Leżę z Małgosią w łóżku. Światło jest już
zgaszone. Późno, czas spać.
Małgosia dzieli się jeszcze wrażeniami w koncertu jazzowego, z którego właśnie wróciłyśmy.
I po chwili, ku swojemu zaskoczeniu, słyszę jak mówi cichutko:
– Wiesz mamusiu, czuję tak w żołądku, jakby mnie ktoś odrzucił.
Głaszczę ją po głowie .
– No, coś ty, nikt ciebie nie odrzucił . Jesteś moim największym skarbem, słoneczkiem. Nie mogę bez ciebie żyć...
Małgosia chwilę milczy:
- A jak ja się kiedyś nazywałam ?
Doskonale wiem, ale przecież jej tego nie powiem. Osiem lat to nie wiek na niesienie takiego bagażu. Jestem zadowolona, że jest ciemno. Kłamię :
- Nie wiem córciu, Nie wiem .....
Muszę pamiętać, aby rano schować jej karty leczenia szpitalnego z okresu poprzedzającego adopcję. Dobrze schować.....
Słyszę cichutkie chlipanie.
- Córeńko, co się stało, dlaczego płaczesz ?
Wyciągam rękę i włączam lampkę. Małgonia ma oczy pełne łez.
- Co się stało ?
Obejmuję ją i przytulam. Małgosia łapie mnie za szyję, przywiera do mnie całym ciałem, i po chwili pyta:
- A dlaczego ta mama, która mnie urodziła zostawiła mnie ?
Co mam odpowiedzieć Tobie, córciu...Nie wiem. Wielokrotnie nad tym zastanawiałam się . Po prostu nie wiem, mam zbyt mało informacji, aby wyciągać jakieś wnioski, aby dokonywać ocen.
- Córciu, ona na pewno nie zostawiła ciebie...Coś musiało się stać...
Małgosia łamiącym się głosem zaprzecza:
- Ale ja pamiętam, zostawiła mnie, włożyła do łóżeczka i sobie poszła.....
- Chyba pamiętasz opiekunki z domu dziecka.
- Nie.... Bo opiekunki miały fartuszki, a ona nie miała... Tylko nie pamiętam jej twarzy...
- A może to mnie pamiętasz; przychodziłam do domu dziecka i kładłam ciebie do łóżeczka.
- Nie, to nie byłaś ty. Ty mówiłaś do mnie ; zaśnij już, zaśnij...
Drobniutka twarz mojego dziecka jest mokra od łez.
- Mamo, a nie pogniewasz się ?
- No, nie ....– zachęcam dziecko do kontynuowania wypowiedzi.
- Bo ja chcę ją poznać, ale tylko poznać. Ja nie zostawię ciebie i do niej nie pójdę, ale chcę ja poznać .
- Córciu, gdy będziesz starsza, pomogę ci ją odnaleźć. I zrobisz jak zechcesz...
- A ty nie będziesz smutna?
- Nie, nie będę.
Małgosia powoli uspokaja się. Wycieram jej łzy, a ona obejmuje mnie za szyję i cicho mówi:
- Kocham ciebie... Opowiedz mi , jak mnie zabrałaś z domu dziecka, ale tak od początku, no wiesz ...
Gaszę światło. Leżąc z wtulonym we mnie dzieckiem opowiadam po raz kolejny naszą historię.
- ...I jak przyjechałam do domu dziecka, żeby już zabrać ciebie to domu , to tak szybko do mnie biegłaś, że się przewróciłaś ....
- Pamiętam, i ubrałaś mnie w taka czerwoną sukieneczkę....
Małgosia wycisza się, usypia.
Wsłuchuję się w jej równy oddech i nie mogę usnąć...
Małgosia jest ze mną blisko pięć lat. Ponad dwa lata była w domu dziecka. Trafiła tam , gdy miała półtora roku. Czy to możliwe, żeby tyle pamiętała ?
Córciu, gdy dorośniesz pomogę odnaleźć ci twoją biologiczną matkę, jeżeli nadal będziesz tego chciała, Niezależnie od tego co sama będę czuła. Ona przecież istnieje , i to niezależnie od tego, czy przyjmuję ten fakt do wiadomości czy nie. Ona jest. Ale to ja mam to wielkie szczęście, że ciebie wychowuję, że towarzyszę Ci w codziennych osiągnięciach, radościach i smutkach.
Jestem wielką szczęściarą ...
