Ta historia zdarzyła się już ponad 4 lata temu. Już kiedyś ją gdzieś opisałam. Może będzie zachętą dla par borykających się z problemem niepłodności. In vitro to nie wyrok - to szansa!
O dzieci staraliśmy się ponad 2 lata. Po roku diagnoza - nie możecie mieć dzieci. Nie pan. Pani to i owszem, wygląda na to, że jest wszystko w porządku. Ale pana nasienie nie rokuje nadziei na potomka. Może spróbujecie inseminacji z nasieniem dawcy?... Ewentualnie możecie spróbować in vitro...
Diagnoza nas powaliła. Bezduszny lekarz przekazuje ją w taki sposób, że ryczę całą noc i odechciewa mi się żyć. Dla mnie jest jak wyrok. Mąż próbuje mnie pocieszać, jednak sam jest zgaszony i nie brzmi to przekonująco.
Dużo pomaga mi wtedy forum BOCIAN. Dziewczyno, to nie żaden wyrok, słyszę. Ciesz sie, ze masz możliwość próbowania i że obecna medycyna już może ci pomóc. Trzeźwieję. No i dobrze. Tego mi trzeba.
Dużo pomogają mi też osoby z naszego zboru baptystów. Modlą się o nasze dziecko, jednak Bóg nie chce wtedy odpowiedzieć na nasze modlitwy. Dlaczego? Tego nie wiemy. Modlą się też o nasze małżeństwo, żebysmy to razem nieśli. Tu Bóg pomaga.
Inseminacja nasieniem dawcy nie wchodziła w grę. Może adopcja? Odwiedzamy ośrodek adopcyjny. Przeraża nas perspektywa paroletniego czekania na dziecko w bezczynności. Przynajmniej spróbujmy walczyć o nasze biologiczne maleństwo.
Próbujemy zwykłej inseminacji. Nie udaje się. Szok. Porażka. Łzy. Jakoś się nastawiłam że musi się udać. A tu kicha. In vitro cholernie drogie, tyle kasy to nie mamy, chyba że jakiś kredyt... U nas we Wrocku ok. 12-15 tys z lekami... Postanawiamy odłożyć chociaż część pieniędzy i spróbować za rok.
W lutym 2008 spotykam na spotkaniu koleżeńskim w Warszawie koleżankę z podstawówki, Ewę, niewidzianą 15 lat. Okazuje się, że jest ginekologiem i ściśle współpracuje z białostocką kliniką z dr D. Robi tam doktorat. Nie czekajcie, mówi nam. Na wiosnę jest dobry czas, wszystko budzi się do życia, będzie dobrze... A w Białymstoku to taniej, sam zabieg 3500. Plus leki, zobaczymy jak będziesz reagowała. Poprowadzę twoją stymulację.
Decyzja jest szybka, szalona, taka na wariackich papierach. Parę tysięcy pożycza mama, z komentarzem, że pewnie to będą pieniądze wyrzucone w błoto. Nie zrażamy się tym. Po marcowej stymulacji jedziemy w kwietniu do BS.
Zbór modli się o to by Bóg błogosławił tam naszym staraniom. Moja przyjaciółka, mama czworga dzieci (w tym bliźniaków) modli się o bliźniaki dla nas. Zgadzam się na wszystko.
Doktor D. jest miłym człowiekiem i wspaniałym lekarzem. Dokładnie bada, zleca świeże testy. Reaguję pokazowo na stymulację. Rosną 22 pęcherzyki.
Punkcja. Pobranych zostaje 16 ślicznych jajeczek. Zapładnia się 14. Do stadium blastocysty dochodzi 11.
2 zarodki zabieram od razu. Reszta na zimowisko.
A jeśli będą bliźniaki, pyta Ewa. To będzie super, mówię.
