Czy zastanawialiście się kiedyś co będzie, kiedy wasza bajka nie będzie do końca kompletna? Co jeśli znajdziecie już swoja wielką miłość, weźmiecie ślub i zaczniecie planować swoje dzieciątko, aż tu nagle niespodzianka-bezpłodność. Niestety, Życie jest okrutne, a takie przypadki się zdarzają i to wcale nie rzadko.
Mam 21 lat i opowiem Wam swoją historię.
Miałam piętnaście lat kiedy poszłam pierwszy raz do ginekologa. Nie miałam okresu i bardzo mnie to martwiło, zważywszy na to, ze wszystkie moje koleżanki miesiączkowały już od jakiegoś czasu. Nawet moja młodsza o dwa lata
siostra. Było mi przykro przy tym czułam, ze coś jest nie tak. Na początku dostałam tylko skierowanie na USG, na którym miły Pan doktor powiedział, że nic się nie dzieje i że widocznie muszę poczekać na miesiączkę trochę dłużej ponieważ jestem drobna, a takie osoby dostają okres później. Cóż, przyjęłam to do wiadomości. Tak minął rok aż nie wytrzymałam i poszłam po raz kolejny do ginekologa. Powiedziałam, ze chcę żeby mnie zbadał bo nadal nie dostałam miesiączki i nie wiem co się dzieje. Po badaniu spytałam się, czy wszystko w porządku,a ona poprosiła żebym zaczekała jeszcze chwilkę bo musi skonsultować się z lekarzem. Wykonała jeden telefon i po chwili przybiegł doktor. Zbadał mnie, popatrzył znacząco na swoja koleżankę i kazał mi się ubrać. Spytałam, po raz kolejny, czy wszystko w porządku, dlaczego milczą i usłyszałam cisze. Po minucie, może dwóch spytał, czy jestem sama, czy z mamą. Odpowiedziałam, że sama a on popatrzył na mnie ze smutkiem i powiedział: „Pani Asiu, przykro mi to mówić, ale nie ma pani macicy...”
Cisza... cisza... cisza... cisza! Myśl, przyspieszony puls- już rozumiem....
- Czyli nie będę mogła mieć dzieci?
- Nie...
Wybiegłam z gabinetu z płaczem. Biegłam i nie mogłam przestać. Brakowało mi tchu ale nie chciałam się zatrzymać. Zupełnie tak, jakbym wierzyła, że szybciej biegnąc ucieknę przed sama sobą, przed tym, co właśnie usłyszałam. Byłam w szoku i nie chciałam wierzyć w to co siła woli, dochodziło do mnie z prędkością światła. Tak, czułam, że to coś poważniejszego niż masa mojego ciała, ale to? NIE MA PANI MACICY, NIGDY NIE URODZISZ SWOJEGO DZIECKA, NIE MASZ MACICY, NIGDY NIE…. Stop!! Te słowa nie dawały mi odetchnąć, nie mogłam się zatrzymać, nie chciałam bo i po co? Żeby cały świat dowiedział się jaka jestem bezużyteczna? Wracając do domu miałam w głowie już tylko jedna myśl, jak powiem o tym wszystkim mojemu chłopakowi?
Na moje szczęście zachował się cudownie i wspierał mnie z całych swoich sił. Nie zostawił mnie, a tego przecież bałam się najbardziej. Teraz, kiedy patrzę na to z przestrzeni kilku lat, myślę,że być może był takim moim ludzkim aniołem. Kto wie? Gdyby nie on, nie wiem czy byłabym jeszcze na tym świecie...
Wyrok jaki usłyszałam brzmiał: Zespół Mayer – Rokitansky – Küster – Hauser. Zespół ten polega na wrodzonym braku pochwy i macicy przy prawidłowej budowie
jajowodów i czynności hormonalnej jajników. Ja jestem w jeszcze o tyle komfortowej sytuacji, ze nie musiałam przechodzić przez operacje odtworzenia pochwy ponieważ tak owa, rozciągnęła mi się naturalnie.
Niestety, ból jaki wywołuje wieść o całkowitej bezpłodności jest okropny. Gdyby ktoś mi powiedział, jak myśli o sobie osoba bezpłodna, nie uwierzyłabym. Myślałam, że nie jestem człowiekiem, ze jestem tylko marną kopią wszystkich zdrowych kobiet, że Bóg zadrwił ze mnie pozwalając przyjść mi na świat i że do końca życia będę sama. Co z tego, ze teraz mój partner ze mną został? Pewnie przyjdzie taki dzień, że będzie chciał mieć swoje dziecko i co wtedy? Przecież mu go nie dam! Gdybyście wiedzieli jak później starałam się go od siebie odsunąć. Chciałam, żeby poznał kogoś innego, normalnego- jak wtedy myślałam…
Przez dłuższy okres nie mogłam patrzeć na dzieci. Kiedy szłam parkiem i widziałam rodziców bawiących swoje pociechy, paraliżował mnie histeryczny płacz i tak w kolko przez 2 lata. Musicie wiedzieć, że na ból bezpłodności, nie ma rady. Trzeba przeżyć pewnego rodzaju żałobę. Zupełnie tak jakby straciło się kogoś najważniejszego. W końcu, trochę tak jest bo to przecież, my, dziewczyny od najmłodszych lat wyobrażamy sobie jak to będzie być mama, jakie będzie nasze maleństwo i często jakimi metodami wychowawczymi będziemy się kierować. Wiec myśl o 9 miesiącach czucia pod swoim serduszkiem dziecka musi w nas umrzeć i musimy się z tym pogodzić.
Sposoby jakie nam pozostały aby mieć swoja kruszynkę to, oczywiście adopcja i/lub wynajęcie matki zastępczej (surogatki). Adopcja? Na początku nie byłam za ale w miarę upływu czasu zaczęła ta myśl we mnie dojrzewać i teraz wiem, że jeśli nie swoje to adoptowane. Jest tyle dzieci potrzebujących miłości, opieki, zrozumienia, więc dlaczego nie dać tego któremuś z nich? Może właśnie po to się urodziłam? Może właśnie dlatego Bóg postanowił, że będę na tym świecie? Przecież, wszystko co nam się przytrafia, zawsze dzieje się z jakiegoś powodu, prawda?
Chciałabym, aby kobiety które dowiedziały się, że nie mogą mieć dzieci nie załamywały się. To jeszcze nie jest koniec świata. Spróbujcie na to spojrzeć z innej perspektywy. Urodziłyśmy się, żeby pomoc i pokochać dzieciątka, które przyszły na świat w złym momencie dla swoich biologicznych rodziców. To macierzyństwo o wiele trudniejsze, ale myślę, że dające także dużo satysfakcji i powodów do codziennego uśmiechu. Bezpłodność to także dar ale trzeba ten dar przeżyć i zobaczyć światełko na końcu drogi.
Tak to właśnie ze mną było. Dokładnie 5 lat temu. Zdarzyłam się z tym pogodzić. No, oczywiście w miarę możliwości. Najgorsze jest jednak to, ze cały czas myślę o adopcji i nie mogę pogodzić się z tym, ze jestem za młoda aby zacząć przygotowania do kwalifikacji. Cóż, cierpliwość nie jest moja dobra stroną :)
Moja poczta na wypadek gdyby ktoś chciał ze mną porozmawiać na TE tematy :)