Problem niepłodności dotknął mnie i mojego męża, kiedy oboje nie mieliśmy jeszcze 25 lat. Byliśmy młodzi i pełni wiary w to, że możemy żyć tak, jak to sobie zaplanowaliśmy. Do czasu ślubu wszystko układało się według planu. Po ślubie wyjechaliśmy w podróż, która była pełna romantycznych uniesień - byłam pewna, że z wakacji wrócimy już w trójkę. Moja wiedza na temat płodności była na poziomie podstawowym, a my przecież byliśmy młodzi i zdrowi – cóż mogłoby nam stanąć na przeszkodzie? W myślach obliczałam kiedy byłby termin porodu, wyobrażałam sobie jak obwieszczę mężowi radosną nowinę.
Kiedy po powrocie z podróży przyszła miesiączka był to dla mnie prawdziwy cios. Dziecko „przywiezione” z romantycznego wyjazdu było szczytem moich naiwnych marzeń. Przepłakałam swoje rozczarowanie, a następnie, rozpoczęłam planowanie działań, które miałyby pomóc nam stać się rodzicami.
Tak rozpoczął się czas poszukiwania informacji w internecie, określanie czasu płodnego, kupowanie testów owulacyjnych, seks w określone dni itp. Jednak co miesiąc przychodziła miesiączka. Mój lekarz zaproponował, byśmy zbadali nasieniem męża. Lekko zestresowani pojechaliśmy do kliniki do większego miasta. Tam pani doktor bez żadnego wstępu oznajmiła, że u męża nie znaleziono w nasieniu żadnych plemników. Nasz świat runął. Jak to, przecież mój mąż, zdrowy i młody mężczyzna, nigdy na nic poważnie nie chorował, uprawiał sport, nie nadużywał alkoholu, był wręcz idealnym kandydatem na ojca! Przecież to ja byłam tą, której ciągle coś dolegało! Ze złami w oczach słuchałam lekarki, która mówiła bez żadnej delikatności o braku wspólnego biologicznie dziecka, o dawcy nasienia i adopcji. Z gabinetu wyszliśmy oszołomieni. Od tego momentu płakałam bez przerwy przez 2 tygodnie. Pierwszy raz widziałam też mojego męża, który płacze jak dziecko wtulając się w moje ramiona. Niewiele pamiętam z tego czasu, w uszach brzęczały mi słowa „nigdy nie będziecie mieć wspólnego dziecka”. Po tym, jak przestałam płakać usiadłam do komputera i wpisałam w wyszukiwarce słowo azoospermia. Tak trafiłam na Naszego Bociana. Tutaj przeczytałam pierwsze informacje na temat dawstwa nasienia i możliwościach współczesnej medycyny. Byłam zaskoczona ilością osób, które dotyka ten problem. Wczytywałam się w wątki osób, które opisywały swoje historie, a potem relacjonowałam wszystko mężowi.
Wtedy po raz pierwszy zaczęliśmy rozmawiać o dawcy nasienia. Stwierdziliśmy, że będzie to wyjście ostateczne, że poczekamy, spróbujemy leczenia, mamy przecież czas, jesteśmy młodzi. W głowie miałam myśli typowe dla kobiet, które zastanawiają się nad użyciem nasienia dawcy: czy chce mieć dziecko z obcą osobą, czy je pokocham, czy mąż je zaakceptuje i pokocha? Zgłosiliśmy się do kliniki leczenie niepłodności, tam wykonywano kolejne badania nasienia i prawie rok po diagnozie azoospermii znaleziono u męża pojedyncze zdrowe plemniki! Od razu zdecydowaliśmy się na podejście o ICSI, nie chcieliśmy zmarnować okazji. Wyciągnęliśmy paczkę pieniędzy, które otrzymaliśmy w prezencie ślubnym od gości i rozpoczęliśmy przygotowania. Badania wypadły pozytywnie, według lekarzy byłam zdrowa i gotowa na zapłodnienie. Znów miałam plan, znów byłam pełna nadziei. Niestety sama stymulacja lekami nie poszła dobrze, byłam bliska hiperstymulacji mimo małych dawek leków, a pęcherzyki, choć niedojrzałe, już zaczynają „umierać”. Stymulację przerwano, a my znów zostaliśmy pozbawieni nadziei. Okazało się, że nie tylko mój mąż ma słabe nasienie, ale ja również nie jestem tak idealną kandydatką do ICSI. Nieudaną stymulację przypłaciłam przedwczesną menopauzą. Byłam przerażona, dopiero teraz widziałam, jak duży jest koszt zdrowotny i finansowy naszej próby zostania rodzicami. Znów pojawiły się myśli o dawcy nasienia i „zwykłej” inseminacji jako łatwiejszej, pod względem finansowym i zdrowotnym, drodze do rodzicielstwa.