Nie wracam już do pracy. Czekam na wyniki. Jestem dziwnie spokojna. W 9dpt robię sikańca, tak dla picu, bo wydaje mi się że to jeszcze za wcześnie i wynik będzie i tak zafałszowany przez leki. No ale nie mogę się oprzeć żeby nie zobaczyć, być może, 2 kresek, nawet fałszywych. No i widzę. Sikam jeszcze 2 razy na następne testy (kupiłam ich hurtem na allegro 15 sztuk), niezmiennie widzę 2 kreski. Szkoda, że fałszywe, myślę sobie. Na wszelki wypadek piszę do Ewy. Gratuluję, jesteś w ciąży, może nawet bliźniaczej, bo beta pewnie wysoka, skoro już sikaniec wyszedł - czytam i literki mi się zamazują. Nic już nie widzę. Płaczę.
Pędzę na betę. Jest piękna, liczona w setkach (nie pamiętam już ile wynosiła, ale była giga wysoka). Przyrasta szybciutko. Codziennie robię też sikańca. Wychodzą zawsze pokazowo 2 krechy. Dopatruję się pod światło ich intensywności, czy aby nie bledną (jakoś wydaje mi się, że jedna jest ciut bledsza niż poprzedniego dnia, nogi uginają się pode mną, ale Ewa przywołuje mnie do porządku).
Cudem dostaję się do państwowej przychodni. Już 6tc, powinno być coś widać. Lekarka ugniata mi brzuch przed badaniem. Czuje pani coś? -pytam ja. O, i to jak, uśmiecha się lekarka. Potem usg. proszę popatrzeć, o tu, w ten mały punkcik. I tu. Niech pani patrzy, serduszko zasuwa. Ale jedno, tak? pytam. Tak tak, jedno. No może i dobrze, że jedno, wszak nie mamy żadnych doświadczeń z niemowlakami, zacznijmy od jednego, gadam głupio i cieszę się z tego jednego serduszka. Lekarka milczy dłuższą chwilę po czym skręca do mnie mocniej monitor, proszę popatrzeć, jest i drugie... Też ślicznie bije. Szok. Przerażenie. Nie wiem co powiedzieć. Gdzie moja radość? Euforia? Entuzjazm? Łzy płyną mi po twarzy. Głupia wariatko, niewdzięcznico, przecież chciałaś tego, nie? A teraz co? Nie rozumiem siebie i wstyd mi przed samą sobą.
Wychodzę z gabinetu. Dzwonię do męża. Będą bliźniaki, oznajmiam zduszonym głosem. W gardle mam wielką kulę. Cudownie, słyszę. Kurde. Wcale nie cudownie. Masakra będzie.
Wszyscy naokoło gratulują mi ciąży i bliźniaków, a ja się jakoś nie cieszę. Chyba jestem nienormalna.
W 16tc zauważam plamę krwi na bieliźnie. Robię się biała jak ściana, zaczynam się całą trząść. O 23.30 mąż pakuje mnie do auta i pędzimy do szpitala. Nic nie mówimy. Ja mam pustkę w głowie. Mąż łamie chyba wszelkie ograniczenia prędkości na trasie dom-najbliższy szpital. Na izbie przyjęć przyjmuje nas sympatyczny młody lekarz. Mówi, że nie ma miejsc na oddziale, ale mnie zbada. Wtedy zaczynam strasznie płakać. Wszystko we mnie puszcza. Nie chcę stracić moich dzieci. Lekarz przemawia do mnie łagodnie, uspokajająco, sprawnie przeprowadzając USG. Proszę, z dzieckiem jest w porządku, tu bije jego serduszko. A drugie, szlocham. Jest i drugie, wygląda że wszystko w porządku, nie wiem skąd to krwawienie. A krwawienie jest, i to duże, jakbym okresu dostała. Proszę jechać do szpitala na Brochów, tam są jeszcze miejsca. Jedziemy na Brochów. Modlę się rozpaczliwie, Boże nie pozwól mi stracić moich dzieci. Lekarz na Brochowie jest obleśnym gburem, po co pani tu przyjechała, nie mogła pani jechać gdzieś bliżej? Mówię, że nie ruszę się stąd bo boję się o dzieci. Niechętnie zostawia mnie na oddziale.
