Autor:

Data publikacji:

13.09.2004

zaloguj się, żeby móc oceniać artykuły

Wielka nagroda po wielkiej stracie

Pobraliśmy się w 1998 roku. Na początku nie planowaliśmy od razu dzieci, chcieliśmy się sobą najpierw nacieszyć, tak jak każde młode małżeństwo, lecz gdy po pół roku współżycia nie zachodziłam w ciąże, zaczeliśmy się zastanawiać dlaczego. Porobiliśmy badania, dostaliśmy odpowiednie tabletki oraz zastrzyki i tak przez rok stosując się do zaleceń lekarza, czekaliśmy na rezultaty naszych starań. Z miesiąca na miesiąc, gdy testy ciążowe wychodziły negatywnie coraz bardziej pragnęliśmy dziecka i coraz większe były nasze obawy, że go może nie być. Im dłużej to trwało, tym bardziej się baliśmy. Po pewnym czasie trafiliśmy do Novum, gdzie po 2 latach leczenia dowiedzieliśmy się, że w naszym przypadku jedyną szansą na to by mieć dziecko jest tylko "in vitro". Zgodziliśmy się od razu. Przeszliśmy dzielnie całą tę procedurę przygotowawczą do zabiegu i sam zabieg, modliliśmy aby udało się nam za pierwszym razem, bo tylko na tyle pozwalały nasze finanse. Nie było łatwo, ale trud się opłacał. Wreście ujrzeliśmy uragnione dwie kreski na teście ciążowym. Mąż śmiał się w głos z radości, a ja beczałam z jak bóbr. Cieszyliśmy się ogromnie, liczyliśmy dni, ile ich zostało do rozwiązania, snuliśmy wieczorami plany co do naszej wspólnej przyszłości "w trójkę". Czułam się bardzo dobrze, ciąże znosiłam jak prawdziwa matka-polka, żadnych chorób, żadnych bóli, żadnych złych objawów, nic co by mogło zwiastować jakieś problemy. Im bliżej rozwiązania, tym byłam spokojniejsza i pewniejsza sukcesu.
W 34 tygodniu ciąży, w sobotę, odeszły mi wody płodowe, na porodówce dostałam kroplówkę i celeston na rozwój płuc mojego dziecka. Planowano powstrzymać moje skurcze i odłożyć poród na poniedziałek, tak abym zdążyła przyjąć wszystkie zastrzyki, lecz córka nie chciała czekać. Rwała się na ten świat.
Gdy ją tylko zobaczyłam, zaczełam od razu dziękować Bogu że się udało. Zbyt szybko. Była taka śliczna, miała czarne długie i gęste, pozlepiane włoski, buzię taką drobniutką, usteczka jak serduszko, była skrzywiona i brudna ale jakże kochana, taka malutka i bezbronna. Położyli mi ją w ramiona, ale długo nie pozwolili się nią nacieszyć. Miała problemy z oddychaniem. Nie płakała tak jak inne dzieci zaraz po porodzie, tylko cicho kwiliła, jakby się skarżyła. Zabrano ją na oddział neonatologii, a mnie pozszywano i odesłano na położnictwo. Tam czekałam na swoje dzieciątko. Mąż ciągle powtarzał, że jest wszystko w porządku, że jest badana i pod obserwacją, bo wcześniak itd. Pamiętam, że miał czerwone oczy i jak śmiałam się że to pewnie dlatego, że parł razem ze mną /słyszałam jak stękał podtrzymując moją głowę w czasie porodu/. Teraz wiem od czego były takie czerwone.
Minęło już kilka godzin od porodu, a ja ciągle czekałam. Mąż pojechał na obiad, a ja korzystając z okazji, że byłam sama i nikt mnie nie pilnował /miałam krwotok i nie pozwolono mi chodzić/, poszłam poszukać swojego "szczęścia". Spała, jak ją dotykałam to nerwowo się ruszała więc z trudem trzymałam ręce z daleka od niej. Czasami się krzywiła jakby ją coś bolało. Długo nie mogłam przy niej stać bo było bardzo gorąco od lamp nagrzewających, robiło mi się słabo, nie miałam sił. Jakże teraz żałuję, że nie wytrzymywałam dłużej by z nią być. Mąż po rozmowie z lekarzem powiedział, że są problemy z jej zdrowiem, ale wszystko pod kontrolą. Nie dopuszczałam myśli, że może być coś nie tak, pożegnałam się z nią na dobranoc i poszłam ściągać pokarm do buteleczki, bo jak powiedziała jedna z pielęgniarek która się nią opiekowała, dostanę ją pewnie z samego rana - stan się znacznie już poprawił. W nocy często się budziłam i zerkałam na zegarek, ściągałam ledwo widoczną siarę z piersi i modliłam o zdrowie dla niej i szybki nasz powrót do domu, gdzie czekało na nią łóżeczko i inne przygotowane akcesoria. Nie mogłam się doczekać kiedy ją przyniosą, by móc ją wziąść znowu w ramiona, przytulić i szepnąć do uszka jak bardzo się cieszę z tego, że już jest razem z nami. Niestety, rano zamiast niej dostałam wiadomość, że jest właśnie reanimowana. Wystąpił u niej z niewiadomych przyczyn nagły bezdech. Przyjechał mąż, czekaliśmy na rozwój sytuacji i w duchu wierzyliśmy, że będzie dobrze. Bo przecież po co Pan Bóg pozwoliłby mi zajść w ciąże, cieszyć się nowonarodzoną córeczką by teraz nam ją zabrać? Modliliśmy się i czekaliśmy na wieści z OIOM-u.

MAGDALENA /tak ją nazwaliśmy my/ ANNA /tak została ochrzczona przez pielęgniarkę/ odeszła. Runął nasz świat, zabrakło sensu naszego życia. Zostaliśmy sami.....

Minęło pół roku, otrząsneliśmy się z po tej całej tragedii, przestaliśmy kogokolwiek obwiniać za to co się stało, odpoczęliśmy psychicznie i zgłosiliśmy się do Ośrodka Adopcyjno Opiekuńczego w nadzieji, że może w ten sposób uda nam się powiększyć naszą rodzinę i tym samym spełnić nasze największe marzenia. Wyjechaliśmy na wakacje podczas których zaczęłam się źle czuć. Po powrocie do domu postanowiłam iśc do lekarza. Coś było ze mną nie tak. Zupełnie profilaktycznie kupiłam test i zrobiłam. Nie mogłam uwierzyć, były dwie kreski. Zawołałam męża, który także chłodno podszedł do tej wiadomości, myśleliśmy że to pomyłka.

Nasza druga córka po wielu trudach przyszła na świat 13 czerwca 2004 r. Basia ma obecnie skończone 2 miesiące, jest zdrowa i tak samo bardzo kochana jak Magdusia. Jest zupełnie inna niż jej starsza siostra, ale tak samo piękna. Uważamy z mężem, że jest ona nagrodą od Boga za to, że nie zwątpiliśmy w jego łaski i dobroć, że wytrzymaliśmy, zadośćuczynienie za nasze cierpienie, nagroda tym piękniejsza bo niespodziewana. Cud.

Właśnie się budzi, nadeszła pora nocnego karmienia,
jesteśmy tacy szczęśliwi...