Grudzień 2004.
Nadesłała duha
Małgosia dzieli się jeszcze wrażeniami w koncertu jazzowego, z którego właśnie wróciłyśmy.
I po chwili, ku swojemu zaskoczeniu, słyszę jak mówi cichutko:
– Wiesz mamusiu, czuję tak w żołądku, jakby mnie ktoś odrzucił.
Głaszczę ją po głowie .
– No, coś ty, nikt ciebie nie odrzucił . Jesteś moim największym skarbem, słoneczkiem. Nie mogę bez ciebie żyć...
Małgosia chwilę milczy:
- A jak ja się kiedyś nazywałam ?
Doskonale wiem, ale przecież jej tego nie powiem. Osiem lat to nie wiek na niesienie takiego bagażu. Jestem zadowolona, że jest ciemno. Kłamię :
- Nie wiem córciu, Nie wiem .....
Muszę pamiętać, aby rano schować jej karty leczenia szpitalnego z okresu poprzedzającego adopcję. Dobrze schować.....
Słyszę cichutkie chlipanie.
- Córeńko, co się stało, dlaczego płaczesz ?
Wyciągam rękę i włączam lampkę. Małgonia ma oczy pełne łez.
- Co się stało ?
Obejmuję ją i przytulam. Małgosia łapie mnie za szyję, przywiera do mnie całym ciałem, i po chwili pyta:
- A dlaczego ta mama, która mnie urodziła zostawiła mnie ?
Co mam odpowiedzieć Tobie, córciu...Nie wiem. Wielokrotnie nad tym zastanawiałam się . Po prostu nie wiem, mam zbyt mało informacji, aby wyciągać jakieś wnioski, aby dokonywać ocen.
- Córciu, ona na pewno nie zostawiła ciebie...Coś musiało się stać...
Małgosia łamiącym się głosem zaprzecza:
- Ale ja pamiętam, zostawiła mnie, włożyła do łóżeczka i sobie poszła.....
- Chyba pamiętasz opiekunki z domu dziecka.
- Nie.... Bo opiekunki miały fartuszki, a ona nie miała... Tylko nie pamiętam jej twarzy...
- A może to mnie pamiętasz; przychodziłam do domu dziecka i kładłam ciebie do łóżeczka.
- Nie, to nie byłaś ty. Ty mówiłaś do mnie ; zaśnij już, zaśnij...
Drobniutka twarz mojego dziecka jest mokra od łez.
- Mamo, a nie pogniewasz się ?
- No, nie ....– zachęcam dziecko do kontynuowania wypowiedzi.
- Bo ja chcę ją poznać, ale tylko poznać. Ja nie zostawię ciebie i do niej nie pójdę, ale chcę ja poznać .
- Córciu, gdy będziesz starsza, pomogę ci ją odnaleźć. I zrobisz jak zechcesz...
- A ty nie będziesz smutna?
- Nie, nie będę.
Małgosia powoli uspokaja się. Wycieram jej łzy, a ona obejmuje mnie za szyję i cicho mówi:
- Kocham ciebie... Opowiedz mi , jak mnie zabrałaś z domu dziecka, ale tak od początku, no wiesz ...
Gaszę światło. Leżąc z wtulonym we mnie dzieckiem opowiadam po raz kolejny naszą historię.
- ...I jak przyjechałam do domu dziecka, żeby już zabrać ciebie to domu , to tak szybko do mnie biegłaś, że się przewróciłaś ....
- Pamiętam, i ubrałaś mnie w taka czerwoną sukieneczkę....
Małgosia wycisza się, usypia.
Wsłuchuję się w jej równy oddech i nie mogę usnąć...
Małgosia jest ze mną blisko pięć lat. Ponad dwa lata była w domu dziecka. Trafiła tam , gdy miała półtora roku. Czy to możliwe, żeby tyle pamiętała ?
Córciu, gdy dorośniesz pomogę odnaleźć ci twoją biologiczną matkę, jeżeli nadal będziesz tego chciała, Niezależnie od tego co sama będę czuła. Ona przecież istnieje , i to niezależnie od tego, czy przyjmuję ten fakt do wiadomości czy nie. Ona jest. Ale to ja mam to wielkie szczęście, że ciebie wychowuję, że towarzyszę Ci w codziennych osiągnięciach, radościach i smutkach.
Jestem wielką szczęściarą ...
Grudzień 2004.
Nadesłała duha