Plusem jest to że poznaję fajne dziewczyny na sali. Obie w ciąży, ale wcześniejszej niż ja. Jedna w 6tc, druga w 7tc. Ta w szóstym, Ania, tez po in vitro. Przyjechała w tą samą noc co ja, też z plamieniem, płakała strasznie, bo myślała że to koniec. Też ją ten cham przyjmował na izbie przyjęć, więc nie dawał zbytnich nadziei. Pocieszam ją jak umiem, w końcu ja wiem przynajmniej, że moje dzieci żyją. Słucha chętnie. Mój przypadek daje jej nadzieję. Na drugi dzień obie mamy USG. U mnie wszystko w porządku z dzieciakami ("jeden na 100% chłopak, drugi na 90%", kurcze, mogłaby być choć jedna dziewczynka), nadal nie wiadomo dlaczego krwawię. U Ani szok potrójny - są 3 pęcherzyki (miała podane 2 zarodki, ale jeden podzielił się na jeszcze na 2)... Biją co prawda tylko 2 serduszka, ale biją... A krwawi z krwiaka. (Trzeci zarodek niestety nie przeżył, ale obecnie Ania ma 2 cudowne córeczki )
U mnie przyczynę krwawienia odkrywają dopiero po 2 tyg, tuż przed wypisem. Tzw. polip doczesnowy. Niegroźny, ale upierdliwy, bo może powodować plamienia i krwawienia.
Powoli godzę się z myślą że będą bliźniaki. Marudzę co prawda, że szkoda że nie dziewczynki, ale już jakoś ze mną lepiej.
28tc - leżę 2 tyg w szpitalu, bo zakładają mi szew (szyjka otwiera się niebezpiecznie).
Codziennie te same procedury, mierzenie temperatury, ktg (mierzenie tętna płodu), obchód...
Z ktg zawsze są jakieś przeboje, szczególnie u mnie, bo nie dość, że bardzo wczesna (jak na ktg) ciąża, to jeszcze dwójka dzieci Położne spędzają przy mnie dobrych paręnaście, czasem parędziesiąt minut, żeby odnaleźć tętno obu chłopaków. Niektóre dają za wygrana i w końcu przykładają byle gdzie kabelki, wymawiając się ze jest ok. Najlepszy jest stażysta - praktykant, młody chłopak, który pobija wszystkie położne: u pani będą bliźniaki? tak, u mnie. Ale będzie miał pan kłopot żeby ich odnaleźć, wiercą się niemiłosiernie. A jak maja na imię? Wybrała już pani? Tak, Krzyś i Pawełek. Hmmm... Pawełki są grzeczne zazwyczaj (ja jestem Pawełek, nie chwaląc się), wiec może nie będzie tak źle... (Kładzie rękę na moim brzuchu, w miejscu gdzie określam w przybliżeniu położenie jednego synka) No, Pawełku, bądź grzeczny, musimy cie pomierzyć... taaaa... no widzi pani? Już jest... Teraz Krzysio... No, gdzie jesteś, maluchu? Nie chowaj się przed nami i bądź grzeczny... No proszę, tez jest (wszystko zajmuje może 2 minuty, pomiar leci równo, bez przerwy, jestem w ciężkim szoku...)
Na nasza sale kładą kobietę po łyżeczkowaniu... Własnie straciła swoje 11-tygodniowe bliźniaki... Nie pytam dlaczego, to nie jest ważne. Kobieta szlocha w poduszkę, szczególnie kiedy na sale wjeżdża aparat do ktg i słychać miarowe uderzania serduszek dzieci... W końcu ktoś lituje się nad nią i przenosi na inna sale... Jestem wściekła na personel, ze w ogolę do tego dopuścili. Żadnego wyczucia...
35tc - panie doktorze, już nie wytrzymam... cala jestem spuchnięta, zgaga chyba mnie zabije, dusze się, bo dziecko uciska przepone, skora na brzuchu pęka do krwi... No dobrze, mówi doktor po badaniu, proszę przyjść za 4 dni do szpitala na oddział, zobaczymy jak to wygląda. Normalnie dzieciaki nie są takie male, sterydy na rozwój płucek dostały już poprzednio, może rzeczywiście będziemy ciąć.
