Kobiety nieposiadające partnera nie będą mogły po nie wrócić i ich urodzić, pomimo iż są to zarodki utworzone z ich komórek jajowych, powstały przed obowiązywaniem nowych przepisów i w momencie podchodzenia do procedury in vitro pacjentki nie były świadome, że utracą do nich prawa z chwilą wejścia Ustawy w życie. Tę informację potwierdziły osoby obecne na spotkaniu w Ministerstwie Zdrowia zorganizowanym w ubiegłym tygodniu, kiedy Ministerstwo Zdrowia zaprosiło przedstawicieli ośrodków leczenia niepłodności, aby omówić wymagania dostosowawcze. Wczoraj otrzymaliśmy pierwszą interwencję pacjencką w tej sprawie i spodziewamy się kolejnych. Przekazujemy list od pacjentki, która dwa dni temu została poinformowana przez ośrodek, że z dniem wejścia w życie Ustawy utraci prawo do swoich zarodków:
[i]„Telefon z kliniki niepłodności zwalił mnie z nóg. „Pani ma u nas zarodki. Chcieliśmy poinformować, że w związku z ustawą regulującą in vitro, od 2 listopada osoby nieposiadające partnera nie będą mogły wykorzystać zamrożonych zarodków”.
„Ale jak to? Nie będę mogła skorzystać z własnych zarodków?”.
„Niestety, nie”.
Głos w słuchawce był taktowny, kobiecie było przykro, ale sama wiadomość – nawet nie jak policzek. Raczej cios łopatą w głowę.
Byłam przekonana, że udało mi się przechytrzyć prawicę, uciec przed Dudą. Cieszyłam się, że ich zakazy mnie nie dotyczą, bo nawet jeśli zdecydują się całkowicie zabronić in vitro takim jak ja, czyli osobom samotnym, które ośmieliły się skorzystać z zapłodnienia in vitro nasieniem dawcy, ja ich ubiegłam. Bo przecież prawo nie działa wstecz.
Dziś okazało się, że owszem, działa. I że ustawę dyskryminującą mnie jako człowieka wprowadzili nie ci, przed którymi uciekłam w to moje in vitro, ale obecny „liberalny” rząd. Ten zapis został przegłosowany już w sierpniu. I choć dyskryminujący i niekonstytucyjny, przeszedł i nikt w Ministerstwie Zdrowia nawet nie pomyślał, że segreguje Polaków na tych właściwych i tych, którym praw obywatelskich można odmówić – kobietom bez partnera i lesbijkom.
Co się stanie z pięcioma zarodkami, które zdeponowałam w klinice? Mogę płacić co roku blisko tysiąc złotych za utrzymywanie ich przy życiu, ale od 2 listopada nie mogę ich wszczepić do macicy. Nie mam do nich prawa, w przeciwieństwie do rządu, który za 20 lat będzie mógł przekazać je do adopcji albo zutylizować. Albo – jeśli przyszły rząd tak zdecyduje – rozmrozić i ochrzcić, czyli de facto zabić. Lub – jeszcze lepiej – oddać do adopcji.
Oto w drugiej dekadzie XXI w, dowiaduję się, że nie mam prawa do własnych dzieci. Że rządzący mogą mi je odebrać i oddać dowolnie wybranym obcym ludziom, tylko dlatego, że jestem singielką, że mojego istnienia nie legitymizuje mężczyzna.
Prawo do własnych dzieci będę miała tylko wtedy, gdy jakiś pan, w swojej łaskawości, zdecyduje się uznać moje zarodki za swoje i przyjmie na siebie wszelkie obowiązki, ale i prawa związane z ojcostwem.
Czuje się zgnojona przez własny kraj. Myślę o emigracji, ale tu mam wszystko – rodzinę, pracę, dom, a przede wszystkim dziecko, którego potencjalni bracia i siostry 2 listopada staną się własnością rządu. Choć za ich pojawienie się na świecie zapłaciłam z własnej kieszeni.
Matka”[/i]
Zwracamy się do mediów z apelem o przyjrzenie się tej sprawie, gdzie powołując się na przepisy wkrótce obowiązującego prawa, Polska będzie odbierać zarodki kobietom będącym ich genetycznymi matkami, deklarującym gotowość przyjęcia swoich zarodków i pragnącym je urodzić. Ich jedyną winą jest brak partnera. Samotność nie jest w Polsce karalna. Samotne macierzyństwo również nie. W listopadzie jednak to się zmieni.