Autor:

Data publikacji:

07.07.2015

zaloguj się, żeby móc oceniać artykuły

„Nie zdążyłam być mamą” - czyli europejskie spojrzenie na odkładanie rodzicielstwa na później. ESHRE 2015

eshre4 Zgodnie z obietnicami zaczynamy naszą relację z tegorocznego 31 Kongresu ESHRE (Europejskiego Towarzystwa Ludzkiego Rozrodu i Embriologii). Na pierwszy ogień idą dwa wystąpienia poświęcone niepłodności w ujęciu społecznym i pacjenckim. Relacjonujemy dla Was referat dr. Delbaere „Świadomość płodności w populacji flamandzkiej: optymizm może być niekorzystny” oraz referat Iriny Popovej, szefowej bułgarskiej organizacji pacjenckiej Zachatie zatytułowany „spóźniona lekcja z odkładanego macierzyństwa: perspektywa pacjencka”.

„Świadomość płodności w populacji flamandzkiej: optymizm może być niekorzystny” - referat wyróżniony ESHRE awards 2015

Pytanie badawcze, jakie postawiła sobie dr Delbaere brzmiało: czy flamandzka młodzież, studenci i ludzie w wieku reprodukcyjnym mają wystarczającą wiedzę na temat płodności, aby móc podejmować świadome decyzje w zarządzaniu swoimi planami rodzinnymi?

Wcześniej prowadzono podobne badania w innych grupach narodowych i rezultaty nie są, najdelikatniej mówiąc, optymistyczne. Na poprzednich kongresach ESHRE omawiano m.in. poziom wiedzy młodych ludzi z Kolumbii Brytyjskiej, pacjencka organizacja CHEN z Izraela prowadziła podobny projekt, którego rezultaty były dość zdumiewające: izraelskie nastolatki uważały, iż kobiety w wieku 40-50 lat posiadają pełnię możliwości reprodukcyjnych i jest to najlepszy czas na zostanie matką (drogi czytelniku, jeśli czytasz te słowa i masz pod bokiem polskiego nastolatka, zadaj mu pytanie, w jakim wieku – jego lub jej zdaniem- kobieca płodność zaczyna spadać i jaki jest najlepszy czas na dziecko? Jesteśmy ciekawi odpowiedzi). Niestety studia dr Delbaere potwierdziły smutną tezę, że młodzi ludzie posiadają niewystarczającą wiedzę, która może realnie wpłynąć na ich plany prokreacyjne. W badaniu wzięło udział 989 nastolatków (średnia wieku 15 lat), 348 studentów (średnia wieku 23 lata) i 374 osoby w wieku reprodukcyjnym (średnia wieku 35 lat, rozrzut 25-45 lat). Uczniowie byli rekrutowani w szkołach, studenci na uczelniach, natomiast dorośli byli rekrutowani w szpitalach, siłowniach, parkach i w centrach handlowych. Jako główne narzędzie zastosowano szwedzki kwestionariusz świadomości płodności (Lampic 2006).

Większość flamandzkich nastolatków i dorosłych w wieku reprodukcyjnych uważała, że płodność kobiety zaczyna się obniżać w wieku 35 lat. Więcej niż 50% nastolatków uważało, że znaczący spadek płodności kobiety następuje po 50-tym roku życia. 35% studentów uważało, że znaczący spadek następuje wcześniej, to jest pomiędzy 40 i 44 rokiem życia, ale aż 20% badanych studentów skłonnych było uznać, że wiek pięćdziesięciu lat to moment w życiu kobiety, kiedy należy się zacząć obawiać o swoją płodność... Co więcej większość flamandzkiej populacji uważała, że wskaźnik skuteczności metody in vitro wynosi od 40% do 100%, co czyni naprawdę ponurymi prognozy społeczne. Badania pokazały, że konieczne są społeczne kampanie na temat rzeczywistych zasobów ludzkiej płodności i ich ścisłego związku z wiekiem kobiety. Brak rzetelnej wiedzy może przekładać się na odkładanie rodzicielstwa na czas, w którym zrealizowanie marzeń o dziecku nie będzie już możliwe.