36tc - zgłaszam się ze skierowaniem do szpitala.
Przebieram się w lichą szpitalna koszulinę (o matko, moja szmata do podłogi jest w lepszym stanie, nie dość ze podarta w paru miejscach, to jeszcze ma tylko 1 troczek i nijak nie mogę jej zawiązać pod szyja, przy czym ledwo za przeproszeniem tyłek mi zakrywa Na moje protesty dostaje inna, prawie taka sama, tylko dziur ma trochę mniej i jest ogryzek drugiego troczka). Niestety, muszę czekać 7 godzin na korytarzu z walizka, siedząc sobie na kozetce, aż zwolni się łózko, tzn aż zostaną dopełnione wszystkie formalności papierkowe. Oczywiście męża nie wpuścili. Jakiś horror. W końcu zwalam się jak kloc na przydzielone mi łózko.
Po 2 dniach (12.12.2008) wpada mój lekarz. Będziemy rodzic, proszę za mną. Toczę się najszybciej jak potrafię. Nogi mam jak z waty, trochę się boje, ale ciesze się z bliskiego spotkania z dziećmi. Ciekawa ich jestem. No i mój koszmar zdrowotny się w końcu zakończy.
Golenie. Znieczulenie. Zaraz rzygnę, zgaga doszła do apogeum. Słabym głosem proszę o nerkę. Cały czas balansuje na granicy wymiotów. Nic już nie czuje od pasa w dol. Lekarze gawędzą wesoło. I nagle słyszę slaby płacz. W tym momencie zgaga kończy się jak ucięta nożem. Jest jeden synek. Pokazują mi go szybko, choć jest tak pozawijany w pieluszki, ze prawie nic nie widać. Zabierają go niemal natychmiast. Za chwilkę płacz drugiego synka. Znowu widzę kawałek czerwonej twarzyczki przez 5 sekund. Słyszę tylko, ze są zdrowi, po 10 minutach dostają po 9pkt. Od razu trafiają do inkubatora na dogrzanie. Ja jadę do sali wybudzeń.
Znieczulenie przestaje działać. Mimo kilkakrotnego doładowania środków przeciwbólowych ból jest niemal nie do wytrzymania. Jest pani wrażliwsza na ból, słyszę. Tak czasami bywa. Ciągle dopytuje o dzieci, słyszę ze maja się dobrze.
Na drugi dzień dowlekam się do inkubatora. Siadam na stołeczku. A wiec to oni... Male twarzyczki, pomarszczone, moim zdaniem brzydkie. Niby się ciesze, a jednak jest mi smutno i ryczę. Nie wiem dlaczego. To silniejsze ode mnie. Za chwile muszę wracać, nie mogę znieść bólu.
Mąż siedzi w korytarzu, może popatrzyć na synków przez 5 minut, dzięki wyjątkowej życzliwości jednej położnej. Do mnie tez mu nie wolno wejść, bo jestem jeszcze na sali wybudzeń (nie ma wolnych miejsc gdzieś indziej). Ja nie jestem w stanie siedzieć na korytarzu. Wiec doopa blada.
Dzień 3 - Krzysia przenoszą piętro wyżej. Przypętało mu się zapalenie płuc, wiec trafia na OIOM noworodków
Nie jestem w stanie często tam bywać ze względu na przeszywający ból (coś za długo on trwa, moim zdaniem...), za to Mąż może być tam niemal cały dzień. Chociaż tyle. Staram się być częściej u Pawełka, gdzie ojciec właściwie nie ma wstępu.