Od tamtej nieudanej próby ICSI minęły 4 lata, a my nadal nie podjęliśmy decyzji. Cały czas rozmawiamy o dawcy, ale mamy tysiące dylematów. Myśleliśmy też o adopcji dziecka już urodzonego, ale tutaj, po przemyśleniach, doszłam do wniosku że nie tylko chcę być mamą, ale chcę również być w ciąży. Może to niedojrzałe, ale pragnę nosić dziecko pod sercem, pragnę wspólnego oczekiwania na narodziny, pragnę dać dziecku to co najlepsze od pierwszych chwil jego istnienia, a to wszystko nie będzie możliwe, jeśli zechcemy zaadoptować dziecko „z przeszłością”. Muszę być szczera sama ze sobą. Podziwiam osoby adoptujące dzieci, a nawet w jakimś sensie im zazdroszczę tego, że się zdecydowały. Ja nadal tkwię w zawieszeniu, gdzieś pomiędzy „jakoś to będzie” a „może zdarzy się cud”. Boję się że kiedyś będę żałować tego, że zdecydowaliśmy się na dawcę nasienia. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że cud może się nie zdarzyć, a skorzystanie z dawcy może być dla nas jedyną szansą na zostanie rodzicami.
Oprócz strachu o akceptację przez nas dziecka z obcego nasienia dochodzą również inne dylematy. Boję się banalnych rzeczy: czy dziecko byłoby zdrowe - przecież nie wiemy kto jest dawcą? czy to nie zaszkodzi naszemu małżeństwu – może mąż będzie mnie podświadomie obwiniał o to, że mam dziecko z obcym mężczyzną? czy ja podświadomie nie odrzucę „obcego zarodka”? Nie wiem też, czy chciałabym powiedzieć o fakcie dawcy dziecku i otoczeniu. Wcześniej myśleliśmy z mężem, że to powinno zostać naszą tajemnicą, że o tym zapomnimy, że nikt nie musi o tym wiedzieć. Rozmowy na temat prawa do informacji dziecka poczętego dzięki dawstwu na Bocianie wywołały we mnie dodatkowe wątpliwości. Sama już nie wiem co powinnam zrobić. Zdaję sobie sprawę, że takie wewnętrzne rozdarcie nie sprzyja zakładaniu rodziny, dlatego staramy się uporządkować własne myśli zanim podejmiemy następne kroki. Jednocześnie coraz więcej osób przypomina mi, że lata lecą, a ja widząc koleżanki z wózkami uświadamiam sobie, że jesteśmy jedną z nielicznych par w naszym otoczeniu, która jeszcze nie ma dzieci. Czuję na sobie presję otoczenia, rodziny wypytują o wnuka, a my...milczymy i chowamy się w sobie. Jestem zagubiona, motam się między możliwymi rozwiązaniami tej sytuacji i czuję, że potrzeba nam pomocy, bo nasz „idealny świat” rozpadł się na kawałki i nie wiemy, jak po posklejać.
To jest historia napisana i nadesłana w ramach kampanii "Powiedzieć i Rozmawiać". Na autorów historii związanych z adopcją prenatalną czekają bransoletki ufundowane przez By Ilo. Więcej informacji TU.
