to nie ja. Już nie wierzę w cud. Już nie wierze, że może i musi być dobrze. Ogarnia przerażenia na samą myśl o kolejnej ciąży, o tym co może się stać. Wiem za dużo. Dużo za dużo, by móc po prostu się cieszyć, jeśli ujrzę dwie upragnione kreski na teście, o ile w ogóle je ujrzę. Niewiedza jest zbawienna. Wiary w to, że jak to napisała pewna Ania: dwie kreski na teście= szczęśliwe 9 miesięcy= cudowne, zdrowe i żywe maleństwo. Ja już nie mam tej wiary. Po śmierci dziecka nic już nie jest takie samo, bez względu na to jak duże ono było, czy odeszło nagle czy po długiej walce. Miałam tyle planów, tyle marzeń, wybrane łóżeczko, ubranka, wózek, imiona(prawie). Wszystko było w mojej głowie takie szczęśliwe, różowe, takie idealne. Tak bardzo kochałam to dziecko i tak go pragnęłam. Nie wiele osób wie o tym co nas spotkało, a nawet jeśli wiedzą to zupełnie nieświadomie opowiadają, jak to cudownie jest mieć dzieci, jakie są kochane, a ja umieram, bo jak być mama bez dziecka, które odeszło, którego ruchów nawet się nie poczuło, nigdy nie nakarmiło, nie wzięło na ręce, nie przytuliło. Jak żyć?
Wczoraj zadzwoniła moja przyjaciółka, która powiedziała, że jest w ciąży, a ja nawet nie potrafiłam jej powiedzieć, że się cieszę, tylko wpadłam w rozpacz. Nie cieszyłam się. Nawet nie wiedział, że człowieku może być tyle zazdrości izawiści. Czasem myślę, że na ciąże i dziecko trzeba sobie zasłużyć, więc może my nie zasługujemy, może nie miałoby z nami dobrze. Nie wiem jak będzie dalej. Nie umiem patrzeć optymistycznie w przyszłość. Ból nie minął, a rozpacz i tęsknota wraca falami. Co będzie dalej, czas pokaże. Mam tylko nadzieję, że los powtórnie nas tak nie doświadczy. Nadzieja, tylko ona gdzieś na dnie jeszcze pozostała.