Cały czas wściekle walczę o laktacje. Paręnaście razy dziennie pompuje laktatorem nędzne kropelki pokarmu. Zbieram wszystkiego 2 ml do strzykawki. Zanoszę Pawełkowi. Eeee, tyle to za mało, niech pani nie przesadza, proszę uzbierać ze 20 ml, to wtedy będzie miało sens. Totalnie załamana wylewam mleko do zlewu. Mam dosyć, ryczę i mam ochotę wyrzucić laktator. Po chwili jednak zabieram się do pompowania. Znowu mało. Zwlekam się odwiedzić Krzysia. Przy okazji opowiadam położnej z góry o swoich problemach laktacyjnych. 2 ml? Proszę przynieść, chętnie podamy Krzysiowi. Proszę przynosić każdą ilość. Chce mi się śpiewać z radości, może to ma jednak jakiś sens. Wieczorem ściągam 15ml. Potem już jest coraz więcej, aż dochodzę do 60. Tyle co na cały posiłek dla mojego synka. Nosze na przemian - raz jednemu, raz drugiemu.
Z Krzysiem coraz lepiej, ale wciąż mam problemy z poruszaniem się, wiec głownie tatuś z nim siedzi. Pawełek wychodzi w końcu z inkubatora i mam go przy sobie. Jest maleńki i bardzo delikatny. Az strach go dotykać.
Pojawia się u mnie 40 stopni gorączki. I już wiadomo, ze coś jest nie tak z raną. Nie goi się. Wypływa z niej cala masa surowicy. Wyniki testu są powalające - gronkowiec złocisty. Szykuje się dłuższy pobyt w szpitalu.
24.12 - wigilia. Dzieciaki są już gotowe do wypisu. Tylko ja się nie kwalifikuje bo rana się paprze. Słyszę przeciek, ze gronkowiec dotarł do sali dzieci. Przerażona rozmawiam ze swoim lekarzem. W końcu, za jego rada, wypisuje się na własne żądanie. Muszę chronić dzieci. Ja mogę dojeżdżać na czyszczenie rany.
Nasza pierwsza wspólna wigilia w domu. Nie mamy nic do jedzenia, bo sklepy już zamknięte, mąż nie zdążył kupić wcześniej a formalności szpitalnego wypisu ciągnęły się do popołudnia. Ratuje nas koleżanka i podrzuca coś wigilijnego. Nie umiemy odnaleźć się w tej całej sytuacji, dzieci plączą, my krzyczymy na siebie, nasze psy szczekają i nic nie rozumieją z tego wszystkiego. Szczęśliwie przeżywamy jakoś do następnego dnia.
Dzwonią wszyscy naraz. Jak się czujecie? Jak dzieciaki? Cieszycie się, prawda? Wyłączamy telefony.
Powoli oswajamy się z cala sytuacja. Mało śpimy, ale już jest o niebo lepiej. Na razie żadnych gości. Nagła wizyta babć nie wchodzi w grę, mieszkają 400km od nas.
Ciągle się niepokoje, ze nie mam radości. Patrze na te moje dzieci, jakby były nie-moje. Wszystko przy nich robię, ale uczuć brak. Coś ze mną jest nie tak. Czasem siadam kolo nich i płaczę, sama nie wiem dlaczego. Co jest grane? Przecież tyle walczyłam o dzieci, są takie wytęsknione, wyczekane, wymodlone...
A dzieci są bardzo grzeczne. Nie absorbujące, nie plączące dużo... No i coraz ładniejsze... Już nie male, czerwone stworki, a śliczni mali chłopcy o pięknych oczach. Pawełek cala ja. Czarne oczka. Krzyś cały Tatuś. Oczka niebieskie.
Mijają miesiące. Chłopcy rosną jak na drożdżach. Jeżdżę z nimi na rehabilitacje, bo są wcześniakami i tak zapobiegawczo chce im dać dobry start (sama pracuje z dziećmi niepełnosprawnymi wiec mam lekka schizę). Wszystko idzie do przodu.
Zaczynają się uśmiechać, dotykać mnie, zaczepiać, zagadywać. W końcu ZACZYNAM ICH NAPRAWDĘ KOCHAĆ.
Teraz chłopcy mają już prawie 4 lata. Są cudownymi, zdrowymi, radosnymi urwisami, nie sprawiającymi większych problemów. Kochamy ich nad życie.
A w maju będą mieć braciszka lub siostrzyczkę, także dzięki wspaniałemu Doktorowi D. i jego Zespołowi :)