Ta uwaga nie jest pierwszą na ten temat, jaką poczyniono w tym roku na ESHRE. Wielu tegorocznych badaczy zauważało, że postępom nowoczesnej medycyny towarzyszy coraz częściej społeczne przekonanie, że medycyna jest w stanie pokonać każdą przeszkodę, można więc bez konsekwencji przesuwać plany prokreacyjne. Rozczarowanie bywa nie tylko bolesne, ale niestety często nieodwracalne.

Tu nasuwa mi się anegdota opowiadana w tym roku na antropologicznej konferencji w Tybindze przez irańską badaczkę dr Shirin Garmaroudi Naef: opisywała ona w swoich badaniach irańską parę, która zgłosiła się do centrum leczenia niepłodności w Teheranie w celu uzyskania ciąży. Wcześniej przez wiele lat próbowali zostać rodzicami, ale odkładali medyczną interwencję w przekonaniu, że mają jeszcze wiele czasu przed sobą. W momencie zgłoszenia się do kliniki leczenia niepłodności kobieta pragnąca zostać matką miała ponad 40 lat i lekarz po przeprowadzeniu badań poinformował ją, że nie posiada już rezerwy jajnikowej, więc nie może się podjąć zapłodnienia in vitro. Para była rozczarowana i zła: prosili przecież lekarza o lekarstwo! Dlaczego im go nie dał? Lekarz wyjaśnił kliniczną sytuację pary i powtórzył, że na zegar biologiczny nie ma lekarstwa, dlaczego przyszli do niego tak późno? W końcu zaproponował skorzystanie z komórki dawczyni, co para z oburzeniem odrzuciła: nie chcieli żadnych komórek dawczyni, chcieli magicznego lekarstwa na bezdzietność i nie mogli zrozumieć, że lekarz nie chce im go dać.

„spóźniona lekcja z odkładanego macierzyństwa: perspektywa pacjencka”

Ta historia w sposób naturalny kieruje nas do drugiego wspomnianego referatu wygłoszonego przez Irinę Popovą, aktywistkę i działaczkę pacjencką. Irina została matką w wieku 38 lat dzięki metodzie in vitro. Uważała, że ma wiele czasu na decyzję i z dzisiejszej perspektywy sądzi, że popełniła błąd: istniało wiele wyzwań życiowych, które można było realizować w wieku późniejszym i , ale macierzyństwo do nich okazało się nie należeć. Syn Iriny jest jej pierwszym i ostatnim dzieckiem, kolejne próby były już nieudane ze względu na coraz gorszą jakość jej komórek jajowych. Mówiła również o odczuciu „zmęczonego ciała”, dla którego noszenie ciąży i wychowywanie dziecka okazuje się być trudnym doświadczeniem. Irina sądzi, że wcześniejsze zdecydowanie się na rodzicielstwo nie tylko dałoby jej szansę na więcej dzieci niż jedno, ale również dałoby jej możliwość lepszej kondycji fizycznej podczas ciąży, połogu i późniejszych wyzwań rodzicielskich.
Swoje doświadczenia zawarła w krótkim podsumowaniu:

  1. gorzka prawda o malejącej rezerwie jajnikowej
  2. wychowywanie dziecka po czterdziestce to ciężkie zadanie
  3. niektóre rzeczy w życiu nie mogą zostać przełożone
Irina zakończyła swoje wystąpienie przesłaniem:
„Istnieje ostateczny termin dla pewnych rzeczy w życiu i nasza zdolność do posiadania dziecka się do nich zalicza.”

eshre3

nasz komentarz:

W Polsce nigdy nie przeprowadzono dużych badań nad społecznym poziomem wiedzy o płodności i niepłodności. Zważywszy jednak na sposób, w jaki traktowana jest szkolna edukacja seksualna wśród dzieci i młodzieży (praktycznie nie istnieje lub jest zideologizowana) nie jesteśmy optymistami. W tym roku na ESHRE często podnosiły się głosy dotyczące zbiegu trzech niepokojących zjawisk:

1. Braku wiedzy wśród młodych ludzi na temat rzeczywistego czasu ich możliwości prokreacyjnych (korzystając więc z okazji przypominamy: u kobiet pierwszy subtelny spadek płodności następuje ok. 22-25 roku życia, następnie w wieku 35 lat następuje gwałtowny spadek płodności wyobrażony krzywą pikującą w dół, która osiągnie dolne wartości w wieku 40-42 lat; jeśli idzie o mężczyzn pozostają oni płodni do późnych lat z uwagi na fakt, iż mężczyźni przez niemal całe życie produkują plemniki, natomiast kobiety rodzą się z ograniczoną rezerwą jajnikową, która stopniowo się zmniejsza i starzeje wraz z ich metrykalnym wiekiem).

2. Wzrostu popularności zjawiska tzw. social freezing („mrożenie gamet z powodów społecznych”), o którym z pewnością słyszeliście przy co najmniej jednej z dwóch okazji: doniesień medialnych o tym, iż jedna z polskich celebrytek, Joanna Krupa (zwana również czule „Dżoaną”) oświadczyła publicznie, iż zamroziła swoje jajeczka na czas swojej przyszłej gotowości do zostania mamą, lub też z okazji newsu prasowego o tym, iż niektóre zagraniczne firmy takie jak Facebook czy Apple zaczęły oferować swoim pracownicom pakiet „social freezing”, aby mogły zamrozić i zabankować swoje komórki jajowe na czas późniejszy, a w teraźniejszości skoncentrować się na pracy zawodowej. Zjawisko social freezing jest postrzegane zarówno jako antyfeministyczne i profeministyczne: jedni podkreślają, iż uwalnia kobiety od biologicznego przymusu zostania matkami w czasie, który jest najlepszy dla ich karier i samorozwoju; drudzy zaś punktują, iż jest to współczesna forma ekonomicznego wyzysku kobiet, które się zachęca do poświęcania swoich najlepszych produkcyjnych lat na rzecz inwestowania ich w komercyjne przedsiębiorstwa, zamiast we własne plany życiowe.

Nie rozstrzygając tego sporu chcemy powtórzyć za tegoroczną krytyką na ESHRE: mrożenie komórek jajowych na bliżej nieokreśloną przyszłość potrafi być ślepą uliczką. Skuteczność in vitro z mrożonych komórek jajowych jest o wiele niższa niż skuteczność tradycyjnego in vitro, w którym wykorzystuje się świeże komórki jajowe i plemniki. Ten aspekt jest jednak zbyt rzadko podkreślany i nagłaśniany, za to często w komercyjnych celach promuje się social freezing jako „wygodę bez biologicznych konsekwencji”. Tymczasem jest wysoce prawdopodobne niestety, że 45 latka wracająca po swoje zabankowane w młodości komórki jajowe, nie tylko nie zostanie już matką dzięki in vitro (bo zabieg się nie powiedzie z uwagi na niską skuteczność ivf na mrożonych komórkach jajowych), ale również nie będzie mogła już sięgnąć do aktualnej rezerwy biologicznej i spróbować in vitro w cyklu świeżym, bo zwyczajnie nie będzie mieć jajeczek. Finalnie zostanie bezdzietna.

3. Z powyższym wiąże się trzeci czynnik: powszechne społeczne przeszacowywanie skuteczności metody in vitro. To skuteczna metoda, ale tylko wtedy, kiedy natura daje medycynie szansę: mamy komórki jajowe dobrej jakości, mamy nasienie dobrej jakości i mamy macicę, aby donosić ciążę. Resztą zajmują się embriolodzy i lekarze. Jeżeli zgłaszamy się do nich w wieku mocno dojrzałym, kiedy nasze własne gamety mają już bardzo niską jakość - i nowoczesna medycyna nie zdziała cudu. W tym kontekście ustalenia badań flamandzkich są naprawdę przerażające: młodzi ludzie wierzący w zachowanie płodności w wieku 50 lat to potencjalni kandydaci na rozczarowanych bezdzietnych, którym ani natura, ani medycyna nie przywrócą utraconych szans na rodzicielstwo.